W jedym z czasopism natknęłam się na ranking gwiazdkowych prezentów oczekiwanych.
Jeśli mnie pamięć nie myli, na drugim lub trzecim miejscu, jako najbardziej oczekiwany prezent (bodajże po kosmetykach i biżuterii), były książki.
Pokiwałabym głową z uznaniem dla mądrości społeczeństwa, ale że ostatnio dałam się jakiemuś młodzieńcowi zbajerować na rozmowę o supermarketach, nie zrobię tego.
Po teście, jaki ze mną przeprowadził, wiem już, że:
- respondent się szybko nudzi,
- respondent kłamie,
- pytania są tendencyjne.
Jestem osobą poważną i kiedy ktoś mnie o coś pyta, zakładam, że potrzebuje mojej wiedzy, toteż chcę odpowiedzieć zgodnie z przekonaniem oraz sumieniem. Jednak, kiedy zadaje mi się po raz piąty to samo pytanie, dotyczące w dodatku supermarketu, w którym nigdy nie byłam, to albo zaczynam sykać i mówić "nie wiem", albo kłamać, wreszcie rzucam numerkami odpowiedzi losowo.
A potem mądre głowy będą chciały z takiego badania rynku wyciągać daleko idące wnioski!
Jeśli osoby odpowiadające na pytania o prezenty świąteczne były tak samo znudzone jak ja, rzucały na odczepnego, że chcą pod choinkę dostać książkę, bo była w odpowiedziach umieszczona bliżej niż ciuchy, wycieczka lub sprzęt AGD.
Mogły też kłamać, żeby poprawić swój wizerunek w oczach pytającego.
Po co? No właśnie...
Wszyscy wiemy, że Polacy nie czytają.
Tłumy w empikach niewiele tu zmienią.
Książki kupuje jakieś dziesięć procent społeczeństwa, czyta pewnie połowa tego, bo najwięksi wydawcy, to wydawcy podręczników i informatorów (kalendarze, senniki, książki kucharskie, diety, cudowne wyleczenia z raka, robótki ręczne, mapy i przewodniki, dzieje świętych etc).
Nie sądzę, aby przeszkodą w czytaniu była cena książek, wydaje mi się raczej, że chodzi o to, iż jako społeczeństwo uważamy się za tak mądrych, że każdą dodatkową refleksję uważamy za zbędną.
A jeśli już czytamy, to w literaturze szukamy "odprężenia", co jest totalnym nieporozumieniem, bo sztuka nie ma służyć "odprężaniu". Po to się chodzi do spa!
Więc dlaczego Polacy powiedzieli ankieterom, że chętnie zobaczyliby w worku Mikołaja lub Gwiazdora (lubię to określenie) właśnie książki?
Może chcą, żeby Mikołaj (ew. Gwiazdor) wykonał za nich czarną robotę?
Bo skoro już mają papier na te wyższe studia, to wypadałoby postawić ze dwie książki na półce, choćby i nieprzeczytane, a księgarnia jakoś im ciągle nie po drodze...
W większości polskich domów nie ma w ogóle książek.
Wszystkim Wam, którzy się tu zabłąkaliście, życzę pod choinkę radującego serce stosiku!
Ja już wysłałam zamówienie do mojego rejonowego Gwiazdora.
Mam nadzieję, że będzie przystojny.
Chciałam powiedzieć: hojny ;-)
Rzekłam.
sobota, 18 grudnia 2010
czwartek, 16 grudnia 2010
Polskie grudnie
Nie pamiętam zbyt dobrze grudnia 1970.
Dwa lata po tragicznym marcu'68, kiedy Polacy zgodzili się na wyrzucenie ocalałych w holokauście Żydów, co było wstydem nie mniejszym od tolerowania ludobójstwa podczas okupacji, robotnicy, rzekome pieszczochy systemu, stanęli przeciwko żądającym wolności studentom. Potrzebowali dwóch lat, aby zrozumieć swój błąd. W grudniu '70 podnieśli głowy i dokonali zmiany w rządzącej partii.
Nie obyło się bez rozlewu krwi, jak w czerwcu '56 w Poznaniu.
Pamiętam słynne "Pomożecie?" Edwarda Gierka. Jego twarz i jego machnięcie głową, jakby oczywiste było, że robotnicy i cały naród znowu zacisną pasa, by garstka przywiezionych na radzieckich czołgach i domorosłych dygnitarzy partyjnych opływała w dostatki, podczas gdy cała reszta społeczeństwa miała puste haki w mięsnym.
Gierek znał Europę i chciał dać narodowi dobrobyt. Długi zaciągnięte wtedy, spłacamy do dziś, a samego Gierka nie ominął los internowanych w następnym grudniu, gdy znów się wszystko posypało.
Wydawałoby się, że kto nie pamięta dwudziestego stopnia zasilania, racjonowania wody, butów na kartki, pustych półek, kilkugodzinnych kolejek po karton bobofrutów i amerykańskiego mleka w proszku, rozdawanego na plebaniach, ten ma szczęście.
Ale byłoby to zbyt proste. Każde pokolenie ma swoje troski.
Znów mamy grudzień i znów garstka naraża się dla większości, która nawet nie rozumie, po co jej Trybunał Konstytucyjny i wolne sądy, z zadowoleniem łykając nagonkę na "gorszy sort".
Do czasu. Większość w końcu zrozumie, mimo propagandy sączącej się nawet z ambony. Tak było i tak będzie. Dzisiejszym triumfatorom pozostanie wstyd i potępienie.
Bodaj przyszło nam żyć w nudnych czasach.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Dziś trzynasty grudnia
W niedzielę rano dwadzieścia dziewięć lat temu, jak dziś, była piękna pogoda. Słońce iskrzyło się w śniegu, był lekki mróz, nie chciało się wychodzić z domu. Poprzedzającej ten dzień nocy rządząca partia, pod pretekstem mniejszego zła, dokonała zamachu na swój naród.
Podziały, jakie spowodował stan wojenny, są widoczne do dziś.
Na szczęście jednak coraz mniej Polaków kojarzy datę 13 grudnia.
W facebookowych wpisach moich znajomych, nikt poza mną go nie wspomniał.
Należy się z tego powodu cieszyć, bo to znaczy, że wychodzimy powoli z martyrologii.
Bardzo bym chciała, abyśmy wreszcie nauczyli się cieszyć ze swoich osiągnięć i nie popadali w przesadne rozczulanie się nad niepowodzeniami.
13 grudnia jest czarną datą w naszej historii i ostatnim zrywem PZPR, by podporządkować sobie coraz bardziej demokratyzujące się państwo. Nadzieje na założenie kagańca społeczeństwu okazały się jednak płonne i po ośmiu latach w sejmie kontraktowym dopuszczono do rządzenia również niedawnych więźniów systemu. Formacja PZPR musiała podzielić się władzą, co znaczyło początek jej końca.
Minęło dwadzieścia z górą lat od pamiętnego czerwca. Nie wszystko się udało, mamy jednak na własność nasz śmietnik i co z nim zrobimy, należy tylko od nas. Uczymy się powoli świadomości obywatelskiej, poznajemy pułapki polityki.
Dziękuję tym wszystkim, którzy ryzykowali własnym życiem, abym dziś nie musiała wzdychać za szamponami z PEWEX-u, mydełkiem Fa z paczki przysłanej z zachodu, widok szynki w puszce nie rozczulał mnie, a moje dzieci nie chciały emigrować do Ameryki.
Chyba zbyt szybko zapomnieliśmy, jak naprawdę wtedy było.
Rzekłam.
czwartek, 9 grudnia 2010
Po co komu stare kobiety?
Nie umiem powiedzieć, co to znaczy: stara. Dla mnie starą jest osoba, której nie interesuje świat, nie ma to nic wspólnego z wiekiem metrykalnym.
Dla nastolatki stara będzie jej trzydziestoletnia ciotka, która mnie wydaje się dzieckiem.
W wieku XIX kobieta czterdziestoletnia była już matroną.
Dziś czterdziestolatka to taka trochę starsza dzierlatka.
Więc ile lat mają stare kobiety?
Są starsze od nas, a przez to uzurpują sobie wiedzę o życiu.
Nie pozwalają nam się mylić, szukać właśnych dróg, bo wiedzą, że nasza droga to ślepa uliczka.
Przez to wkurzają.
Czy ktoś lubi stare kobiety?
Nie, bo one zawsze mają rację.
Stare kobiety nie zawsze mają rację, ale jest dużo mądrych starych kobiet, które wiele wiedzą o życiu.
I chyba to nam w nich przeszkadza najbardziej.
Młodość ma w sobie tę zapalczywość i przekonanie, że odkrywa świat, którego przed nią nie było.
A on był przecież, istniał. Ludźmi targały emocje i troski, częstokroć podobne do naszych.
Stare kobiety to wiedzą, bo to był ich świat. A teraz patrzą na nas i uśmiechają się same do siebie, myśląc, jak niewiele się zmieniło.
My sądzimy, że zmieniło się wszystko, wszak dekoracje, w których gramy nasze życiowe role są całkiem inne od tamtych.
Ale dekoracje to tylko rekwizyty. Nasze również zostaną wkrótce odstawione do lamusa. Pewnie nawet szybciej, niżbyśmy chcieli.
I to my, dziś kobiety w sile wieku, będziemy mędzić naszym wnukom, uzurpując sobie wiedzę o życiu, a one, nasze wnuki, będą sarkać, że jesteśmy stare i nic nie rozumiemy.
Oto smutek starych kobiet: ich wiedza przydaje się tylko do tego, by irytować młodych.
Ale życie jest sprawiedliwe i w końcu oddajemy im sprawiedliwość.
Na koniec autocytat:
Mamy szczęście, że społeczeństwo nie pozbywa się nas w jakiś zwyczajowo przyjęty sposób. Słyszałam, że stare Eskimoski u kresu życia wychodzą na bardzo długi spacer, z którego niedelikatnie jest wrócić.
Więc może nie ma powodu do zmartwienia?
Rzekłam.
Dla nastolatki stara będzie jej trzydziestoletnia ciotka, która mnie wydaje się dzieckiem.
W wieku XIX kobieta czterdziestoletnia była już matroną.
Dziś czterdziestolatka to taka trochę starsza dzierlatka.
Więc ile lat mają stare kobiety?
Są starsze od nas, a przez to uzurpują sobie wiedzę o życiu.
Nie pozwalają nam się mylić, szukać właśnych dróg, bo wiedzą, że nasza droga to ślepa uliczka.
Przez to wkurzają.
Czy ktoś lubi stare kobiety?
Nie, bo one zawsze mają rację.
Stare kobiety nie zawsze mają rację, ale jest dużo mądrych starych kobiet, które wiele wiedzą o życiu.
I chyba to nam w nich przeszkadza najbardziej.
Młodość ma w sobie tę zapalczywość i przekonanie, że odkrywa świat, którego przed nią nie było.
A on był przecież, istniał. Ludźmi targały emocje i troski, częstokroć podobne do naszych.
Stare kobiety to wiedzą, bo to był ich świat. A teraz patrzą na nas i uśmiechają się same do siebie, myśląc, jak niewiele się zmieniło.
My sądzimy, że zmieniło się wszystko, wszak dekoracje, w których gramy nasze życiowe role są całkiem inne od tamtych.
Ale dekoracje to tylko rekwizyty. Nasze również zostaną wkrótce odstawione do lamusa. Pewnie nawet szybciej, niżbyśmy chcieli.
I to my, dziś kobiety w sile wieku, będziemy mędzić naszym wnukom, uzurpując sobie wiedzę o życiu, a one, nasze wnuki, będą sarkać, że jesteśmy stare i nic nie rozumiemy.
Oto smutek starych kobiet: ich wiedza przydaje się tylko do tego, by irytować młodych.
Ale życie jest sprawiedliwe i w końcu oddajemy im sprawiedliwość.
Na koniec autocytat:
Mamy szczęście, że społeczeństwo nie pozbywa się nas w jakiś zwyczajowo przyjęty sposób. Słyszałam, że stare Eskimoski u kresu życia wychodzą na bardzo długi spacer, z którego niedelikatnie jest wrócić.
Więc może nie ma powodu do zmartwienia?
Rzekłam.
wtorek, 7 grudnia 2010
Czekając...
Kiedy patrzę na "Mędrców ze Wschodu" Grzegorza Ptaka, moje serce wypełnia czułość dla tych prostaczków, którzy idą ze swymi darami do stajenki. Skojarzenie z trzema królami narzuca się samo przez się, a przecież żaden z nich korony nie ma. Widzimy, że to biedni ludzie, którzy chcą podzielić się tym, co mają, a mają niewiele.
Dla nas wszystkich Adwent jest okazją, by zwolnić w codziennym biegu i zauważyć innego człowieka.
Drogi nie musi nam wskazywać Gwiazda Betlejemska, zastąpi ją zwyczajna pierwsza gwiazdka.
sobota, 4 grudnia 2010
Point de reveries, czyli koniec żartów
Czasem jakiś ekonomista zażartuje śmiertelnie poważnie, że emeryci to dziś najlepiej zarabiająca grupa społeczna.
Rzeczywiście. Może i wysokie te emerytury nie są, ale pewne, nikt nagle kurka nie zakręci, jakoś pieniądze na konto wpływają. Do czasu, bo oto ZUS informuje nas bez zawstydzenia (w końcu nie jest temu winien), że nie ma ani grosza z milionów wpłacanych co miesiąc przez pracodawców.
Co więcej, dopożycza (od kogo?) na obsługę bieżących emerytur! A ponieważ emerytów przybywa szybciej niż pracujących, nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, jak będzie wyglądała nasza emerytura.
Dopiero mojemu pokoleniu przyjdzie zapłacić rachunek hojności i bezmyślności państwa, które w porę nie spostrzegło problemu. Nie zauważyło, bo nie chciało zauważyć, ponieważ polityka nie polega teraz na przewidywaniu procesów społecznych i zarządzaniu państwem, a na oszustwie wyborczym, które ma dać kolesiom ze zwycięskiej partii jak nawięcej synekur. Czy kiedyś zresztą było inaczej?
Dlatego nikt nie podejmuje się zaryzykowania niepokojów społecznych, które nierozerwalnie wiążą się z niepopularnymi decyzjami. Mamy doskonały i nie tak dawny przypadek Francji, której Sarkozy zamierzał zaaplikować kurację wstrząsową. I co? I nic. Niech się następcy martwią.
Ostatecznie nie będzie to jednak problem następców, a nasz, każdego z osobna Kowalskiego.
Point de reveries.
Emeryturę uważamy za świadczenie najzupełniej należne. W końcu płaciliśmy na nią składkę od pierwszej pensji. Jak, kto i czy w ogóle tym zarządzał, nie interesowało nas, bo kiedy się nie ma żadnego wpływu na proces, trudno nim sobie zawracać głowę.
Czy słusznie?
Należy przynajmniej zdawać sobie z tego sprawę, że dzisiejszy system emerytalny w Polsce to gigantyczna piramida finansowa, w której najbardziej poszkodowani będą ci, którzy wejdą do systemu ostatni.
Państwo powinno wreszcie ustami swych urzędników powiedzieć to, czego nie da się ukryć: że składki na ZUS, a mówiąc ściślej to, co sobie odkładamy na emerytury, jest kolejnym podatkiem, tym razem płaconym za opiekę nad naszymi rodzicami, a my, mimo zachęcających informacji, osobistych kont i przysyłanych co rok wyciągów, będziemy mieli z tego figę z makiem.
Nie rozumiem dlaczego nie można z tym skończyć? Wystarczyłoby ludzi zmusić do korzystania z usług ubezpieczalni, sprawdzając, czy się do tego stosują albo i nie sprawdzając. Jeśli chcesz starość spędzić na śmietniku, twój wybór. Państwo powinno ograniczyć się do roli edukacyjnej.
To samo dotyczy leczenia. Wiadomo, że jest coraz droższe. Jednak ciężkie choroby nie dopadają wszystkich, a i tak ci, których dotkną muszą żebrać o pomoc społeczną, datki i darowizny, tworzyć konta i subkonta w rozmaitych fundacjach, bo leczenie w końcu okazuje się za drogie na kieszeń państwa.
Jeśli ten idiotyczny system przetrwa, nasze wnuki nie uniosą ciężaru obciążeń fiskalnych, bo w postaci podatku od solidarności społecznej państwo zabierze im jeszcze więcej niż nam.
Nietrudno przewidzieć konflity społeczne między starymi i młodymi.
Kto więc liczy na godną emeryturę, ten się rozczaruje i lepiej dziś zacisnąć pasa, robiąc nawet niewielkie oszczędności niż posługując się kalkulatorem emerytalnym, gdybać o przyszłości.
Przyszłości nie będzie.
Dixi.
środa, 1 grudnia 2010
O biedzie
Literatura pozytywistyczna się przeżyła, bieda wciąż trzyma się dobrze, tylko literatura już nie chce jej opisywać.
Minęło sto lat z okładem, a społeczeństwa nie poradziły i nie radzą sobie w coraz większym stopniu z milionami osób społecznie nieprzystosowanych.
Nie zlikwidował jej najlepszy z ustrojów, komunizm, troszkę tylko przypudrowując i janosikując na potęgę, ale okazało się, że to też nie jest pomysł na zlikwidowanie biedy.
Przy okazji świąt chcemy nagle okazać nasze dobre serce i pochylamy się nad potrzebującymi.
Niech będzie i tak. Filantropia na krótką metę nie szkodzi, nie rozwiązuje jednak też sprawy.
Chcielibyśmy myśleć, że bieda bierze się z lenistwa i pijaństwa. Recepta, a zwłaszcza ocena moralna byłaby wtedy prosta.
Często jednak biedę rodzi brak możliwości dostania pracy lub brak kwalifikacji, na które mogłoby być zapotrzebowanie.
Rzeczywistość, której presji się poddajemy, jest znacznie bardziej skomplikowana niż ta, która otaczała ludzi dawniej. Industrializacja uzależniła w znacznym stopniu jednych od drugich. Pieniądz jest smyczą, na której pracodawcy prowadzą pracowników i jeśli nie masz tego szczęścia, że jesteś swoim własnym pracodawcą, biada ci, bo nie znasz dnia, ani godziny.
Ale bieda bywa też atutem. Choć to brzmi dziwnie i trochę niedorzecznie, są całe grupy społeczne, które oswoiły biedę, nauczyły się z nią żyć i czerpać profity z takiej egzystencji. Cóż, to jest naturalne przystosowanie do środowiska. Rozmaitych, nakładających się na siebie rzeczywistości jest więcej niż sądzimy, albowiem na ogół widzimy świat takim, jakim od się wydaje nam.
Kiedy przy okazji świąt robicie wasz własny bilans, nie zapomnijcie o ludziach, którzy mimo pomocy społecznej cierpią głód i niedostatek.
Jest ich więcej niż sądzicie.
PS. Wczoraj zrobiliśmy duże zakupy dla jednej z rodzin objętych programem "Szlachetna paczka".
Maciek, który kupował produkty spożywcze, zabawki i artykuły szkolne, powiedział po powrocie ze sklepów: "Mamo, robiąc te zakupy, byłbym szczęśliwszy tylko wtedy, gdybym mógł za nie zapłacić własnymi pieniędzmi".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
