Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia PRL-u. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia PRL-u. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Sielsko - anielsko, czyli wakacje dla ubogich

Jesteśmy pierwszym pokoleniem, którego dzieci nie spędzały wakacji na wsi. Nas już było stać na obozy językowe, zagraniczne wyjazdy lub choćby wczasy nad morzem. W ośrodkach FWP odreagowywaliśmy własne ubogie wiejskie wakacje. Nasze babcie cichutko odeszły, zostawiając za sobą wdzieczną pamięć i teraz nagle, gdzieś u progu starości, okazuje się, że przypominamy sobie ów raj dzieciństwa, który na naszych oczach znika lub zniknął całkowicie, zagrabiony przez zgłodniałe przestrzeni miasta.

Wieś, jaką znaliśmy, odchodzi w niepamięć, przegoniona przez wolny rynek, bo już nie opłaci się i podobno nie można nawet prowadzić małej produkcji zwierzęcej, pola, po których ganialiśmy krowy, małe zagony kartofli i zbóż porastają trawa i chaszcze, a nierzadko nowe domy na mikroskopijnych działkach.

Nasze wnuki nie będą znały smalu mleka prosto od krowy, sztywnego od tłuszczu zsiadłego, czarnej porzeczki zrywanej z krzaka czy słodkiego zielonego groszku, wyłuskiwanego z łupiny i zdrapywanego zębami. Nie poznają nazw drzew, nie będą umiały odróżnić ptaków, krzewów, kwiatów, bo gdzie spotkają przepiórkę, gdzie dziewannę? Jesteśmy pokoleniem iglaków.
Nie pieczemy już ziemniaków w ognisku, teraz się grilluje, często na balkonie i w mieście, bo przecież tak prościej i wygodniej.

Natura nam ucieka. Gdzieś jeszcze pozostały ostańce w postaci gospodarstw agroturystycznych, ale czy najmilsi gospodarze potrafią zastąpić wiecznie zagonioną babcię, która mimo obrządku umiała jeszcze tak ciekawie opowiadać o kłączach perzu? Czy zmuszą naszych najmłodszych do pracy, zaganiania krów, zamiatania podwórka, pielenia grządek czy rwania wiśni? Co nasze dzieci robią w wakacje? Odpoczywają w Egipcie. Czy ten Egipt będą wspominać z sentymentem równym temu, z jakim my wspominamy wieś, która własnie odchodzi?

Ubóstwo odkrywa nagle przede mną swoje dobre strony. Chyba przez dobrobyt, który nas zniewolił zatraciliśmy coś, co podyktowane koniecznością, miało urok i sens.
Żaden obóz nie zastąpi prawdziwego kontaktu z naturą, z dziadkami. Żadne rozrywki nie nauczą szacunku dla pracy, którą się samemu wykonywało. 
Nie zabierajmy tego naszym najmłodszym, bo już urosło nam roszczeniowe, niezdolne do podjęcia odpowiedzialności pokolenie hedonistów. Być może zabrakło mu wakacji na wsi...

Dixi.  

sobota, 1 października 2011

Oszukani przez kapitalizm

Dramatyczne raporty płyną z Urzędów Pracy, gdzie zarejestrowana jest nieprzytomna ilość młodych ludzi po studiach. Serdecznie współczuję absolwentom, którzy swoje życie zawodowe zaczynają od bezrobocia, to ciężkie doświadczenie i kubeł zimnej wody na starcie.

Zastanówmy się jednak nad podstawowym w planowaniu życia i drogi zawodowej pytaniem: Co młodzi ludzie wiedzieli o rynku pracy, nim się na studia wybrali? Czy zadali sobie pytanie: Gdzie ja, socjolog, politolog, psycholog, europeista, bankowiec znajdę pracę? Kto będzie chciał mnie zatrudnić?

Czy zapytali swoich rodziców, co sądzą o ich wyborze? A po co?

W przeczytanym przeze mnie reportażu występuje nawet bezrobotna absolwentka architektury, co wydaje się niemal niezrozumiałe.

Ostatnio rozmawiałam w pociągu z trójką studentów. Był wśród nich chłopak studiujący medycynę i dwie dziewczyny na weterynarii. Powiedziały wprost: na lekarzy do małych zwierząt nie ma już zapotrzebowania, musimy być gotowe na pracę z dużymi. Zrozumiałam, że może chodzić o konie i inne zwierzęta hodowlane, jak na przykład te, które hoduje się na rzeź, co dla lekarza nie musi być najprzyjemniejsze. Dziewczyny jednak wiedzą, co je czeka.  Wiedzą, że same muszą znaleźć miejsce swego przyszłego startu.

Pamiętam moje początki zawodowe, wiele lat temu. Oczywiście warunki były kompletnie inne i na moim wyborze życiowym (praca nauczycielki) zaważyła przede wszystkim chęć dalszego dokształcania się i pracy naukowej w dziedzinie historii teatru.

Ostatecznie nigdy nie pracowałam w zawodzie wyuczonym (magister sztuki), co jest może stratą dla państwa, które mnie wykształciło, ale też bardzo szybko zaczęłam temu państwu spłacać kredyt, ponieważ założyłam wraz z siostrą firmę. Nikt nie musiał wypłacać mi pensji z państwowej kasy, na którą to ja wraz z siostrą łożyłam i to niemało! Płaciłam też od początku składki w ZUS, bo żadnych ulg dla młodych przedsiębiorców nie przewidywano.

Działo się to na kilka lat przed wyborami czerwcowymi i niewielu wiedziało cokolwiek o działalności gospodarczej.

Tak, miałyśmy poniekąd łatwiej, prawie nie było konkurencji i kto wtedy zaczął, na ogół odnosił sukces.

Ale przecież nikt nam tej drogi nie wskazał! Taki rachunek wyszedł mi z rozeznania rynku. Nie chciałam pracować w sklepie przez dwadzieścia pięć lat, ale wiedziałam, że to da mi utrzymanie, więc wsadzilam dyplom do szuflady i pracowałam, zdobywając po drodze różne inne zawody, tudzież zdając egzamin na sprzedawcę wykwalifikowanego. To mój najbardziej egzotyczny dyplom.

Miałam już wtedy dyplom magistra sztuki, dyplom marketing menedżera oraz świadectwo ukończenia Studium Pedagogicznego, a jednak te wszystkie papiery nie pozwoliły mi się wymigać od egzaminu w Izbie Rzemieślniczej! Dura lex, sed lex...

Ale i studia były za moich czasów nieco inne. Nikt za nas nie pisał prezentacji, licencjatów (nie było ich wtedy) ani magisteriów, to się zresztą nie mieściło w moim systemie wartości. Dlaczego ktoś miałby za mnie odrobić MOJĄ lekcję?

Na studia dostawaliśmy się w wyniku kilkustopniowego egzaminu, który trzeba było zdać  SAMEMU, do którego trzeba się było SAMEMU przygotować. Mnie zajęło to ostatni rok liceum, ponieważ przedmiotów wymaganych na egzaminie (historia teatru polskiego i powszechnego, historia dramatu polskiego i powszechnego) NIE BYŁO w programie liceum.

Czy ktoś dziś wyobraziłby sobie coś takiego?
Młodzież jest roszczeniowa, chce żeby było łatwo, bezproblemowo, jak najniższym kosztem, a później dziwi się, że nie znajduje pracy.
A może by tak zacząć najpierw od siebie?

Kapitalizm nikomu nie składał obietnicy, że będzie łatwo. Większość kandydatów na studentów wybiera łatwiejsze studia humanistyczne, kończy Wyższe Szkoły Tego i Owego i uważa, że zdobyło dyplom, który pozwala wykonywać jakiś zawód.

Ale to nie dyplom pozwala wykonywać zawód, tylko umiejętności.

Kapitalizm ma wiele wad, ale też jedną zaletę: jeśli ktoś udowodni, że jest w swoim fachu dobry, w końcu dostaje szansę.

Jakiś czas temu Facebook obiegło odręcznie napisane na kartce w kratkę ogłoszenie młodego człowieka (płci nie pomnę), który zaoferował swoje usługi w zakresie wyprowadzania psów na spacer. Bez względu na rezultat oferty, którego nie znam, powiem że ten młody człowiek wie, co to kapitalizm i sam sobie tworzy warsztat pracy.   

Brawo!

Może by tak od tego zacząć?

Rzekłam.

czwartek, 3 lutego 2011

Slow food, slow life

Sieczkarnia, czy ktoś wie, co to takiego?

Pamiętam z wakacji u babci coś jakby stół z dużym, ciężkim kołem zamachowym, na którym umieszczone były dwa ostrza. Między deskami, tworzącymi rodzaj rynny, należało położyć słomę albo trawę, które popychane, trafiały na metalowe zębatki, prowadzące pod owe noże. Kręcąc zatem kołem, cięło się dla zwierząt ową trawę albo słomę na sieczkę.

Zauważyłam kilka dni temu podczas podróży ową maszynę stojącą gdzieś na podwórku i pomyślałam, że wraz z rozwojem przemysłu stajemy się coraz bardziej od niego uzależnieni. U mojej babci były krosna. Babcia robiła dywaniki ze szmatek, jakie teraz kupuje się w Ikei. Podobno tkała też płótno, bo materiały były drogie, a czasu, zwłaszcza zimą, na wsi nie brakowało, oraz kilimy. 

Oczywiście w jej gospodarstwie (mówię o czasach około wojennych) nie było mowy o większych zakupach żywności. Własne zboże mieliło się we młynie (w latach siedemdziesiątych bodaj, niepotrzebny nikomu wiatrak w Posiadałach obrócił się w perzynę), piekło chleb, samemu robiło masło. Pieczenia chleba nie widziałam, natomist masło i owszem, tłukłam w drewnianej maselnicy, bardzo ciężka praca. To masło trzymano w chrzanowych liściach, w chłodzie, aby szybko nie jełczało. Ale cóż, taka uroda masła. Zastanawiam się, dlaczego obecnie, kiedy nawet zapomni się je wstawić do lodówki, masło nie jełczeje?

W dążeniu do wygody, niewiele już rzeczy wytwarzamy w naszych gospodarstwach. Chcielibyśmy, aby praca dawała nam utrzymanie, byśmy mogli z zarobionych pieniędzy kupić wszystko, co jest potrzebne do życia. I pewnie powiem głosem wołającego na puszczy, że takiego masła, jak powstawało w owej drewnianej maselnicy, nie zrobi żadna przemysłowa mleczarnia.

Slow food, slow life. Dokąd tak pędzimy? Przecież widomo, co jest po drugiej stronie tęczy.

czwartek, 16 grudnia 2010

Polskie grudnie

Nie pamiętam zbyt dobrze grudnia 1970.

Dwa lata po tragicznym marcu'68, kiedy Polacy zgodzili się na wyrzucenie ocalałych w holokauście Żydów, co było wstydem nie mniejszym od tolerowania ludobójstwa podczas okupacji, robotnicy, rzekome pieszczochy systemu, stanęli przeciwko żądającym wolności studentom. Potrzebowali dwóch lat, aby zrozumieć swój błąd. W grudniu '70 podnieśli głowy i dokonali zmiany w rządzącej partii.

Nie obyło się bez rozlewu krwi, jak w czerwcu '56 w Poznaniu.

Pamiętam słynne "Pomożecie?"  Edwarda Gierka. Jego twarz i jego machnięcie głową, jakby oczywiste było, że robotnicy i cały naród znowu zacisną pasa, by garstka przywiezionych na radzieckich czołgach i domorosłych dygnitarzy partyjnych opływała w dostatki, podczas gdy cała reszta społeczeństwa miała puste haki w mięsnym.

Gierek znał Europę i chciał dać narodowi dobrobyt. Długi zaciągnięte wtedy, spłacamy do dziś, a samego Gierka nie ominął los internowanych w następnym grudniu, gdy znów się wszystko posypało.

Wydawałoby się, że kto nie pamięta dwudziestego stopnia zasilania, racjonowania wody, butów na kartki, pustych półek, kilkugodzinnych kolejek po karton bobofrutów i amerykańskiego mleka w proszku, rozdawanego na plebaniach, ten ma szczęście.
Ale byłoby to zbyt proste. Każde pokolenie ma swoje troski.

Znów mamy grudzień i znów garstka naraża się dla większości, która nawet nie rozumie, po co jej Trybunał Konstytucyjny i wolne sądy, z zadowoleniem łykając nagonkę na "gorszy sort". 

Do czasu. Większość w końcu zrozumie, mimo propagandy sączącej się nawet z ambony. Tak było i tak będzie. Dzisiejszym triumfatorom pozostanie wstyd i potępienie. 

Bodaj przyszło nam żyć w nudnych czasach.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Dziś trzynasty grudnia

W niedzielę rano dwadzieścia dziewięć lat temu, jak dziś, była piękna pogoda. Słońce iskrzyło się w śniegu, był lekki mróz, nie chciało się wychodzić z domu. Poprzedzającej ten dzień nocy rządząca partia, pod pretekstem mniejszego zła, dokonała zamachu na swój naród.

Podziały, jakie spowodował stan wojenny, są widoczne do dziś.

Na szczęście jednak coraz mniej Polaków kojarzy datę 13 grudnia.
W facebookowych wpisach moich znajomych, nikt poza mną go nie wspomniał.
Należy się z tego powodu cieszyć, bo to znaczy, że wychodzimy powoli z martyrologii.

Bardzo bym chciała, abyśmy wreszcie nauczyli się cieszyć ze swoich osiągnięć i nie popadali w przesadne rozczulanie się nad niepowodzeniami.

13 grudnia jest czarną datą w naszej historii i ostatnim zrywem PZPR, by podporządkować sobie coraz bardziej demokratyzujące się państwo. Nadzieje na założenie kagańca społeczeństwu okazały się jednak płonne i po ośmiu latach w sejmie kontraktowym dopuszczono do rządzenia również niedawnych więźniów systemu. Formacja PZPR musiała podzielić się władzą, co znaczyło  początek jej końca.

Minęło dwadzieścia z górą lat od pamiętnego czerwca. Nie wszystko się udało, mamy jednak na własność nasz śmietnik i co z nim zrobimy, należy tylko od nas. Uczymy się powoli świadomości obywatelskiej, poznajemy pułapki polityki.

Dziękuję tym wszystkim, którzy ryzykowali własnym życiem, abym dziś nie musiała wzdychać za szamponami z PEWEX-u, mydełkiem Fa z paczki przysłanej z zachodu, widok szynki w puszce nie rozczulał mnie, a moje dzieci nie chciały emigrować do Ameryki.

Chyba zbyt szybko zapomnieliśmy, jak naprawdę wtedy było.

Rzekłam.

piątek, 15 października 2010

O nudzie

Nuda jest zjawiskiem tak ciekawym, że aż wartym osobnego studium, które zresztą już na pewno powstało. Większość filozofów musiała wziąć się za barki z tematem.

Na wyczucie laika, którym jestem, nuda to połączenie braku ekscytacji oraz nadmiaru wolnego czasu.
I tak też, w skrócie, jako brak bodźców, opisują ją leksykolodzy. Można by jeszcze dodać, że skutki uboczne nudzenia się to poczucie jałowości, bezsensu życia.

Nie powinnam się może zabierać za ten temat, ponieważ nie pamiętam ani jednej chwili mojego życia, która naznaczona byłaby nudą. Kiedy staram się zrozumieć ten fenomen, stwierdzam, iż są dwa zasadnicze powody, dla których tak się stało. Pierwszy to mój charakter, drugi - wychowanie.

Zacznę od drugiego: moja matka jest osobą stale czymś zajętą. Nie usiedzi w jednym miejscu, uprawia ogród, działa społecznie, ma swoje hobby - haft artystyczny. Pomimo zaawansowanego wieku, jest bardzo czynna, zajmuje się domem, robi przetwory, wciąż ma mnóstwo planów.

Jako dziecko byłam oczywiście angażowana w te prace. Nie powiem, żeby wtedy mnie, naturze kontemplacyjnej, specjalnie się to podobało. Pamiętam zrywanie agrestu w ogrodzie babci. Co za horror! Wytrzymałam tylko dlatego, że obok przebiegała linia kolejowa i rwałam ten nieszczęsny agrest na wyścigi z pociągami.

Nie pamiętam zresztą, żeby ktoś go potem jadł. Ale zaowocował on dość kuriozalnie: w każdej sytuacji szukam sobie zajęcia. Ostatnio przyłapałam się na tym, że zostawiona na chwilę przez najwspanialszego z mężów w zaparkowanym samochodzie, wyjęłam z torebki bibułki do wycierania okularów i zaczęłam mu przecierać deskę rozdzielczą auta!

I tu jest chyba pies pogrzebany.

Praca, poczucie jej wartości, ważności, nadrzędności w życiu została mi wszczepiona w dzieciństwie.
Ale nim zaowocowała, miałam swój świat wewnętrzny, w podróż po którym zabierali mnie bohaterowie pochłanianych w ogromnych ilościach książek.
To książki i myślenie o bohaterach dostarczały mi ekscytacji w powolnej, spokojnej egzystencji środkowego PRL-u.

A potem zaczęłam mieć plany, których realizacja też wymagała czasu. Nie wszystko wyszło, niektóre rzeczy (jak język francuski) przepadły, choć kiedyś dość się do nich przykładałam. Ale za to pojawiły się inne. Dzięki wielkim planom nie potrzebowałam też nigdy używek ani alkoholu, o mocniejszych środkach wspomagających kreatywność nie wspominając. Nigdy nie poznałam ich smaku.

Wciąż goniąc czas, który tak nieubłaganie ucieka, nie rozumiem, jak można się nudzić i skłonna jestem przypisywać nudę ubogiemu wnętrzu nudzącego się.

Jeśli świat cię nie interesuje, żadne dostarczane z zewnątrz bodźce nie rozproszą twojej nudy. Jesteś na nią skazany.

Jeśli nie umiesz wyjść do świata, zainteresować się nim, chcieć go zmienić, będziesz jedynie jak rybka w akwarium, oglądająca wszystko przez szybę.

Niestety, mimo tak wielu wspaniałych możliwości, młodzież, z którą się spotykam, bardzo często uskarża się na nudę. Gdy pytam o zainteresowania, niewielu podnosi rękę do góry. Ci młodzi ludzie są przyzwyczajeni do konsumowania, a więc nietwórczy, bierni, oczekujący dostarczenia rozrywki, która w coraz większej mierze sprowadza się do wydawania pieniędzy rodziców.

I, jak zwykle, wsiadłam na swego ulubionego konika.
Rodzice...

To oni dostarczają dziecku bodźców. Kupują modne zabawki ilustrujące współczesne bajki, które są jak hamburgery: mocno reklamowane i łatwo dostępne, kojarzone z dobrobytem, ale nie ma tam miejsca na rozwinięcie wyobraźni dziecka. Większość zabawek nie pozostawia nic w domyśle, nie pozwala dziecku rozwinąć pomysłowości, nadać przedmiotowi innych funkcji, pobawić się w wynalazcę.

Ktoś mi powiedział, że w tureckiej gazecie (zresztą nieważna narodowość) widział reklamę zabawki-kapsuły ratującej górników. Litości!

Jeśli więc rodzice nie będą dzieciom rozwijać wyobraźni, nie pomogą im w odszukaniu ich osobistego celu, skazują je na poszukiwanie rozrywek tam, gdzie nie chcieliby, aby ich dzieci się kiedykolwiek znalazły.

Zresztą nadmiar bodźców, niemożliwych do przetworzenia, też może w człowieku wywołać blokadę, a w rezultacie nudę.

Obroni nas przed tym jedynie myśl przewodnia, która, niczym nić Ariadny, każdemu pomoże wyjść z labityntu życia oraz plany, które mierzyć należy nie na siły, a na zamiary.
Bowiem przekraczanie własnych możliwości daje zastrzyk adrenaliny nieporównywalny z żadnym filmem akcji, żadną ścianką wspinaczkową, żadnym skokiem na bungee, party w klubie i z żadnym jointem.

Człowiek jest bowiem sam dla siebie największym wyzwaniem i jeśli nie stawiasz sobie wymagań, jesteś leniwy i bezwolny wobec życia, to Ty będziesz lepszym ode mnie specjalistą od nudy.

Co rzekłszy, pozostaję, etc...