Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze powiernicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze powiernicze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 grudnia 2011

Emerytalne paradoksy, czyli pracuj, ile się da.

Fundusz emerytalny, do którego wpływa część wpłacanej przeze mnie składki z ZUS, pogratulował mi fantastycznego wyboru (lokujemy się w czołówce stawki), aby zaraz potem poinformować, że za rok ubiegły zanotował ujemny przyrost na poziomie mniej więcej minus dwa procent.

Też się ucieszyłam, w końcu mogło być gorzej.

Zaraz w następnym zdaniu fundusz uprzedza moją myśl o wycofaniu środków do innego zarządzającego, stawiając mi przed oczy fantastyczny wynik 16,3 %, o jakie zdołał podnieść wartość jednostki uczestnictwa w ciągu pięciu lat, to jest sześćdziesięciu miesięcy.

Ale trafił pechowo, bo na mnie te 16,3% nie zrobiło wrażenia. Gdyby zamiast wytężonej pracy, fundusz bez żadnego wysiłu kupował bony skarbowe, zarobiłby średniorocznie nie 3,26% a 5,14%. Widzicie różnicę? To 117,39 lub 128,48 na tak małej kwocie może nie zwala z nóg, ale gdybyście zakładali lokatę, którą z dwóch byście wybrali?

Fajnie, że fundusz niczego nie ryzykuje obracając moimi pieniędzmi. Najwyżej przejdę do innego. Jeden klient wiosny nie czyni.

W długoterminowym rankingu z ponad dwustuprocentową rentownością, mój fundusz i tak plasuje się na drugim miejscu, (brawo, Guciu, udało ci się!), kiedy jednak od tych 218% odjąć realny spadek wartości pieniądza w ciągu 12 lat, siła nabywacza tych pieniędzy aż tak bardzo nie wzrosła i mimo ciągłej walki NBP z inflacją, tę ładną cyferkę należałoby nieco zmniejszyć (o jakieś 50%?), a inflacja z owych 16,3%, o jakie wzrosła moja jednostka uczestnictwa, zjadłaby 14,8%. Niech mnie poprawią bankowcy, jeśli źle policzyłam.

Po co nam zatem fundusze? Czy tylko po to, byśmy byli zmuszeni do odkładania, bo przecież sami prędzej kupimy zupełnie niepotrzebne gadżety, a myślenie o starczym zniedołężnieniu i nieuchronnych chorobach wcale nas do oszczędzania przymusić nie zdoła. I oczywiście jako starcy, będziemy się domagać drogiego leczenia na koszt państwa, zabierając pieniądze bardziej potrzebujacym grupom społecznym, a zwłaszcza młodym małżeństwom.

Kiedy widzę, jak mizerną kwotę dzięki czułej opiece państwa zaoszczędziłam, zapadam się wewnętrznie i próbuję zrozumieć, dla kogo powołano te fundusze? Bo nie dla biednych, to pewne. Będą kiedyś dostawali co miesiąc pięć złotych, z czego państwo odliczy im 20% na poczet podatku dochodowego, a fundusz emerytalny pobierze jeszcze złotówkę za swe czynności. Z pięciu zrobi się trzy złote, jak za to żyć, panie Premierze?

Paradoksalnie fundusze emerytalne nie są też dla bogatych, bo oni już sami o siebie zadbali, kupując mieszkania, ziemię, złoto, inwestując w sztukę, w wino, w ubezpieczenia z funduszem. Mają też zasoby i śmieją się z tego tysiąca, który im państwo przeleje, zabierając dwieście na PIT, Nie zauważą też złotówki za przelew.

Patrzę na mój rachunek wyników w OFE i zasępiam się coraz mocniej, bo wszak nie ma najmniejszej pewności,  że te pieniądze w ogóle kiedykolwiek do mnie wrócą.

Czasy mamy niestabilne i dwadzieścia lat gospodarki rynkowej nic w naszej mentalności nie zmieniło. Państwu nadal nie wierzymy, bo państwo jest niczym chorągiewka na wietrze. Nie widać długofalowej polityki, a odpowiedzialność obywatelska też jest bliska zeru.

Państwo nasze nie lubi obywateli, ze wzajemnością zresztą.

Kilka dni temu jeden z płatników ZUS odgrażał się w osiedlowym sklepiku, że wynosi się ze swymi składkami do Anglii, bo tam za relatywnie mniejszą kwotę będzie mógł kiedyś dostać więcej.

Tak głosuje się nogami i swoimi pieniędzmi.
 
Nie pochwalam, o ile to w ogóle realne, bo zaraz może się okazać, że nawet zabronione, ale czemu wciąż mielibyśmy robić z naszego życia ofiarę? Kolejni panowie, nazwisk nie pomnę, walczą z ZUS-em w sądzie, domagając się rachunku wyników z zarządzania ich składkami. 
 
Nie dostaną go przecież, bo nikt takiego rachunku nie sporządza. ZUS nie ma kont oszczędnościowych i to my, pracujący, z naszych składek utrzymujemy naszych rodziców. Nie do końca nawet, bo moja składka daje mniej niż połowę składki mojej mamy. Tę resztę dokłada państwo. Z czego? Z podatków, z obligacji, zadłużając przyszłe pokolenia, które i tak nie będą tak liczne, jak obecne, bo tak zwana "dzietność" spada.
 
 
Tak więc, ku chwale ojczyzny, a raczej, by dać wyraz mojemu solidaryzmowi zostanę w ZUS.  Nie licząc na emeryturę spędzaną na rajskich plażach, kombinuję, by zaoszczędzić, ale nie robię też ZUS-owi czarnego PR-u. Rozumiem potworne zagmatwanie sprawy i ból rządzących, którzy nie mogą tak po prostu, jak w Radiu Erewań, powiedzieć, że uszanek nie ma.
 
Bo nie sądzę, żebyśmy się kiedyś obudzili w świecie bez emerytur. Prędzej będą one tak skandalicznie niskie, że chcąc nie chcąc, obok spłacania rat za mieszkanie, meble i samochód, będziemy też musieli pomyśleć o naszej starości.
 
Tymczasem w odróżnieniu od setek Polek, które narzekają na zmęczenie i wydłużenie wieku emerytalnego, należę do tych nielicznych szczęśliwców, którzy wciąż nie mają dość pracy.
 
Robię to, co lubię, i mam nadzieję, że ten stan się nie zmieni po przekroczeniu przeze mnie wieku emerytalnego.
Ale pracuję w zawodzie, który fizycznie nie męczy i mam tego świadomość.
Takie już moje szczęście.
 
Dixi.