Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywata. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2016

Gucia, czyli pies z obrazu

Zobaczyłam ją na Allegro. Stojąc słupka prosiła o imię. Pomyślałam: Mój Boże, taki piękny pies jest bezdomny? Nie zastanawiając się wylicytowałam imię Gucia i objęłam suczkę wirtualną opieką. 




Jednak widok tego uśmiechu i języka, tej żywotności i jej uroda nie dawały mi spokoju. Schronisko zaczęło szukać domu dla Gutki, ale decyzja o adpocji nie była łatwa. Mam już dwa psy, nie mam natomiast trzeciej ręki... Jednak kiedy po Gucię ustawiła się kolejka, ostro stanęłam do walki. Dziękuję z tego miejsca pani Karolinie, że ustąpiła.   



Podczas wizyty zapoznawczej w schronisku w Korabiewicach, dokąd zawieźliśmy nasze suki Milkę i Neskę okazało się, że Gucia jest maleńka! Przy sznaucerce-olbrzymce i goldence wyglądała jak mikrusek. Na szczęście moje psy nie wykazywały agresji i po kilku tygodniach Gucia przyjechała do naszego domu. 





Wydawało się, że wszystko dobrze się układa, ale szybko przekonałam się, że adopcja to nie tylko kwestia dobrej woli, chęć opieki, czas jaki chcesz podarować psu. Gutka raz po raz zaskakiwała nas zachowaniami obiegającymi od tych, do których zdążyliśmy przywyknąć. Była lękliwa, często odmawiała jedzenia, wylizywała się, chowała, nie chciała wyjść na spacer, podczas choroby chowała się w najodleglejszych kątach domu, a jedną noc spędziła na ogrodzie, bo znalazła taką kryjówkę, której nie potrafiłam zlokalizować!
Te problemy powoli mijają, a ostatnio spotkało nas zaskoczenie. Ktoś zwrócił mi uwagę, że Gutka, którą uważaliśmy za mieszańca, ma cechy rasy kooiker. Ten pies, najmniejszy pies myśliwski, płochacz holenderski uwieczniony został na wielu obrazach malarstwa niderlandzkiego, choćby arcydziełach Rembrandta czy Jana Steena.. 








A tu fragmenty filmu o Wilhelmie Orańskim, który również hodował kooikery! 


Swoją drogą, wzruszające jest miejsce, jakie malarze dają psom na swych płótnach.

Przy okazji zachęcam Was do ustanowienia choćby najdrobniejszego przelewu stałego dla którejś z fundacji opiekujących się bezdomnymi zwierzętami. 

Dixi.

sobota, 1 listopada 2014

"Kalendarze" - fragment

Tego roku w dzień Wszystkich Świętych na cmentarz dziewczynka szła tylko z tatą. Mama i maleńka Urszulka zostały w domu. Dziewczynka czuła dumę, kiedy wyjmowała z siatki znicz i podawała go tacie, aby zapalił na grobie babci, której nigdy nie poznała. Zgodnie z jej życzeniem, Czesławę Gutowską pochowano na samym końcu cmentarza. Ze wzniesienia widać tu na prawo fragment parku, rozlewisko rzeki Srebrnej, z nieodległym Zespołem Szkół Budowlanych i niby grecką kolumnadą. Z lewej strony ponad murem cmentarnym wznoszą się zabudowania fabryczne, a z tyłu rozciąga nierówny teren dawnej żwirowni.

Szli tam i szli, mijając kobiety ubrane w futra oraz mężczyzn w jesionkach z futrzanymi kołnierzami lub pelisach i koniecznie w kapeluszach. Tego dnia wszyscy wyjmowali z szaf świąteczne, pachnące naftaliną, zimowe okrycia. Na co dzień nie widywała ludzi tak elegancko ubranych. Często nosili nicowane płaszcze, uszyte z koca kurtki czy watowane kufajki, wyraźnie oddzielając dzień powszedni od niedzieli i święta.    

Dzieci również ubierało się w futerka lub haftowane ciężkie kożuszki. Ona właśnie miała na sobie taki wyszywany kolorowym kordonkiem kożuszek z baranka. Zapinany na plecione skórzane guziki był z jednego powodu niezwykle atrakcyjny. Pętelka pierwszego od góry, rzadko zapinanego guzika, sterczała tuż przy ustach i dziewczynka nabrała znienawidzonego przez matkę zwyczaju żucia owej pętelki. Co w niej było takiego smacznego?! Matka się denerwowała, dziewczynka żuła pętelkę skrycie, kiedy do przedszkola odprowadzał ją brat cioteczny, Władek, lub odbierał tata i szli sobie wolno, a ona mogła wspinać się po wszystkich schodkach i zbiegać z nich ze śmiechem. 

Ale najsmaczniejsza była pętelka podczas jazdy sankami, kiedy ciągnący za sznur, odwrócony do niej plecami, nie dostrzegał grzechu dziewczynki, a i ona sama również o nim zapominała, gryząc zapamiętale zapleciony w warkocz rzemyk i niczym księżniczka ze swej karety śląc dumne spojrzenia mijanym przechodniom.

Przeciskając się przez zmierzający ku cmentarzowi tłum, tata nie zwracał na nią uwagi. Wypatrywał znajomych, szukał przejścia, trzymając ją mocno za rękę. Obydwoje, nie umawiając się, zdjęli rękawiczki. Dziewczynka wełniane, połączone sznurkiem i zwisające z obu rękawów, tata – skórzane, bo zawsze mu było gorąco. Ten dotyk, czasem lekkie uściśnięcie, wystarczał, aby czuła się spokojna i szczęśliwa.


Na cmentarz chodziło się w zasadzie tylko raz do roku, we Wszystkich Świętych. Tego dnia od ulicy Budowlanej aż do samej bramy ciągnęły się tymczasowe kramy ze zniczami, kwiatami, cukrową watą, różnymi odpustowymi świecidełkami. Już za dnia cmentarz, wyglądał odświętnie, przepiękne doniczkowe chryzantemy lub sztuczne kwiaty z kolorowych bibułek, a także zielone gałązki, jak okiem sięgnąć rozlewały się w kolorowe plamy. Jednak dopiero wieczorem robił naprawdę wielkie wrażenie. Widoczna z daleka pomarańczowa łuna zawisła nad grobami, wżerając się w granatowe niebo. 

Z górki przy grobie babci, dziewczynka widziała morze maleńkich ogników, pełgających w podmuchach wiatru. Żyli jeszcze wtedy dziadek Władysław, ciotka Halina i jej mąż, wujek Władek, stryjek Grzesiek, stryjek Poldek, ciotka Janina, oboje dziadkowie Tokarscy, sąsiedzi z Warszawskiej, Marek był młodym chłopakiem i nie wiedział, że kiedyś, po rozwodzie, przyjdzie mu dzielić wspólny grób z byłą żoną Lucyną. Żyli jeszcze Lidzia i Władek, dwoje zmarłych w ostatnich miesiącach…

środa, 31 sierpnia 2011

Najbliższy koniec świata

Dawno mnie tu nie było, za co stokrotnie przepraszam. Nie powinno się zawieszać na kołku raz powziętej akcji. Wiem o tym i biję się w piersi.

Mam na swoje usprawiedliwienie jedynie trwający od kwietnia remont domu, który zaprzątał mnie do tego stopnia, że już nie zostawało ani czasu, ani ochoty, by pomyśleć o czymkolwiek innym.

Dlaczego, żeby coś naprawić, tyle trzeba najpierw zepsuć?
Poza tym, że mieszkaliśmy trochę jak na PRL-owskim kampingu, ciągle trzeba było o czymś decydować, coś kupować, czegoś pilnować, coś wymieniać, za coś płacić, na coś uważać, coś omijać, po czymś nie chodzić.

W tym czasie oczywiście prawem serii działy się różne inne fajne rzeczy, psy chorowały, dzieci wyjeżdzały, pogoda wariowała.

Ale ponieważ nic (na szczęście) nie jest nam dane na zawsze, nasz remont też się skończył.

Zawołałabym: "Alleluja!", gdyby nie to, że przypadkiem wraz z końcem remontu skończyły się też moje wakacje i od jutra (jak miło!) koniec z leniuchowaniem, chowaniem się za-jakże-ważne-i-potrzebne-lektury-oraz-niezbędne-prace-domowe i, Gucia, nie ma zmiłuj, zaczyna się odliczanie:
180-179-178-177-176...

Kto mnie wrobił w taki krótki termin? Ja sama? Jak to w ogóle możliwe?
Niesposób zaprzeczyć.
Sama sobie zgotowałam ten los, podpisując umowę z datą zakończenia pracy w dniu 31 marca 2012.

Ale, zaraz! To zdaje się będzie już po końcu świata?
Może nie ma powodu przedwcześnie panikować? Poczekajmy do stycznia...

Zna ktoś może datę dzienną najbliższego końca świata?
Będę wdzięczna za podpowiedź. Może się bowiem okazać, że tym razem podpisując umowę z wydawcą zrobiłam interes życia ;-)))

Rzekłam (trochę jednak bez humoru). 

piątek, 11 lutego 2011

Moje życie w wersji beta

Moje życie w wersji beta rozpoczęlo się jakieś dwa lata temu.

Jeśli nie ma cię w Wikipedii, to znak, że nie istniejesz.

Wtedy właśnie wikipedysta o nicku - jeśli dobrze pamiętam - Robrojek, co brzmiało zachęcajaco, bo wskazywało na wrażliwego czytelnika "Jeżycjady", tchnął życie w nieistniejące wcześniej hasło, które przypadkiem brzmiało dokładnie tak, jak ja się nazywam.

Na początku było więc słowo. A raczej szereg słów, o których za chwilę.

Słowo jednak, choć można przy jego pomocy tworzyć obrazy, podobno jest znacznie mniej warte od obrazu. Tak przynajmniej uważają mężczyźni.

Mój profil zapragnął się więc wzbogacić o zdjęcie.

Nie jestem nadzwyczaj biegła w tych sztuczkach, zresztą dlaczegóżbym miała grzebać w cudzym tekście, nawet jeśliby dotyczył mnie osobiście? Po krótkich poszukiwaniach w tajnym brzuchu wikipedii, miałam już numer mojego dobroczyńcy, pod którym logował się na jednym z komunikatorów. Kiedy go tam zobaczyłam, przedstawiłam się i grzecznie poprosiłam, aby był łaskaw dodać do profilu zdjęcie.

I tu zdziwienie: mój stwórca przestraszył się, kontaktu ze swym własnym dziełem, stworzoną przez siebie
osobowością beta, jakby doń przemówił duch albo pomnik.
Czym prędzej czmychnął w czeluście internetu i tyle go widzieli.

Robrojek czmychnął, ale jego dzieło trwa. Trwa i przynosi nieoczekiwane owoce.

Przypomniało mi się to niedawno, kiedy publicznie zapytano mnie o moje związki z komunikacją autobusową, które Robrojek utrwalił na wieczność.
Który to już raz muszę się tłumaczyć z żartobliwego cv, stworzonego na potrzeby promocji jednej z książek?
Ten żart, spetryfikowany, niczym gałązka paproci w węglu albo mucha w bursztynie, osadzony w poważnym kontekście Wikipedii, wisi tam sobie ku radości ludzi z poczuciem humoru.

Robrojek z całą powagą napisał: "specjalistka w zakresie komunikacji autobusowej".

Mam więc w moim życiu beta piąty zawód: logistyka.

Dzięki Robrojku! Przyda się na gorsze czasy!

niedziela, 16 stycznia 2011

Jak widzimy świat?

Chyba mamy sezon na zaginione psy. Kilka dni temu przyjaciółka szukała właścicieli terierki szkockiej. Znaleźli się wreszcie po tygodniu. Ja dziś szukam właścicieli pekińczyka.

Wczoraj podczas wieczornego spaceru zobaczyłam siedzącego w jakimś kącie, zbłąkanego psa. Ponieważ miałam swoje dwa na smyczy minęłam go, odciągając moje ciekawskie suki. Nim doszłam do domu, wiedziałam, że muszę po niego wrócić, bo nie mogłabym spokojnie siedzieć w ciepłym pokoju, kiedy on mókł na deszczu.

Szłam, modląc się w duchu, żeby go już tam nie było. Ale był, siedział skulony, przestraszony, kupa nieszczęścia. Pekińczyk.

Miałam ze sobą smycz, ale nie chciał iść, kulał, więc wzięłam go na ręce i doniosłam do domu. Potem pojechaliśmy z nim do lecznicy. Na szczęście nic poważnego nie stwierdzono.

Wróciliśmy z psem do domu. Nasze suki o mało nie dostały kręćka. Usiadłam przy telefonie i zaczęłam rozpuszczać wici po okolicy.

I tu - jak się okazuje - zupełnie niechcący zrobiłam małe badanie socjologiczne.

Jak widzimy świat?

Część moich rozmówców komentowała sprawę: Na pewno ktoś go wyrzucił! Część: Na  pewno ktoś go szuka i cierpi.

Ogląd świata, polegający na założeniu, że ktoś inny jest zły, parszywy i nieodpowiedzialny, niestety występuje częściej. To smutne, bo zdecydowanie utrudnia współżycie społeczne.

Tak, mamy na to aż nadto dowodów, jak choćby psie kupy na każdym kroku, czy śmieci podrzucane na puste parcele, poważniejszych spraw nie dotykając. Przez takich ludzi mieszkamy na śmietniku.
Tacy ludzie, mówiąc ogólniej, nie ponoszą konsekwencji swoich czynów i pewnie nie odczuwają nawet z tego powodu wyrzutów sumienia (o ile wiedzą, co to słowo znaczy). Konsekwencje ponoszą inni, bardziej wrażliwi i nastawieni prospołecznie, których matki nauczyły w dzieciństwie dzielić się cukierkami, a papierków nie wyrzucać byle gdzie.
Nie mówię tego po to, żeby pleść sobie aureolę. Bynajmniej, ja po prostu inaczej nie umiem.

Jednak to, że istnieją typy aspołeczne, ludzie skupieni na sobie, którzy potrafią wyrzucić na bruk przysposobieone wcześniej zwierzę i nie jest to dla nich powód do bezsenności, to wciąż żaden argument, by z góry zakładać czyjąś złą wolę, egoizm, krótkowzroczność, brak wychowania i poczucia więzi społecznej.

Powiadam: apriorycznie nikogo nie oceniajmy, abyśmy sami nie byli oceniani bez sądu.

To, że na każdym kroku zwierzętom w Polsce dzieje się krzywda, dookoła nas jest śmietnisko, a na jezdniach króluje chamstwo, to wciąż jeszcze nie powód, by innymi gardzić.
Choć oczywiście czasem chciałoby się potrząsnąć albo dać kopniaka, żeby zrozumieli, że nie są sami na świecie, a my nie zbierzemy ścierką potopu, który oni wywołali.

Zawsze jednak najpierw sami uderzmy się w piersi.

Nasze widzenie świata jest wypadkową doświadczeń i charakteru, przy czym charakter ma znaczenie pierwszorzędne. Świat jest taki, jaki jesteś ty: słoneczny lub pochmurny, szczęśliwy lub przygnębiający, ufny lub podejrzliwy, szanujący innych lub nimi gardzący. Bierzesz za świat odpowiedzialność albo jedynie wykorzystujesz go do swoich celów.

Altruiści i egoiści. To wielkie uproszczenie, bo można być altruistą i egoistą jednocześnie. Można kochać zwierzęta i wywoływać wojny. Być gotowym do każdego poświęcenia dla własnej rodziny, ale nie szanować sąsiadów.

Czy jest możliwy świat, gdzie żyją sami altruiści? Obawiam się, że to utopia.


Jeśli nie znajdzie się właściciel, będę szukała domu dla pekińczyka. Nazwaliśmy go Gremlin.


Wiadomość z ostatniej chwili: właśnie oddaliśmy Gremlina vel Nunu jego uszczęśliwionym właścicielom!
Okazuje się, że miałam rację!

Chłopcy skomentowali to najpiękniej: Dobro jest fajne.
Tak, dobro jest fajne, a ja mam znów tylko trzy psy, jaka ulga!


 
Od lewej Mamba, Mila, Nesia.

sobota, 25 grudnia 2010

Co wynika z psiej tresury?




Moje psy, zmęczone chaosem związanym z przygotowaniami do Wigilii, wizytą babcinej suki, bieganiem we cztery po domu, żebraniem przy stole i tym całym świątecznym bałaganem, który wytrącił je z codziennego, znajomego rytmu, niestety, nie doczekały północy. Usnęły snem sprawiedliwego i nie skorzystały z przysługującego im raz do roku prawa głosu.

Zastanawiam się, cóż takiego by mi powiedziały, gdyby tej pięknej tradycji stało się zadość?
Podejrzewam, że to samo, co treserka Agnieszka, która ostatno nas odwiedziła: żebym ich nie traktowała, jak ludzi.

Ponieważ półroczna goldenka, Milka, sprawiała wrażenie psa nazbyt uległego i bardzo złośliwego jednocześnie, nie przypominając w charakterze żadnej z naszych sznaucerek, byłam ostatnio trochę zmęczona ciągłymi rozczarowaniami, związanymi z jej zachowaniem. Nie przychodziła na wołanie, załatwiała swoje potrzeby w domu, a jednocześnie na każde podniesienie głosu reagowała zawstydzającymi mnie dowodami uległości.

Agnieszka wytłumaczyła mi, o co chodzi i powiedziała, że mam być dla mojego psa chodzącym dystrybutorem smakołyków: nagradzać za każde dobrze wykonane polecenie.

Zadziwiające, jaka siła tkwi w malutkim psim ciasteczku!
Sytuacja natychmiast się zmieniła. Milka zalicza znacznie mniej wpadek, a nasze wzajemne relacje bardzo się poprawiły.

Gdyby próbować przenieść to doświadczenie na grunt ludzki, znaczyłoby, że nie kara, ale nagroda jest lepszym sposobem na osiągnięcie celu wychowawczego. Czytałam o tym wielokrotnie, doświadczałam w swoim życiu licznych przykładów zbawiennego wpływu nagrody na osiągnięcia twórcze i zwyczajne ludzkie zachowania.

Nagroda ma moc włączania generatora poprawy, podczas gdy kara ten generator wyłącza.

Jak to się dzieje i dlaczego? Wiadomo, każdy lubi być chwalony, chcemy zasłużyć na kolejną pochwałę.
Czy to będzie premia w pracy, piątka w dzienniczku, uśmiech mamy, czy psie ciasteczko.

W ksiażce o stosunkach męsko-damskich przeczytałam kiedyś: "Chwal pożądane, ignoruj niechciane".
Na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, kiedy jednak chcieć wprowadzić je do naszych relacji, musielibyśmy milczeć w każdym przypadku, kiedy coś nam się nie podoba w zachowaniu partnera, dziecka, przyjaciół, rodziców.

I mamy pat.

A przynajmniej rodzi się obawa, że kiedy zastosujemy się do sentencji, niechciane zachowania nigdy nie zostaną wyeliminowane.

Jakiej rady udziela nam w tym przypadku psi treser?
Otóż mówi, żeby po karze bardzo szybko następowała nagroda. Prawdopodobnie chodzi o wyeliminowanie zniechęcającego uczucia przykrości, które bywa bardzo często podstawą niezadowalających zachowań.

Nauczyciele, podobnie, jak rodzice, znają zbyt małą ilość metod, by realizować swoje cele. Najbardziej wymyślne kary działają bowiem niezwykle krótko. Błąd się powtarza z zadziwiającą regularnością, świadcząc o nieskuteczności posiadanych przez nauczycieli i wychowawców narzędzi.

A gdyby tak odwrócić układ i spróbowac tresury? "Nie wychowuj mnie, tylko tresuj", powinny prosić dzieci, bo treserzy już dawno zauważyli, że nie kijem osiąga się cel, ale marchewką.

Psia tresura jest skuteczna, przekonałam się o tym wielokrotnie, ale podobnie, jak w wychowaniu, działa jedynie i wyłącznie wtedy, kiedy wykażemy się konsekwencją, a z tym jest już niestety znacznie gorzej...

piątek, 15 października 2010

O nudzie

Nuda jest zjawiskiem tak ciekawym, że aż wartym osobnego studium, które zresztą już na pewno powstało. Większość filozofów musiała wziąć się za barki z tematem.

Na wyczucie laika, którym jestem, nuda to połączenie braku ekscytacji oraz nadmiaru wolnego czasu.
I tak też, w skrócie, jako brak bodźców, opisują ją leksykolodzy. Można by jeszcze dodać, że skutki uboczne nudzenia się to poczucie jałowości, bezsensu życia.

Nie powinnam się może zabierać za ten temat, ponieważ nie pamiętam ani jednej chwili mojego życia, która naznaczona byłaby nudą. Kiedy staram się zrozumieć ten fenomen, stwierdzam, iż są dwa zasadnicze powody, dla których tak się stało. Pierwszy to mój charakter, drugi - wychowanie.

Zacznę od drugiego: moja matka jest osobą stale czymś zajętą. Nie usiedzi w jednym miejscu, uprawia ogród, działa społecznie, ma swoje hobby - haft artystyczny. Pomimo zaawansowanego wieku, jest bardzo czynna, zajmuje się domem, robi przetwory, wciąż ma mnóstwo planów.

Jako dziecko byłam oczywiście angażowana w te prace. Nie powiem, żeby wtedy mnie, naturze kontemplacyjnej, specjalnie się to podobało. Pamiętam zrywanie agrestu w ogrodzie babci. Co za horror! Wytrzymałam tylko dlatego, że obok przebiegała linia kolejowa i rwałam ten nieszczęsny agrest na wyścigi z pociągami.

Nie pamiętam zresztą, żeby ktoś go potem jadł. Ale zaowocował on dość kuriozalnie: w każdej sytuacji szukam sobie zajęcia. Ostatnio przyłapałam się na tym, że zostawiona na chwilę przez najwspanialszego z mężów w zaparkowanym samochodzie, wyjęłam z torebki bibułki do wycierania okularów i zaczęłam mu przecierać deskę rozdzielczą auta!

I tu jest chyba pies pogrzebany.

Praca, poczucie jej wartości, ważności, nadrzędności w życiu została mi wszczepiona w dzieciństwie.
Ale nim zaowocowała, miałam swój świat wewnętrzny, w podróż po którym zabierali mnie bohaterowie pochłanianych w ogromnych ilościach książek.
To książki i myślenie o bohaterach dostarczały mi ekscytacji w powolnej, spokojnej egzystencji środkowego PRL-u.

A potem zaczęłam mieć plany, których realizacja też wymagała czasu. Nie wszystko wyszło, niektóre rzeczy (jak język francuski) przepadły, choć kiedyś dość się do nich przykładałam. Ale za to pojawiły się inne. Dzięki wielkim planom nie potrzebowałam też nigdy używek ani alkoholu, o mocniejszych środkach wspomagających kreatywność nie wspominając. Nigdy nie poznałam ich smaku.

Wciąż goniąc czas, który tak nieubłaganie ucieka, nie rozumiem, jak można się nudzić i skłonna jestem przypisywać nudę ubogiemu wnętrzu nudzącego się.

Jeśli świat cię nie interesuje, żadne dostarczane z zewnątrz bodźce nie rozproszą twojej nudy. Jesteś na nią skazany.

Jeśli nie umiesz wyjść do świata, zainteresować się nim, chcieć go zmienić, będziesz jedynie jak rybka w akwarium, oglądająca wszystko przez szybę.

Niestety, mimo tak wielu wspaniałych możliwości, młodzież, z którą się spotykam, bardzo często uskarża się na nudę. Gdy pytam o zainteresowania, niewielu podnosi rękę do góry. Ci młodzi ludzie są przyzwyczajeni do konsumowania, a więc nietwórczy, bierni, oczekujący dostarczenia rozrywki, która w coraz większej mierze sprowadza się do wydawania pieniędzy rodziców.

I, jak zwykle, wsiadłam na swego ulubionego konika.
Rodzice...

To oni dostarczają dziecku bodźców. Kupują modne zabawki ilustrujące współczesne bajki, które są jak hamburgery: mocno reklamowane i łatwo dostępne, kojarzone z dobrobytem, ale nie ma tam miejsca na rozwinięcie wyobraźni dziecka. Większość zabawek nie pozostawia nic w domyśle, nie pozwala dziecku rozwinąć pomysłowości, nadać przedmiotowi innych funkcji, pobawić się w wynalazcę.

Ktoś mi powiedział, że w tureckiej gazecie (zresztą nieważna narodowość) widział reklamę zabawki-kapsuły ratującej górników. Litości!

Jeśli więc rodzice nie będą dzieciom rozwijać wyobraźni, nie pomogą im w odszukaniu ich osobistego celu, skazują je na poszukiwanie rozrywek tam, gdzie nie chcieliby, aby ich dzieci się kiedykolwiek znalazły.

Zresztą nadmiar bodźców, niemożliwych do przetworzenia, też może w człowieku wywołać blokadę, a w rezultacie nudę.

Obroni nas przed tym jedynie myśl przewodnia, która, niczym nić Ariadny, każdemu pomoże wyjść z labityntu życia oraz plany, które mierzyć należy nie na siły, a na zamiary.
Bowiem przekraczanie własnych możliwości daje zastrzyk adrenaliny nieporównywalny z żadnym filmem akcji, żadną ścianką wspinaczkową, żadnym skokiem na bungee, party w klubie i z żadnym jointem.

Człowiek jest bowiem sam dla siebie największym wyzwaniem i jeśli nie stawiasz sobie wymagań, jesteś leniwy i bezwolny wobec życia, to Ty będziesz lepszym ode mnie specjalistą od nudy.

Co rzekłszy, pozostaję, etc...

poniedziałek, 4 października 2010

Zajęcia męskie i damskie

Najcudowniejszy z mężów zapytał wczoraj z nieukrywaną troską w głosie:
- A co ty robisz tak całymi dniami? - i, wyobraźcie sobie, zirytował mnie.
Nie dowiedziałam się ostatecznie, co spowodowało ten nagły przypływ mężowskich uczuć, bo kiedy zaczęłam zadawać pytania pomocnicze, najcudowniejszy uciekł w popłochu do łazienki.

A więc to tak? Kiedy on stojąc na planie woła "Kamera!", "Akcja!", "Kupiony!", "Dubel!", brudząc to, co ja wcześniej uprałam, wyprasowałam i ułożyłam na półkach, trawiąc to, co kupiłam, poukładałam w lodówkach i szafkach, przerobiłam na zupy, kotlety i surówki, ja w tym czasie zajmuję się czymś, czego on sobie nawet nie potrafi wyobrazić?!

Pewnie, rzeczy zrobionych nie widać. Nie widać, że mamy wielki dom, ogród, dwóch synów i trzy psy. Najcudowniejszy z mężów nie zauważa też, że gdzieś na boku piszę sobie jakieś tam powieści.
On się spala na planie, ja...

Jeden z moich wydawców zdziwił się kiedyś podczas rozmowy, że nie mamy pomocy domowej.
"Przecież praca w domu jest jałowa" - powiedział i najpierw mnie zdumiał, a potem zrozumiałam, że jest pewnie jedynym facetem, który ma to przemyślane.

Tak, pracując w domu zabijamy nasz czas, bo nikt nam nie podziękuje za czystą podłogę, ciepłą zupę i skarpetki czekające parami, na rękę niecierpliwiącą się brakiem czasu.

Oto, co robię, mój najcudowniejszy z mężów, kiedy Ty się spalasz na planie. I kiedy mówisz z przekąsem: W tym domu sami artyści! - jakoś nie czuję, żebyś narzekał na synów, raczej jesteś z nich dumny. Mam niestety wrażenie, że pijesz do mnie. Chciałabym, abyś wreszcie zrozumiał, że siedząc w domu poświęcam się dla rodziny nie mniej od Ciebie!

Rzekłam.

I nie wiem, czemu jestem dziwinie pewna, że gdyby którykolwiek z facetów próbował łączyć karierę z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci, nadzieje na nią rozwiałyby się, jak sen jaki złoty. Ale nie czerpię z tego powodu satysfakcji. Raczej pocieszam się w chwilach zwątpienia.

Mój czas nie należy do mnie. Jakie smutne odkrycie...

czwartek, 16 września 2010

Mało nas

Kiedy mnie pytają, czemu nie rozpowszechniam bardziej tego bloga, pytam: po co?
Co wynika z faktu, że się mówi do pięciu tysięcy, a nie do pięciu osób?
Ograniczenia.

Człowiek nagle chce się podobać, sprzedawać reklamy w adSense, dogdzić każdemu.
To tak, jakby na ulicy rozdawać klucze do swojego domu.

Nie chcę, żeby mi się tu pchali "wszyscy".
Chcąc dogodzić każdemu płyciejesz, jak Fakt albo woda z wiadra rozlana na podłodze.
A ja nie potrzebuję sprzedawać reklam.

Tak mają media. Spłyciały, odkąd sprzedają reklamy. Czasopism babskich do ręki nie biorę.
Na przemian pouczanie i kolesiostwo. I to, i to mnie brzydzi.

Tak mają telewizje, z rzadka tylko coś da się oglądać, bo przecież muszą zadowolić "wszystkich".
Więc nie mam pokusy, żeby od czasu do czasu włączyć telewizor.
Nie umiem zresztą, od kiedy dla mojej wygody leży przed nim sześć pilotów.

Tak mają wydawnictwa. Muszą na siebie zarobić, wydają więc książki o upiorach i nowe powieści Janusza Leona W. Zła powieść to dobra powieść, bo trafia do szerszej publiczności, a ta się nie zna. Jak ma się znać, skoro nie czyta? Albo czytuje JLW?

Większość ludzi niestety czyta instynktownie. Jeśli napiszesz babom, że słodki brunet będzie je nosił na rękach wpychając do buzi ciasteczka, to pochłoną i kupią następną taką samą, bo nie potrzebują smutków, nie potrzebują problemów, te mają we własnym życiu.

Dlatego chcą powieści z dobrym zakończeniem, z wartką akcją, takiej, gdzie kobieta otrząsa się z nieudanego związku (aż tyle z Was tkwi w nieudanych związkach?!), kopie w dupę męża i wyjeżdza na Mazury (opcjonalnie Bieszczady albo jaką inną prowincję, broń Boże do dużego miasta! ukłony dla stacji tvn) i tam znajduje faceta po przejściach, który ją wreszcie zrozumie, doceni, pokocha, kupi kwiaty bez okazji i zmyje talerze po obiedzie własnoręcznie przyrządzonym.

Łojezu!

Takiej książki chcą kobiety.
Chcą baśni. Chcą spełnienia marzeń. Choćby w powieści. Czyżby były aż tak głupie?
Nie, ale czytając nie chcą myśleć i głośno o tym mówią.

Zawsze mi się wydawało, że czyta się po to, aby się czegoś dowiedzieć. One tymczasem manifestują, że już wszystko wiedzą i niczego od literatury nie oczekują, poza zaspokajaniem ich marzeń.
Dla mnie to jakby mówiły: Jesteśmy idiotkami i wcale się tego nie wstydzimy. Jakby mówiły: Nie wiem, że nic nie wiem.

Ja bym się na ich miejscu wstydziła, ale niech będzie, z Bogiem.

Faceci zresztą mają podobnie. Czytają kryminały, żeby pobudzić w sobie adrenalinę, ale na spacer z psem to już im się wyjść nie chce. Biedacy, zmęczyli się w robocie!

No to po co ja mam tu ich wszystkich gościć?

Jest tak wielu autorów, którzy prowadzą blogi żenujące, jak żarty u cioci na imieninach i piszą powieści czytane powszechnie.
Tam można się poczuć dobrze.
Tu tak nie będzie.
Nie będziemy się bawić w schlebianie i "Kocham Was!".

Dlatego zawsze będzie Was tu mało. Mnie to nie przeszkadza. Nie potrzebuję fanklubu, tylko rozmowy.

Lub choćby monologu.

Dixi.

środa, 15 września 2010

Jak schudnąć, piekąc torcik?

Na liście bestsellerów KDC groch z kapustą, pokazujący mętlik, jaki panuje w naszych, czytelniczych głowach. Poza językiem niemowlaka i babską-arabską opowieścią o tym, jak zostać wdową w wieku dziewiętnastu lat (marzenia!), na przemian: Nie potrafię schudnąć, Torty i ciasta, Nie potrafię schudnąć, Metoda Doktora Dukana, Torty i ciasta z kremem.
Peleton zamyka 360 nowych przepisów na schudnięcie.

Dokładnie tak się odchudzamy: skokowo. Najpierw trochę umartwiania, potem mały torcik, znów dzień albo nawet tydzień proteinowy (pozdrawiam Cię, Basiu!) i szarlotka albo drożdżowe.
Jakie to szczęście, że jako dziecko byłam niejadkiem! Z pomocą Bożą jakoś trzymam wagę, choć, nie powiem, była pokusa, odchudzałam się rok temu (trudno się oprzeć tej paranoi).
Kiedy weszłam w rozmiar 36 Zary, pomyślałam: "Nie jest dobrze!".

Zaczęłam szorować po łóżku kręgosłupem, który nagle wydał się jakoś dziwnie wypukły.
Moje odchudzanie przyszło w momencie nasilonego ataku książek o anoreksji. Wtedy zrozumiałam, co mają na myśli dziewczyny, które piszą o doznawaniu poczucia własnej wartości, kiedy oddają obiad do sedesu przy pomocy dwóch palców wetkniętych do gardła.

Na szczęście mnie to nigdy nie było potrzebne. Ja po prostu jadłam mniej.
Nie rozumiem po co ludzie kupują książki o odchudzaniu?
Nieprawda, wiem. Myślą, że wystarczy kupić, a ten żabojad odwali za nich czarną robotę.
Więc dziś się odchudzamy, a jutro być może torcik?
Nikt się przecież nie będzie umartwiał. Czasy są hedonistyczne: masz się dobrze czuć w swojej skórze. czy się czujesz, to już twój problem.

Ale media, liżąc cię po tyłku, będą ci wmawiać, że możesz wyglądać pięknie, nie wkładając w to wysiłku.
Że możesz wsuwać, ile ci się zamarzy, byle to były białka.

Nie możesz. Wysiłek to cena chudnięcia.
I żadnych tam wyjątków dla jednego niskokalorycznego torcika. Nawet, jeśli przepis nań znalazłaś w książce sąsiadującej na liście bestsellerów z metodą doktora Dukana.
Oto magia poradników: zapewniają błogostan, gdy się znowu nie uda.

Dixi.

piątek, 3 września 2010

Rodzicielstwo zastępcze

Stare porzekadło mówi, że właściciele psów dzielą się na tych, którzy śpią ze swoimi psami i tych, którzy się do tego nie przyznają. Do niedawna wydawało mi się to jedynie zgrabnym żartem. Nigdy bowiem nie pomyślałam, by wpuścić do łóżka którąś z moich brodaczek. Sznaucery rodzą się tak duże i czarne, że już na starcie mają przechlapane.


A Milka jest mniejsza, jest puchata, jest biała... Przytulanie mruczącego szczeniaka to wielka pokusa i choć wiem, że się jej w końcu oprę, niniejszym udzielam rozgrzeszenia tym, którzy nie potrafili przegonić psa, ładującego się do łóżka.

Posiadanie zwierząt, jeśli tylko nie łączy się z zarobkowaniem, to chyba rodzaj zastępczego rodzicielstwa. Macierzyństwa bądź ojcostwa. Moje zastępcze macierzyństwo jest w dużej mierze zastępczym ojcostwem mojego męża, który dwa ostatnie psy, to jest Nesię i Milę, przyniósł po prostu znienaca za pazuchą, skazując mnie na ponoszenie konsekwencji tego faktu.
Nie obyło się bez bury, za pierwszym razem z miejsca, w przedpokoju, za drugim, po dwóch czy trzech dniach, kiedy już zabrakło mi sił.

Potem dowiadywał się jednak, że to były najpiękniejsze prezenty, jakie mi kiedykolwiek zrobił.
I obawiam się, że choć obiecał nie znosić już więcej zwierząt do domu, nieodwołalnie popadł w recydywę.
Chyba, że któryś z chłopców przyniesie mu za pazuchą wnuka...

niedziela, 29 sierpnia 2010

Koszmar


Szekspirowska tragedia wisiała w powietrzu.
Stare suki się poobrażały. Niby wiedzieliśmy to wszystko z poprzedniego razu, kiedy W. równie niespodziewanie, jak teraz Milkę, przyniósł za pazuchą Nesię. Ale jednak mieliśmy do nich trochę żalu, że nie przyjęły Milki z równym nam entuzjazmem. Noc była ciężka. Mała, zamknięta dla bezpieczeństwa w klatce, zawodziła niczym dziecko porzucone w lesie, wreszcie wnieśliśmy klatkę do sypialni i zasnęliśmy płytkim snem, bo a nuż będzie znów płakać?
Dziś trochę lepiej. Neska wciąż obrażona, ale trochę się pobawiły, uff!

sobota, 28 sierpnia 2010

Pies w dom




Kiedy to piszę, u moich stóp na drewnianej podłodze (dywan dziś odebrany z pralni przezornie zwinęliśmy), lekceważąc różowe psie posłanie, ułożyła się do snu dziesięciotygodniowa goldenka. Prezent od męża był zgoła nieoczekiwany, dwa psy w domu to ilość wystarczająca, wszak nie mam trzeciej ręki.
W dodatku szczeniak jest trochę jak niemowlę - fajna zabawa przez chwilę, a potem nieustanne obowiązki. Czy nie o to zresztą w posiadaniu psa chodzi: by mieć się kim opiekować?
Nie wszystkim, to wiemy, jednak nie mówmy przy święcie o rzeczach przykrych.

Moje dwie sznaucerki są trochę skonfundowane faktem pojawienia się gościa: stara poszczekuje groźnie (a ktoby się tam przestraszył), młodsza zwariowała i nie może ochłonąć: Wreszcie będę się miała z kim bawić!

Będą zmiany, nowa lokatorka zaprowadzi je bez dwóch zdań. Będą zasikane podłogi i mnóstwo szczęścia, które taki maluch samym swoim istnieniem wnosi w życie domowe.

Mnie też pozwoliła zaoszczędzić trochę jadu.

Wreszcie zasnęły: bezimienny maluch u moich stóp i Neska w drzwiach. Ich sapanie, niczym ogień na kominku, tworzy dom.

Pies łagodzi obyczaje.

Będzie się wabić Milka.

niedziela, 11 lipca 2010

Celebrytka

Późny debiut ma wiele minusów. Przede wszystkim zostaje mało czasu na zrobienie kariery. Wydawca ci mówi:
- Ta książka się nie sprzeda... Gdyby pani była celebrytką...
Gdybym była celebrytką, mogłabym sprzedawać książki bez żadnej treści, wystarczyłaby kolorowa okładka.
Jednak bycie celebrytą niesie też wiele niewygód. Przede wszystkim celebryci wszystkich wkurzają, nawet samych siebie.
Taki Piękny Kazimierz. Primo voto nauczyciel, secundo voto premier, tertio voto Isabel...
Ktoś go jeszcze pamięta?...
Ni z tego, ni z owego się ogarnął, że bycie celebrytą jest do kitu. Dlaczego? Bo już go nie wysyłają na sesję zdjęciową na Mauritius?
Teraz będzie miał ksywkę "pokutnik". Aż do następnego razu, kiedy wyrwie bardzo poważnie wyglądającą czternastkę i po "długoletnim rozpadzie pożycia", zostawi nieszczęsną Isabel z czwórką kaziątek u piersi.
Mnie ostatnio też dwie celebrytki wkurzyły.
Najpierw Grochola. Wcisnęła się do "Tańca z gwiazdami" i od razu mój wydawca wzdycha znacząco:
- Niechże pani coś zrobi...
A co ja mam zrobić?! Grochola ma przynajmniej nogi, a to, co ja mam, trudno nazwać nogami...
Akurat ona! Po co się tam pchała?! Przecież te nogi to już jej do niczego niepotrzebne. Co by napisała, albo i nie napisała, i tak się sprzeda, a z pustymi kartkami to pewnie jeszcze lepiej...
Zastanawiam się w panice:
- Co robić? Może bym do telewizji poszła?
Ale to nie takie proste. Od innej celebrytki dowiaduję się bowiem, że nie mam praktycznie szans.
- Pisarzy nie biorą, bo pisarze nie potrafią mówić.
A kto potrafi mówić przed szóstą rano? Chyba, że przez sen...
Wydawnictwo naciska:
- Może chociaż niech pani zatrudni pomoc domową?
I to był strzał w dziesiątkę!
Nie trzeba być Dodą ani mieć dużego biustu, żeby zostać celebrytą, nie trzeba nie umieć tańczyć, ani ośmieszyć się publicznie.
Celebrytą nie zostaje się też wtedy, gdy z wyrachowania albo własnej głupoty przekracza się granice żenady.
Celebrytą można zostać przez pomyłkę. Cudzą pomyłkę.
Takie sushi w psiej misce. No, było tak wstrętne, że nawet pies go nie ruszył.
Następnego dnia przyszła pomoc, a ten kawałek sushi ciągle niesprzątnięty...
Ups!
I poszło w miasto:
- Co to za oszołomy! Już nie wiedzą, czym te psy karmić!
Efekt? Piękny wpis na Pudelku!
Celebryci są nam potrzebni, żebyśmy się odstresowali z naszych kompleksów. Przynajmniej jest się z kogo pośmiać, bo z siebie samych nie lubimy i nie umiemy.
A ile to ma wspólnego z prawdą? Kogo to obchodzi?
Swoją drogą psy to wdzięczny obiekt plotki.
Moja suka jest stara i schorowana. Weterynarz zasugerował:
- Może rehabilitacja? Taki psi basen na przykład...
Fajnie, może znów wycieknie do mediów, że mój pies w kapoku w kwiatki rekreacyjnie pływa na setkę?
Wydawca już zaciera ręce:
- A może by tak pani jeszcze zatrudniła kucharkę albo ogrodnika?...

Kto wie? Może...