Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kalendarze". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Kalendarze". Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2014

"Kalendarze" - fragment

Tego roku w dzień Wszystkich Świętych na cmentarz dziewczynka szła tylko z tatą. Mama i maleńka Urszulka zostały w domu. Dziewczynka czuła dumę, kiedy wyjmowała z siatki znicz i podawała go tacie, aby zapalił na grobie babci, której nigdy nie poznała. Zgodnie z jej życzeniem, Czesławę Gutowską pochowano na samym końcu cmentarza. Ze wzniesienia widać tu na prawo fragment parku, rozlewisko rzeki Srebrnej, z nieodległym Zespołem Szkół Budowlanych i niby grecką kolumnadą. Z lewej strony ponad murem cmentarnym wznoszą się zabudowania fabryczne, a z tyłu rozciąga nierówny teren dawnej żwirowni.

Szli tam i szli, mijając kobiety ubrane w futra oraz mężczyzn w jesionkach z futrzanymi kołnierzami lub pelisach i koniecznie w kapeluszach. Tego dnia wszyscy wyjmowali z szaf świąteczne, pachnące naftaliną, zimowe okrycia. Na co dzień nie widywała ludzi tak elegancko ubranych. Często nosili nicowane płaszcze, uszyte z koca kurtki czy watowane kufajki, wyraźnie oddzielając dzień powszedni od niedzieli i święta.    

Dzieci również ubierało się w futerka lub haftowane ciężkie kożuszki. Ona właśnie miała na sobie taki wyszywany kolorowym kordonkiem kożuszek z baranka. Zapinany na plecione skórzane guziki był z jednego powodu niezwykle atrakcyjny. Pętelka pierwszego od góry, rzadko zapinanego guzika, sterczała tuż przy ustach i dziewczynka nabrała znienawidzonego przez matkę zwyczaju żucia owej pętelki. Co w niej było takiego smacznego?! Matka się denerwowała, dziewczynka żuła pętelkę skrycie, kiedy do przedszkola odprowadzał ją brat cioteczny, Władek, lub odbierał tata i szli sobie wolno, a ona mogła wspinać się po wszystkich schodkach i zbiegać z nich ze śmiechem. 

Ale najsmaczniejsza była pętelka podczas jazdy sankami, kiedy ciągnący za sznur, odwrócony do niej plecami, nie dostrzegał grzechu dziewczynki, a i ona sama również o nim zapominała, gryząc zapamiętale zapleciony w warkocz rzemyk i niczym księżniczka ze swej karety śląc dumne spojrzenia mijanym przechodniom.

Przeciskając się przez zmierzający ku cmentarzowi tłum, tata nie zwracał na nią uwagi. Wypatrywał znajomych, szukał przejścia, trzymając ją mocno za rękę. Obydwoje, nie umawiając się, zdjęli rękawiczki. Dziewczynka wełniane, połączone sznurkiem i zwisające z obu rękawów, tata – skórzane, bo zawsze mu było gorąco. Ten dotyk, czasem lekkie uściśnięcie, wystarczał, aby czuła się spokojna i szczęśliwa.


Na cmentarz chodziło się w zasadzie tylko raz do roku, we Wszystkich Świętych. Tego dnia od ulicy Budowlanej aż do samej bramy ciągnęły się tymczasowe kramy ze zniczami, kwiatami, cukrową watą, różnymi odpustowymi świecidełkami. Już za dnia cmentarz, wyglądał odświętnie, przepiękne doniczkowe chryzantemy lub sztuczne kwiaty z kolorowych bibułek, a także zielone gałązki, jak okiem sięgnąć rozlewały się w kolorowe plamy. Jednak dopiero wieczorem robił naprawdę wielkie wrażenie. Widoczna z daleka pomarańczowa łuna zawisła nad grobami, wżerając się w granatowe niebo. 

Z górki przy grobie babci, dziewczynka widziała morze maleńkich ogników, pełgających w podmuchach wiatru. Żyli jeszcze wtedy dziadek Władysław, ciotka Halina i jej mąż, wujek Władek, stryjek Grzesiek, stryjek Poldek, ciotka Janina, oboje dziadkowie Tokarscy, sąsiedzi z Warszawskiej, Marek był młodym chłopakiem i nie wiedział, że kiedyś, po rozwodzie, przyjdzie mu dzielić wspólny grób z byłą żoną Lucyną. Żyli jeszcze Lidzia i Władek, dwoje zmarłych w ostatnich miesiącach…