W miniony weekend odbyła się w Siedlcach trzecia edycja Festiwalu Literatury Kobiecej "Pióro i Pazur". Jego założenie to promocja literatury pisanej przez kobiety dla kobiet. Wstępnej selekcji dokonują najaktywniejsze czytelniczki siedleckiej Miejskiej Biblioteki Publicznej. To one podjęły się heroicznego zadania przeczytania osiemdziesięciu nadesłanych na konkurs książek wydanych w 2013 roku. Dopiero wybrane przez nie pozycje czyta profesjonalne jury, w którego skład wchodzi krytyczka literatury, dziennikarki oraz blogerka. Najlepsze powieści oceniane są w dwóch kategoriach: "Pióra" i "Pazura". Do nagrody głównej nominuje się po pięć z każdej kategorii.
Festiwal został powołany po to, aby promować dobrą literaturę kobiecą, ponieważ pomimo, że jest to literatura czytana i kupowana, wstydliwie przemilczają jej obecność niemal wszystkie media, podczas gdy nie czują się w obowiązku milczeć o kryminałach, powieściach sensacyjnych, fantasy czy komiksach. Co więcej, powieści kryminalnej udało się ostatnio wejść na salony i nikt już nie musi czytać jej w toalecie.
Organizatorzy wysłali liczne zaproszenia, ale niemal nikt z tak zwanych mediów mainstreamowych (poza Radiem RDC), w tym z czytanych głównie przez kobiety tygodników i miesięczników (poza Polityką i Elle) festiwalu nie zaszczycił. Być może festiwal nie wrósł jeszcze w kalendarz imprez kulturalnych, może wrzesień jest mocno dociążony. Szukam usprawiedliwień i nie bardzo znajduję. Wszak to te same czytelniczki, do których staramy się wspólnie dotrzeć!
Podobnie, choć wydaje się to nie tylko dziwne, ale wręcz szokujące, zachowuje się Instytut Książki, którego strona odnotowuje co prawda autorki-kobiety, ale jedynie z pewnego wąskiego kręgu, który przez krytyków uznany został za literaturę wysoką. Nas tam po prostu nie ma.
Przemilczając istnienie tak licznej grupy autorek, dyskredytuje się równocześnie istnienie ich czytelniczek. Czy możemy sobie na to pozwolić w kraju, którego obywatele z nieczytania uczynili swą naczelną zasadę? Nie czytają już nie tylko robotnicy i chłopi, nie czytają absolwenci liceów, studenci, lekarze, architekci, nauczyciele, urzędnicy i prawnicy. Polska elita nie czyta! W domach nie ma książek! Oglądając projekty wnętrz, niemal nigdy nie widać tam miejsca na bibliotekę!
Oczywiście łatwo wydymać wargi pisząc o kobietach-autorkach. Dla wielu jest to synonim złej literatury. Jednak nie trzeba wcale być krytykiem, wystarczy czytać nieco więcej niż średnia, aby zauważyć, że nie ma jednej dobrej literatury. Literatur jest wiele, niemal tyle, ilu czytelników. Wisława Szymborska oglądała w telewizji "Niewolnicę Isaurę", czy to umniejszyło jej wartość, jako czytelnika?
Zastanówmy się więc, czy rozczytywania społeczeństwa nie należałoby zacząć od popularyzowania literatury środka, w tym powieści obyczajowej? Świetnie sobie poradzono z tym w sporcie. Nikt nie wystawia do wspólnych zawodów siatkarzy, koszykarzy i piłkarzy uprawiających piłkę nożną. To różne ligi. Różne ligi mogą też istnieć w literaturze. Co więcej, one już istnieją!
Mówi się, że literatura dzieli się na czytaną i nagradzaną.
Nie ma się co obrażać, kto inny sięga po klasykę i pisarza niszowego, kto inny po pisarza czy pisarkę literatury środka. Ważne, żeby czytali, bo daje nam to nadzieję, że jako społeczeństwo będziemy się rozwijać.
Jako pisarki nie skarżymy się na swój los, bo mamy wiele świadectw zainteresowania. Nasze powieści kupuje się do bibliotek, na nasze wieczory autorskie przychodzą czytelniczki.
Po co więc ten cały raban?
Wiadomo, że nie współczesność, ale historia, nasi przyszli czytelnicy zdecydują, co ma pozostać na półkach, a co pójdzie do kosza. Dzisiejsze oceny są jednak w wielu przypadkach niemiarodajne, skażone uprzedzeniami, kolesiostwem, wyciąganiem wniosków na zasadzie pars pro toto.
Festiwal wymyśliła zaprzyjaźniona grupa pisarek, a realizuje go heroicznie pisarka i dziennikarka, a teraz można już powiedzieć, że również działaczka społeczna, Mariola Zaczyńska. Ma skromne środki, na szczęście wspiera ją rodzima redakcja Tygodnika Siedleckiego oraz Urząd Miejski w Siedlcach i coraz liczniejsza grupa sponsorów.
Warto, by decydenci od promocji książki zauważyli i wsparli te działania, warto, aby włączyły się w nie inne biblioteki miejskie Mazowsza i Podlasia. Warto zobaczyć rozwijającą się coraz bardziej akcję, która wciąga do rozmaitych działań wielu mieszkańców miasta pokazując, że książka jako produkt kultury wciąż ma potencjał. Warto wesprzeć siłę kobiet, które w ten sposób próbują naprawić świat.
Rzekłam.
Organizatorzy wysłali liczne zaproszenia, ale niemal nikt z tak zwanych mediów mainstreamowych (poza Radiem RDC), w tym z czytanych głównie przez kobiety tygodników i miesięczników (poza Polityką i Elle) festiwalu nie zaszczycił. Być może festiwal nie wrósł jeszcze w kalendarz imprez kulturalnych, może wrzesień jest mocno dociążony. Szukam usprawiedliwień i nie bardzo znajduję. Wszak to te same czytelniczki, do których staramy się wspólnie dotrzeć!
Podobnie, choć wydaje się to nie tylko dziwne, ale wręcz szokujące, zachowuje się Instytut Książki, którego strona odnotowuje co prawda autorki-kobiety, ale jedynie z pewnego wąskiego kręgu, który przez krytyków uznany został za literaturę wysoką. Nas tam po prostu nie ma.
Przemilczając istnienie tak licznej grupy autorek, dyskredytuje się równocześnie istnienie ich czytelniczek. Czy możemy sobie na to pozwolić w kraju, którego obywatele z nieczytania uczynili swą naczelną zasadę? Nie czytają już nie tylko robotnicy i chłopi, nie czytają absolwenci liceów, studenci, lekarze, architekci, nauczyciele, urzędnicy i prawnicy. Polska elita nie czyta! W domach nie ma książek! Oglądając projekty wnętrz, niemal nigdy nie widać tam miejsca na bibliotekę!
Oczywiście łatwo wydymać wargi pisząc o kobietach-autorkach. Dla wielu jest to synonim złej literatury. Jednak nie trzeba wcale być krytykiem, wystarczy czytać nieco więcej niż średnia, aby zauważyć, że nie ma jednej dobrej literatury. Literatur jest wiele, niemal tyle, ilu czytelników. Wisława Szymborska oglądała w telewizji "Niewolnicę Isaurę", czy to umniejszyło jej wartość, jako czytelnika?
Zastanówmy się więc, czy rozczytywania społeczeństwa nie należałoby zacząć od popularyzowania literatury środka, w tym powieści obyczajowej? Świetnie sobie poradzono z tym w sporcie. Nikt nie wystawia do wspólnych zawodów siatkarzy, koszykarzy i piłkarzy uprawiających piłkę nożną. To różne ligi. Różne ligi mogą też istnieć w literaturze. Co więcej, one już istnieją!
Mówi się, że literatura dzieli się na czytaną i nagradzaną.
Nie ma się co obrażać, kto inny sięga po klasykę i pisarza niszowego, kto inny po pisarza czy pisarkę literatury środka. Ważne, żeby czytali, bo daje nam to nadzieję, że jako społeczeństwo będziemy się rozwijać.
Jako pisarki nie skarżymy się na swój los, bo mamy wiele świadectw zainteresowania. Nasze powieści kupuje się do bibliotek, na nasze wieczory autorskie przychodzą czytelniczki.
Po co więc ten cały raban?
Wiadomo, że nie współczesność, ale historia, nasi przyszli czytelnicy zdecydują, co ma pozostać na półkach, a co pójdzie do kosza. Dzisiejsze oceny są jednak w wielu przypadkach niemiarodajne, skażone uprzedzeniami, kolesiostwem, wyciąganiem wniosków na zasadzie pars pro toto.
Festiwal wymyśliła zaprzyjaźniona grupa pisarek, a realizuje go heroicznie pisarka i dziennikarka, a teraz można już powiedzieć, że również działaczka społeczna, Mariola Zaczyńska. Ma skromne środki, na szczęście wspiera ją rodzima redakcja Tygodnika Siedleckiego oraz Urząd Miejski w Siedlcach i coraz liczniejsza grupa sponsorów.
Warto, by decydenci od promocji książki zauważyli i wsparli te działania, warto, aby włączyły się w nie inne biblioteki miejskie Mazowsza i Podlasia. Warto zobaczyć rozwijającą się coraz bardziej akcję, która wciąga do rozmaitych działań wielu mieszkańców miasta pokazując, że książka jako produkt kultury wciąż ma potencjał. Warto wesprzeć siłę kobiet, które w ten sposób próbują naprawić świat.
Rzekłam.
