Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współżycie społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współżycie społeczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Kto spośród Was nie ma w rodzinie i gronie znajomych emeryta naciągniętego na niebotycznie kosztowne garnki, pościel, leki czy urządzenia medyczne, jest szczęściarzem. Starsi ludzie odsunięci na boczny tor, dla których mamy zbyt mało czasu, nudzący się w swoich domach, stali się łakomym kąskiem firm sprzedaży bezpośredniej. Te, pod pozorem spotkań przy kawie, występów artystycznych, wycieczek krajoznawczych czy pielgrzymek, organizują polowania na złaknionych kontaktów międzyludzkich, łatwowiernych staruszków. Niemający pojęcia o nowoczesnych technikach sprzedaży, nieposiadajacy internetu w swoich telefonach, złapani na lep wyjątkowych okazji pragną, abyśmy się zachwycili ich przemyślnością i podziękowali za dobre serce, kiedy kupują na spotkaniu niezwykle drogie garnki, odkurzacz piorący czy inne towary. Ulegają presji świetnie wyszkolonych, manipulujących nimi oszustów, którzy stwarzając sztuczną presję w postaci prezentu, wycieczki czy umykającej ostatniej szansy, sprzedają im produkty cztero- czy pięciokrotnie droższe niż w sklepach. Gdy przerażony emeryt zorientuje się w czym rzecz, często jest już niestety za późno. Nie zdąży oddać drogocennych garnków, które nie są mu potrzebne, bo minął dziesięciodniowy termin. Firma mu zresztą niczego nie ułatwia, infolinia nie działa, pracownicy są uprzejmi tylko do momentu sfinalizowania umowy ratalnej, potem zdejmują maski. Bardzo mnie dziwi branie udziału w tego typu przedsięwzięciach osób publicznych, jak chociażby Karol Okrasa, które swym nazwiskiem firmują te oszukańcze praktyki, choć jako żywo na brak środków do życia nie narzekają! Zastanawia mnie bierność władz miast i samorządów, które wpuszczają na swój teren firmy okradające w biały dzień ich obywateli! Zastanawia mnie brak prawa, które regulowałoby zasady handlu, mimo że do Urzędu Konkurencji i Konsumentów rokrocznie wpływa około trzydziestu tysięcy zażaleń na ten typ sprzedaży! Czy zlekceważylibyście taką ilość napadów rabunkowych na ulicy? Moim zdaniem cena sprzedaży powinna być uzasadniona ekonomicznie. I tak, jak nie wolno wprowadzać cen dumpingowych, tworzyć zmów cenowych, tak nie powinno być zgody na to, aby wart sto dolarów odkurzacz czy naczynia sprzedawać za cztery czy pięć tysięcy, wmówiwszy nieświadomemu odbiorcy, że to i tak tylko 2/3 ceny, a on jest wyjątkowym szczęściarzem. Starszym ludziom, pozostawionym samym sobie, dzieje się krzywda. I tak, jak walczymy z plagą narkomanii, powinniśmy dać wsparcie emerytom, aby złaknieni towarzystwa i rozrywki nie pozwalali się okradać przez cwaniaków. Gdybyśmy poszli z ciocią czy babcią na takie spotkanie i znaleźli w internecie ceny podobnych towarów oraz zadali kilka rzeczowych pytań organizatorom, odczarowalibyśmy może tę magię, która każe starszym ludziom pozbawiać się równowartości kilku emerytur, aby kupić niepotrzebny im sprzęt o wielokrotnie zawyżonej cenie!

Kto spośród Was nie ma w rodzinie i gronie znajomych emeryta naciągniętego na niebotycznie kosztowne garnki, pościel, leki czy urządzenia medyczne, jest szczęściarzem.

Starsi ludzie odsunięci na boczny tor, dla których mamy zbyt mało czasu, nudzący się w swoich domach, stali się łakomym kąskiem firm sprzedaży bezpośredniej. Te, pod pozorem spotkań przy kawie, występów artystycznych, wycieczek krajoznawczych czy pielgrzymek, organizują polowania na złaknionych kontaktów międzyludzkich, łatwowiernych staruszków. 

Niemający pojęcia o nowoczesnych technikach sprzedaży, nieposiadajacy internetu w swoich telefonach, złapani na lep wyjątkowych okazji pragną, abyśmy się zachwycili ich przemyślnością i podziękowali za dobre serce, kiedy kupują na spotkaniu niezwykle drogie garnki, odkurzacz piorący czy inne towary.

Ulegają presji świetnie wyszkolonych, manipulujących nimi oszustów, którzy stwarzając sztuczną presję w postaci prezentu, wycieczki czy umykającej ostatniej szansy, sprzedają im produkty cztero- czy pięciokrotnie droższe niż w sklepach.  

Gdy przerażony emeryt zorientuje się w czym rzecz, często jest już niestety za późno. Nie zdąży oddać drogocennych garnków, które nie są mu potrzebne, bo minął dziesięciodniowy termin. Firma mu zresztą niczego nie ułatwia, infolinia nie działa, pracownicy są uprzejmi tylko do momentu sfinalizowania umowy ratalnej, potem zdejmują maski.

Bardzo mnie dziwi branie udziału w tego typu przedsięwzięciach osób publicznych, jak chociażby Karol Okrasa, które swym nazwiskiem firmują te oszukańcze praktyki, choć jako żywo na brak środków do życia nie narzekają! 

Zastanawia mnie bierność władz miast i samorządów, które wpuszczają na swój teren firmy okradające w biały dzień ich obywateli!

Zastanawia mnie brak prawa, które regulowałoby zasady handlu, mimo że do Urzędu Konkurencji i Konsumentów rokrocznie wpływa około trzydziestu tysięcy zażaleń na ten typ sprzedaży!

Czy zlekceważylibyście taką ilość napadów rabunkowych na ulicy? 

Moim zdaniem cena sprzedaży powinna być uzasadniona ekonomicznie. I tak, jak nie wolno wprowadzać cen dumpingowych, tworzyć zmów cenowych, tak nie powinno być zgody na to, aby wart sto dolarów odkurzacz czy naczynia sprzedawać za cztery czy pięć tysięcy, wmówiwszy nieświadomemu odbiorcy, że to i tak tylko 2/3 ceny, a on jest wyjątkowym szczęściarzem.



Starszym ludziom, pozostawionym samym sobie, dzieje się krzywda. I tak, jak walczymy z plagą narkomanii, powinniśmy dać wsparcie emerytom, aby złaknieni towarzystwa i rozrywki nie pozwalali się okradać przez cwaniaków. 

Gdybyśmy poszli z ciocią czy babcią na takie spotkanie i znaleźli w internecie ceny podobnych towarów oraz zadali kilka rzeczowych pytań organizatorom, odczarowalibyśmy może tę magię, która każe starszym ludziom pozbawiać się równowartości kilku emerytur, aby kupić niepotrzebny im sprzęt o wielokrotnie zawyżonej cenie! 

Dixi.   

wtorek, 25 września 2012

Komu rząd dusz?

Wkurza mnie bredzenie PIS o lemingach i dokładnie tak samo wyprowadza mnie z równowagi chrzanienie inteligentów o klasie średniej. Uogólnienia, które przy tym słyszę, są albo uwłaczające mojemu rozumowi, albo wystawiające mnie poza nawias społeczeństwa, na które łożę moje podatki.

"Bo klasa średnia nie myśli, lecz śni, a sny czerpie z poradników i magazynów".

Nie uważam się za osobę bezmyślną i tak, owszem, należę do klasy średniej. Należę do niej od dawna, nim jeszcze powstał tu ten ustrój, co to niby wszystkim zrobił wodę z mózgu, bo nagle zamarzyliśmy o sielance.

Wcześniej też marzyliśmy o sielance i na swój sposób ją realizowaliśmy w naszych własnych czy należących do naszych rodziców M4, jeżdżąc w syrenkach albo małych fiatach nad morze, kupując meblościanki i działki pod miastem.

Co się tak niby bardzo zmieniło poza dekoracją?

Uważam, że śmieszne w swym tragizmie jest to, przed czym w ferworze swej propagandy przestrzegali nas komuniści, a co w całej rozciągłości spełniło się w tym najlepszym z ustrojów.
Demokracja okazała się do luftu, proszę społeczeństwa. Lud nie ma zawsze racji, a pijaczek spod budki z piwem nie powinien mieć głosu równego profesorowi uniwersytetu, bo debilem jest i basta, a debil powinien trzymać mordę na kłódkę.

Niewidzialna ręka rynku jest ręką złodziejską, bo za pieniądze można dziś mieć wszystko, nawet decyzje rządu i parlamentu. I żaden bankier nie odpowiada za swą chciwość, to my, podatnicy robimy ściepę na jego okradzionych klientów, bo panom jest równy, a rząd mu może wskoczyć wiecie, gdzie.
Bezrobocie, przed którym tak żarliwie ostrzegał nas Dziennik Telewizyjny okazało się boleśnie realne.

Więc oni mieli rację?!

I oto biedni pseudointelektualiści z prasy szukają winnego i znajdują go gdzie - niespodzianka - w największej grupie społecznej. Teraz zamiast strasznymi mieszczanami nazywa się nas klasą średnią, wyrzuca nieoczytanie (kiedyś to każdy robol czytywał Lenina do poduszki), brak myślenia prospołecznego (kiedyś mieliśmy "Solidarność", teraz co?) i jakiegokolwiek w ogóle poza jednym - co będzie na obiad?

Zastanawiające, skąd się biorą te śmieszne w gruncie rzeczy oskarżenia? Nie widzę, by felietoniści i recenzenci chcieli swą działalność przekuć na bardziej zaangażowaną politycznie. Czemu, panowie, nie skrzykniecie Partii Intelektualistów Obrażonych Na Klasę Średnią? Może wreszcie dokonalibyście reformy szkolnictwa, służby zdrowia, może doprowadzilibyście do porządku drogi i kolej, pobudzili wzrost gospodarczy i przyrost naturalny? Może biblioteki i księgarnie byłyby za waszych rządów forami, gdzie kwitnie myśl państwowotwórcza, może zamknęlibyście wszystkie portale plotkarskie, gdzie czyni się krzywdę biednym celebrytom?

Może człowiek nareszcie zostałby naprawiony, a jego wykoślawienie i urągające człowieczeństwu wypaczenia moralne - zniesione?

Śmiało, wesprzemy was my, tępi ludzie z łóżek polowych, małych sklepików i firm, którzy nie czytamy, nie bywamy w kinie ani w teatrze. Żal nam będzie Pudelka, ale za waszym przewodem zbudujemy piątą, czy którąś tam Polskę.

Dajcie nam myśl! Rzućcie słowo, które nas pociągnie. Stwórzcie program!

Nie wystarczy podcierać sobie tyłka anonimowym tłumem i kiwać z politowaniem głowami.
Jeśli brakuje wam idei, to ją stwórzcie, choćby dla swojego podwórka.

Jeśli będzie wiarygodna, pójdziemy za wami. Będziemy czytać książki, dyskutować o metafizyce i budować lepszy świat.

Pomożemy!

Rzekłam.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Człowiek człowiekowi...

Dziś w radiowej Trójce audycja o anonimach i wniosek, że Polacy się nie lubią, zazdroszczą innym i stąd te rzekomo prospołeczne zachowania.
Bardzo cienka granica dzieli zachowania godne pochwały od tych nagannych. Nie jestem etykiem, toteż biorę takie rzeczy na wyczucie. Ale i wyczucie nie wystarcza, by ocenić czyjeś zachowanie. Trzeba mieć wiedzę. Tymczasem wiedzy o drugim człowieku na ogół nie mamy.
Oceniamy pochopnie, biorąc pozory za pewniki.
Oceniamy innych tak, jak sami nie chcielibyśmy być oceniani.

Zwłaszcza przykro jest, kiedy się okazuje, że chcąc dobrze, zrobiło się komuś krzywdę.
Myślę o zbyt wielu przypadkach rodziców pozbawionych prawa do sprawowania opieki nad dziećmi z powodu błędnego wyroku sądu.

Smuci mnie także, że jesteśmy wobec siebie tak bardzo nieufni. Nieufne są urzędy wobec obywateli, nieufni są nauczyciele wobec uczniów, nieufni sąsiedzi wobec sąsiadów, nieufni pracodawcy wobec pracowników, nieufni sprzedawcy wobec klientów, nieufni rodzice wobec dzieci.

Ta nieufność nie bierze się jednak znikąd. Wielu z nas, jako obywatele, klienci, uczniowie, dzieci uczciwie (lub nieuczciwie) na nią zapracowało.
Ponieważ etyka jest dziś ostatnią z cenionych wartości, chcemy być bowiem przede wszystkim skuteczni, nie dziwmy się, że inni podejrzewają nas na każdym kroku o chęć popełnienia przestępstwa.

Zastanawiam się, czy jest jakieś wyjście z tej społecznej matni i - szczerze mówiąc - poza osobistym przykładem - nie widzę żadnego.

Czy bowiem rodzice mają uczyć swe dzieci zaufania wobec obcych? Czy mam was namawiać, abyście zlikwidowali kraty w oknach? Czy mogę mojej mamie pozwolić na udział w loteriach SMS-owych?

Polak Polakowi nie ufa. Gdzie jest granica nieufności? Nie wiem.

Ostatnio doświadczyłam nieufności na własnej skórze i w miejscu, gdzie nie spodziewałam się jej spotkać.
Kelnerka, obsługując nas w cukierni, zażądała najpierw opłacenia rachunku, a dopiero potem zamierzała nam przynieść zamówienie.
Powinno mnie to rozśmieszyć, powinnam wyjść oburzona, zabierając moich gości, zdumiennie jednak wzięło górę i nawet nie zrobiłam jej awantury, tylko potulnie zapłaciłam ten wielki rachunek: sto złotych!
Na sali oprócz nas: trojga dorosłych i dwójki dzieci była tylko jeszcze jedna matka z dzieckiem i jakaś zajęta sobą para. Nie zachodziła więc obawa, że zjemy nasze desery i po cichu uciekniemy.
Co kierowało kelnerką? Czyżby obawiała się, że zwiniemy się nie płacąc stu złotych?! A cóż to jest za suma? - pomyślałam. Czy warto się dla niej narażać?
Kilka dni wcześniej, w tej samej cukierni nikt ode mnie nie żądał zapłacenia rachunku przed konsumpcją.
Ale może tak, może to jest kwota, której kelnerka nie chce dokładać do utargu z własnej, zapewne niewielkiej pensji. Może ktoś ją do tego zmusił, nadużywając jej zaufania?

Czegoś się nauczyła, jednak jej nie zazdroszczę.
Z takim nastawieniem będzie sobie szukała wrogów tak długo, aż ich wreszcie znajdzie.
Bo według mnie zaufanie skutkuje próbą zasłużenia na zaufanie.
Tak przynajmniej powinno być.

A może tylko ja jestem naiwna?

No i proszę, dziś życie dopisało swoją pointę do mojego wczorajszego wymądrzania się. W biały dzień, o godzinie ósmej rano w parku nieopodal dużego warszawskiego szpitala przy Szaserów, napadł na moją siostrę idącą obok mnie jakiś bandzior i szarpiąc się, zerwał jej z szyi pamiątkowy złoty łańcuszek.
Sytuacja banalna, gdy zdarza się komuś innemu. Nawet nie zdążyłyśmy pomyśleć o obronie. Zresztą byłam przekonana, że może mieć nóż i ugodzić moją siostrę, gdyby stawiła opór. Nie poszłyśmy też na policję. Z jednej strony szkoda czasu, łańcuszek się nie odnajdzie, z drugiej, wiadomo że poszkodowany jest w takich razach w gorszej sytuacji niż sprawca.

I jak tu krytykować zamykanie się osiedli, noszenie gazu w samoobronie, nieufność wobec każdego, kto się do nas zbliży?

Z drugiej strony, żal mi człowieka, który w ten sposób musi zarabiać na życie.
Nie jestem mściwa, ale mam nadzieję, że mu krzywda mojej siostry kością w gardle stanie.
Obyś nie zdołał przełknąć tego, co kupisz za ten łańcuszek, łobuzie!

A zresztą i tak już jest ukarany, bo wisi nad nim przekleństwo.
Nie zazna szczęścia, kto czerpie korzyść z krzywdy innych.

Rzekłam

czwartek, 20 stycznia 2011

Zachwaszczony ogród

Kiedy zajęta byłam ratowaniem pekińczyka, na Facebooku tłumy podpisywały petycję do Prezydenta RP w sprawie zaostrzenia kar dla osób maltretujących zwierzęta. Podesłano ją i mnie, przeczytałam, owszem, nie podpisałam jednak.

Nie znaczy to jeszcze, że zgadzam się na maltretowanie zwierząt. Mam nadzieję, że przygoda z pekińczykiem będzie moim alibi.

Po pierwsze, kiedy dowiaduję się, że ktoś zachwuje się nieludzko, zadaję sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje i gdzie są jego rodzice?
W czasach mojego dzieciństwa w bloku, w którym mieszkaliśmy, lata całe wisiała nie ruszana przez żadnych wandali kartka: "Za szkody wyrządzone przez dzieci odpowiedzialni są rodzice".

Wtedy rozumiałam to dosłownie: jeśli dziecko zbije szybę, podczas gry w piłkę, rodzic za tę szybę musi zapłacić.
Teraz rozumiem to inaczej: to rodzice odpowiadają za to, jakim człowiekiem jest ich dziecko.

Oczywiście wpływ na nasze dzieci mamy ograniczony, są jeszcze bowiem szkoła, podwórko i tak zwane "grupy wsparcia", gdzie dziecko, niejednokrotnie wbrew woli rodziców znajduje to, czego nie ma w domu - potwierdzenie, że jest fajne.

Człowiek się jednak sam nie wychowa, to dom wpaja mu zasady i fakt, że nie umiem zostawić na ulicy kupy po moich psach też zawdzięczam moim rodzicom, którzy nie wiedzą nawet, że to robię.

Kim więc byli rodzice tych nieszczęśników, którzy zabijają swoje zwierzęta, znęcają się nad nimi?
Czy traktowali swoje dzieci w ten sam sposób? Pewnie tak.
Powinnam umieć to zrozumieć, a jednak wciąż mnie zdumiewa, jak bardzo ludzie, w spokojnych i dość zamożnych czasach, w których żyjemy, potrafią być zdegenerowani.

Co czuje taki ktoś, znęcając się nad bezbronnym zwierzęciem? Czy oddaje wreszcie światu cały doznany w dzieciństwie ból?
Może to właśnie jest rodzaj rekompensaty?
Może jakiś psycholog spróbowałby wyjaśnić?

Tymczasem jeszcze: dlaczego nie sygnowałam apelu. Otóż dla mnie treść i forma to jedno.
Jeśli ktoś chce pisać do Prezydenta RP, powinien zdobyć się na minimum elegancji. Gdyby szedł na audiencję, nie zostałby wpuszczony w brudnej odzieży, jeśli pisze petycję bez polskich znaków, z błędami ortograficznymi, interpunkcyjnymi i stylistycznymi, to nie tylko obraża głowę państwa (na miejscu sekretarzy nie przyjęłabym takiego pisma do protokołu), ale również obraża nas, wszystkich Polaków.

Dlatego, wielka prośba - szanujmy nasz język, my wszyscy z niego! Czytajmy, cośmy napisali, wątpliwości wyjaśniajmy ze slownikiem, najlepszą bowiem myśl można zepsuć pisząc ją niechlujnie.

Rzekłam.

czwartek, 9 grudnia 2010

Po co komu stare kobiety?

Nie umiem powiedzieć, co to znaczy: stara. Dla mnie starą jest osoba, której nie interesuje świat, nie ma to nic wspólnego z wiekiem metrykalnym.
Dla nastolatki stara będzie jej trzydziestoletnia ciotka, która mnie wydaje się dzieckiem.
W wieku XIX kobieta czterdziestoletnia była już matroną.
Dziś czterdziestolatka to taka trochę starsza dzierlatka.

Więc ile lat mają stare kobiety?

Są starsze od nas, a przez to uzurpują sobie wiedzę o życiu.
Nie pozwalają nam się mylić, szukać właśnych dróg, bo wiedzą, że nasza droga to ślepa uliczka.
Przez to wkurzają.
Czy ktoś lubi stare kobiety?
Nie, bo one zawsze mają rację.

Stare kobiety nie zawsze mają rację, ale jest dużo mądrych starych kobiet, które wiele wiedzą o życiu.
I chyba to nam w nich przeszkadza najbardziej.
Młodość ma w sobie tę zapalczywość i przekonanie, że odkrywa świat, którego przed nią nie było.
A on był przecież, istniał. Ludźmi targały emocje i troski, częstokroć podobne do naszych.

Stare kobiety to wiedzą, bo to był ich świat. A teraz patrzą na nas i uśmiechają się same do siebie, myśląc, jak niewiele się zmieniło.
My sądzimy, że zmieniło się wszystko, wszak dekoracje, w których gramy nasze życiowe role są całkiem inne od tamtych.

Ale dekoracje to tylko rekwizyty. Nasze również zostaną wkrótce odstawione do lamusa. Pewnie nawet szybciej, niżbyśmy chcieli.
I to my, dziś kobiety w sile wieku, będziemy mędzić naszym wnukom, uzurpując sobie wiedzę o życiu, a one, nasze wnuki, będą sarkać, że jesteśmy stare i nic nie rozumiemy.

Oto smutek starych kobiet: ich wiedza przydaje się tylko do tego, by irytować młodych.
Ale życie jest sprawiedliwe i w końcu oddajemy im sprawiedliwość.

Na koniec autocytat:

Mamy szczęście, że społeczeństwo nie pozbywa się nas w jakiś zwyczajowo przyjęty sposób. Słyszałam, że stare Eskimoski u kresu życia wychodzą na bardzo długi spacer, z którego niedelikatnie jest wrócić.

Więc może nie ma powodu do zmartwienia?

Rzekłam.

sobota, 20 listopada 2010

O wzorach

Nikt nas nie uczy pełnienia ról społecznych.

Dom, mniej więcej od sześćdziesięciu lat, kiedy zapanował tu realny socjalizm, jeśli próbował to robić, to zwykle w ścisłej konspiracji, bo odwołując się do starych, sanacyjnych wzorów. A wtedy nie było gorszego przezwiska. Próbowano nawiązywać więc do dawnego wychowania dziewcząt, które, skodyfikowane przez wieki, obrosłe tradycją i wskazówkami, nieco już, niestety, sparciało.

Czasy przyszły nowe, kobiety nieuchronnie parły do wiedzy i odpowiedzialnej pracy na stanowiskach, ale tym ich dążeniom nie potrafiła sprostać dydaktyka rodzinna czy szkolna.

Wraz z upadkiem dawnej Polski, odstawiono do lamusa konieczność podobania się mężczyznom, siedzenie cicho, kiedy oni rozmawiają, chowanie własnego zdania w zanadrzu.
Kobiety otrzymały prawa, wiele praw naraz, i nie bardzo umiały sprostać wolności.

Bo skoro teraz nie mężczyzna rządzi w domu, to kto?

Dom z znakomitej większości przypadków nie uczy nas porozumiewania się w małżeństwie. Bycia żoną i matką.
Nie uczy, bo i skąd ma czerpać wzory? Wzór na matkę nie istnieje. Wzór na ojca nie istnieje.

A wyobraźcie sobie, że życie to zadanie matematyczne. Kiedy mamy wykutą formułkę, jego rozwiązanie jest banalnie proste i sprowadza się do czysto matematycznych działań. Gdy formułki nie znamy, sprawa bardzo się komplikuje. Kto rozwiąże zadanie, nie mając wzoru?

Dziś uczy się nas tylko i to bardzo skutecznie, bo na każdym kroku, bycia klientem.
Ale uczą nas tego nie ci, którzy powinni, dlatego również klientami być nie potrafimy.

Wszechogarniający chaos powoduje lęki. Albowiem, kiedy wszystko jest dozwolone, nic nie stanowi pewnego drogowskazu.
Kiedyś ludzie mieli dekalog. W zasadzie teraz też mają. To bardzo przydatne narzędzie, jednak instytucja, która go uosabia, nie budzi już tak jednoznacznie dobrych skojarzeń. Miała ostatnio zbyt wiele wpadek, które mocno zarysowały jej nieskazitelny obraz.

Czego więc się trzymać, kogo stawiać za wzór? Jak wychowywać własne dzieci? Jakim być człowiekiem?
Mętne to wszystko i ulotne, bo nie nauczone i nie przepracowane.

A wydaje się nam, że żyjemy w czasach, kiedy wszystko osiągnęło jakość najlepszą z możliwych.

Nic bardziej mylnego.

Rzekłam.

wtorek, 26 października 2010

Pierwsze: Nie eskaluj!

Nikt nie lubi być opieprzany. Zwłaszcza na ulicy, bez powodu  i przez obcych.

Dlaczego ludzie, którzy niczego o mnie nie wiedzą, pozwalają sobie wobec mnie na inwektywy tylko dlatego, że moje psy wąchają ich wystawione na ulicę worki na śmieci?
Albo dlatego, że rozmawiam z sąsiadem, zajmując pół na chodnika?
Skoro worki już formalnie do tego kogoś nie należą, a nie jestem aż tak szeroka, żebym zajmowała cały chodnik?
Złośliwość bez powodu, krzyk, inwektywy, traktowanie kogoś innego jak wroga.

Oto nasza codzienność.

Czemu tak się dzieje? Gdyby facet od worków łagodnie zwrócił mi uwagę, równie łagodnie bym mu odpowiedziała, że ZAWSZE zbieram pamiątki po moich psach i na pewno nic nie zostanie wzdłuż jego ogrodzenia.
Ale on wolał na mnie nakrzyczeć. To dostał w odpowiedzi wiązkę ode mnie.
Też umiem, nie wierzycie?

Gdyby facet idący ulicą powiedział "przepraszam", to zeszlibyśmy na trawnik, żeby mu zostawić jeszcze więcej chodnika (niósł jakiś pakunek).

Nie obchodzi mnie, że facet, wstałeś lewą nogą, że życie ci się nie udało, a twoja żona nie przypomina Marylin Monroe. Jeśli nie będziesz człowiekiem, ja nie będę człowiekiem dla ciebie.

Wczoraj podczas psiej wędrówki uliczkami Anina wzruszyłam się na widok młodej kobiety gładzącej wywieszoną właśnie nowiutką skrzynkę na listy. Stała przed posesją, na której remontowany, a raczej rozbudowywany, był stary domek. Jeszcze w stanie surowym, ale już widać było, że powstaje zgrabny budyneczek.
Gest wywieszenia skrzynki był dla mnie symboliczny. Pamiętam, jak całkiem niedawno sama robiłam wiele takich gestów, gestów osiadania na swoim, na nowym.

Podeszłam do kobiety, zamieniłyśmy kilka słów. Z okna mojego gabinetu widzę jej dach ponad ogrodami. Sympatyczna osoba. Inaczej niż dwóch krzykaczy. Jednak piękne otoczenie nie łagodzi obyczajów.

Jeśli jesteś zalany żółcią i nie próbujesz jej w sobie rozrzedzić, zawsze będziesz nieszczęśliwy i każdy ci będzie przeszkadzał. Rzucisz wiązką, dostaniesz wiązkę i utwierdzisz się w przekonaniu, że świat jest zły, taki, jak ty sam. Bo nie jesteś, sąsiedzie, jedynym sprawiedliwym na tym osiedlu.

Nie eskaluj złości, nie dostaniesz jej od innych.

Dixi.

I zauważcie, proszę, że nie nawiązałam do katastrofy smoleńskiej, krzyża ani wypadków łódzkich.