Dziś usłyszałam w Radio PIN zabawne stwierdzenie. Konieczność przedłużenia wieku emerytalnego motywowano tym, że z uwagi na przedłużającą się oczekiwaną długość życia kobiety, być może okaże się, że będzie ona spędzać 60% życia na emeryturze, co jest nieracjonalne.
Drogi dziennikarzu Radia PIN, który to napisałeś. Czyś Pan (Pani) chodził kiedykolwiek do liceum? Jeśli tak, to chyba nie wykładali tam matematyki, a już na pewno nie było jej na maturze, bo gdyby była, nie faszerowałbyś Pan (Pani) prostego ludu takimi bzdurami.
Zakładając NAWET (uprzejma jestem), że chodziło ci o 60% życia zawodowego, o czym mowy w komunikacie nie było, to, policzmy, ileż takie życie przykładowej szczęśliwej emerytki będzie w 2040 roku trwało? Obliczam, bo zamierzam dożyć tych czasów (oczywiście o ile przewidywany i oczekiwany na rok 2012 najbliższy koniec świata mi tego nie uniemożliwi).
Uprościwszy zakładam, że przykładowy przyszły emeryt idzie do pracy w wieku dwudziestu lat i pracuje do 67 (tak chce Premier), czyli jego staż pracy wynosi 47 lat, z tego 60% to 28,2 lat, zatem ZUS gwarantuje nam dożywanie w roku 2040 nieco ponad 95 lat. Napisałam cyfrą, żeby było lepiej widać. Muszę zaznaczyć, że to wiek statystyczny, którego niewielu dożyje, zatem ci, którzy będą brać kasę i żyć wbrew życzeniu rodziny, Premiera, ZUS, a może nawet i wbrew swoim własnym chęciom, będą się musieli męczyć grubo ponad setkę!
Co nam nie wychodzi, to nie wychodzi, ale w proroctwach zawsze byliśmy nieźli!
W zasadzie wiem, że człowiek jest rzekomo "zaprogramowany" na 120 lat, a jeden Chińczyk, jak się zapomniał i przeszedł na kiełki, to nawet podobno przekroczył dwukrotność tej liczby, co się w moim ciasnym i racjonalnym móżdżku jakoś nie chce zmieścić. Chciałabym BARDZO, aby kobiety po czterdziestu siedmiu latach pracy żyły jeszcze przez kolejne dwadzieścia osiem (i dwa po przecinku).
Choć ja oczywiście życzę sobie i im błogostanu, dobrego zdrowia w otoczeniu rodziny z praprawnukami na kolanach, to wszyscy wiemy, że łatwiej powiedzieć niż wykonać i emerytura to często czas chorób, cierpienia i myślenia o śmierci.
Wobec tego nie wiem, czy pisać na fejsie do Radia PIN, żeby sobie gdzieś wsadzili tę przyszłą oczekiwaną długość życia, czy też może przejść na tai chi oraz kiełki i wyciąć im wszystkim numer, jak się patrzy, zważywszy, że mój ukochany Premier już zamierza powiększyć rolnikom oraz mnie osobiście, jako prowadzącej działalność, składkę na ZUS.
Zastanawiam się tylko, skąd pan Premier weźmie potem kasę na moją oczekiwaną dwudziestoośmioletnią emeryturę z kawałkiem, bo za wzrostem składek powinny kiedyś pójść wyższe emerytury. Chyba, że się mylę.
I jak się chciałam opowiedzieć za podniesieniem wieku emerytalnego, tak mi teraz przeszło.
Chyba szukamy kasy na ten deficyt nie w tej kieszeni, Panie Premierze.
A żyć będę do setki! I martw się Pan teraz.
Rzekłam
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZUS. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 lutego 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
Emerytalne paradoksy - errata
Czego nie wiedziałam, nie napisałam. Jeśli pamiętacie, narzekałam na marne zarządzanie moimi pieniędzmi. Poniżej link do artykułu, który dziś mną wstrząsnął. Powiem tylko tyle, gdyby była możliwość wyjścia z OFE, pierwsza bym to zrobiła! Przeczytajcie z uwagą, tu idzie o Wasze pieniądze!
http://media.wp.pl/kat,1022947,wid,14141835,wiadomosc.html?ticaid=1dafa
I jeszcze to:
http://media.wp.pl/kat,1022947,wid,14141946,wiadomosc.html
http://media.wp.pl/kat,1022947,wid,14141835,wiadomosc.html?ticaid=1dafa
I jeszcze to:
http://media.wp.pl/kat,1022947,wid,14141946,wiadomosc.html
wtorek, 20 grudnia 2011
Emerytalne paradoksy, czyli pracuj, ile się da.
Fundusz emerytalny, do którego wpływa część wpłacanej przeze mnie składki z ZUS, pogratulował mi fantastycznego wyboru (lokujemy się w czołówce stawki), aby zaraz potem poinformować, że za rok ubiegły zanotował ujemny przyrost na poziomie mniej więcej minus dwa procent.
Też się ucieszyłam, w końcu mogło być gorzej.
Zaraz w następnym zdaniu fundusz uprzedza moją myśl o wycofaniu środków do innego zarządzającego, stawiając mi przed oczy fantastyczny wynik 16,3 %, o jakie zdołał podnieść wartość jednostki uczestnictwa w ciągu pięciu lat, to jest sześćdziesięciu miesięcy.
Ale trafił pechowo, bo na mnie te 16,3% nie zrobiło wrażenia. Gdyby zamiast wytężonej pracy, fundusz bez żadnego wysiłu kupował bony skarbowe, zarobiłby średniorocznie nie 3,26% a 5,14%. Widzicie różnicę? To 117,39 lub 128,48 na tak małej kwocie może nie zwala z nóg, ale gdybyście zakładali lokatę, którą z dwóch byście wybrali?
Fajnie, że fundusz niczego nie ryzykuje obracając moimi pieniędzmi. Najwyżej przejdę do innego. Jeden klient wiosny nie czyni.
W długoterminowym rankingu z ponad dwustuprocentową rentownością, mój fundusz i tak plasuje się na drugim miejscu, (brawo, Guciu, udało ci się!), kiedy jednak od tych 218% odjąć realny spadek wartości pieniądza w ciągu 12 lat, siła nabywacza tych pieniędzy aż tak bardzo nie wzrosła i mimo ciągłej walki NBP z inflacją, tę ładną cyferkę należałoby nieco zmniejszyć (o jakieś 50%?), a inflacja z owych 16,3%, o jakie wzrosła moja jednostka uczestnictwa, zjadłaby 14,8%. Niech mnie poprawią bankowcy, jeśli źle policzyłam.
Po co nam zatem fundusze? Czy tylko po to, byśmy byli zmuszeni do odkładania, bo przecież sami prędzej kupimy zupełnie niepotrzebne gadżety, a myślenie o starczym zniedołężnieniu i nieuchronnych chorobach wcale nas do oszczędzania przymusić nie zdoła. I oczywiście jako starcy, będziemy się domagać drogiego leczenia na koszt państwa, zabierając pieniądze bardziej potrzebujacym grupom społecznym, a zwłaszcza młodym małżeństwom.
Kiedy widzę, jak mizerną kwotę dzięki czułej opiece państwa zaoszczędziłam, zapadam się wewnętrznie i próbuję zrozumieć, dla kogo powołano te fundusze? Bo nie dla biednych, to pewne. Będą kiedyś dostawali co miesiąc pięć złotych, z czego państwo odliczy im 20% na poczet podatku dochodowego, a fundusz emerytalny pobierze jeszcze złotówkę za swe czynności. Z pięciu zrobi się trzy złote, jak za to żyć, panie Premierze?
Paradoksalnie fundusze emerytalne nie są też dla bogatych, bo oni już sami o siebie zadbali, kupując mieszkania, ziemię, złoto, inwestując w sztukę, w wino, w ubezpieczenia z funduszem. Mają też zasoby i śmieją się z tego tysiąca, który im państwo przeleje, zabierając dwieście na PIT, Nie zauważą też złotówki za przelew.
Patrzę na mój rachunek wyników w OFE i zasępiam się coraz mocniej, bo wszak nie ma najmniejszej pewności, że te pieniądze w ogóle kiedykolwiek do mnie wrócą.
Czasy mamy niestabilne i dwadzieścia lat gospodarki rynkowej nic w naszej mentalności nie zmieniło. Państwu nadal nie wierzymy, bo państwo jest niczym chorągiewka na wietrze. Nie widać długofalowej polityki, a odpowiedzialność obywatelska też jest bliska zeru.
Państwo nasze nie lubi obywateli, ze wzajemnością zresztą.
Kilka dni temu jeden z płatników ZUS odgrażał się w osiedlowym sklepiku, że wynosi się ze swymi składkami do Anglii, bo tam za relatywnie mniejszą kwotę będzie mógł kiedyś dostać więcej.
Tak głosuje się nogami i swoimi pieniędzmi.
Nie pochwalam, o ile to w ogóle realne, bo zaraz może się okazać, że nawet zabronione, ale czemu wciąż mielibyśmy robić z naszego życia ofiarę? Kolejni panowie, nazwisk nie pomnę, walczą z ZUS-em w sądzie, domagając się rachunku wyników z zarządzania ich składkami.
Nie dostaną go przecież, bo nikt takiego rachunku nie sporządza. ZUS nie ma kont oszczędnościowych i to my, pracujący, z naszych składek utrzymujemy naszych rodziców. Nie do końca nawet, bo moja składka daje mniej niż połowę składki mojej mamy. Tę resztę dokłada państwo. Z czego? Z podatków, z obligacji, zadłużając przyszłe pokolenia, które i tak nie będą tak liczne, jak obecne, bo tak zwana "dzietność" spada.
Tak więc, ku chwale ojczyzny, a raczej, by dać wyraz mojemu solidaryzmowi zostanę w ZUS. Nie licząc na emeryturę spędzaną na rajskich plażach, kombinuję, by zaoszczędzić, ale nie robię też ZUS-owi czarnego PR-u. Rozumiem potworne zagmatwanie sprawy i ból rządzących, którzy nie mogą tak po prostu, jak w Radiu Erewań, powiedzieć, że uszanek nie ma.
Bo nie sądzę, żebyśmy się kiedyś obudzili w świecie bez emerytur. Prędzej będą one tak skandalicznie niskie, że chcąc nie chcąc, obok spłacania rat za mieszkanie, meble i samochód, będziemy też musieli pomyśleć o naszej starości.
Tymczasem w odróżnieniu od setek Polek, które narzekają na zmęczenie i wydłużenie wieku emerytalnego, należę do tych nielicznych szczęśliwców, którzy wciąż nie mają dość pracy.
Robię to, co lubię, i mam nadzieję, że ten stan się nie zmieni po przekroczeniu przeze mnie wieku emerytalnego.
Ale pracuję w zawodzie, który fizycznie nie męczy i mam tego świadomość.
Takie już moje szczęście.
Dixi.
sobota, 1 października 2011
Oszukani przez kapitalizm
Dramatyczne raporty płyną z Urzędów Pracy, gdzie zarejestrowana jest nieprzytomna ilość młodych ludzi po studiach. Serdecznie współczuję absolwentom, którzy swoje życie zawodowe zaczynają od bezrobocia, to ciężkie doświadczenie i kubeł zimnej wody na starcie.
Zastanówmy się jednak nad podstawowym w planowaniu życia i drogi zawodowej pytaniem: Co młodzi ludzie wiedzieli o rynku pracy, nim się na studia wybrali? Czy zadali sobie pytanie: Gdzie ja, socjolog, politolog, psycholog, europeista, bankowiec znajdę pracę? Kto będzie chciał mnie zatrudnić?
Czy zapytali swoich rodziców, co sądzą o ich wyborze? A po co?
W przeczytanym przeze mnie reportażu występuje nawet bezrobotna absolwentka architektury, co wydaje się niemal niezrozumiałe.
Ostatnio rozmawiałam w pociągu z trójką studentów. Był wśród nich chłopak studiujący medycynę i dwie dziewczyny na weterynarii. Powiedziały wprost: na lekarzy do małych zwierząt nie ma już zapotrzebowania, musimy być gotowe na pracę z dużymi. Zrozumiałam, że może chodzić o konie i inne zwierzęta hodowlane, jak na przykład te, które hoduje się na rzeź, co dla lekarza nie musi być najprzyjemniejsze. Dziewczyny jednak wiedzą, co je czeka. Wiedzą, że same muszą znaleźć miejsce swego przyszłego startu.
Pamiętam moje początki zawodowe, wiele lat temu. Oczywiście warunki były kompletnie inne i na moim wyborze życiowym (praca nauczycielki) zaważyła przede wszystkim chęć dalszego dokształcania się i pracy naukowej w dziedzinie historii teatru.
Ostatecznie nigdy nie pracowałam w zawodzie wyuczonym (magister sztuki), co jest może stratą dla państwa, które mnie wykształciło, ale też bardzo szybko zaczęłam temu państwu spłacać kredyt, ponieważ założyłam wraz z siostrą firmę. Nikt nie musiał wypłacać mi pensji z państwowej kasy, na którą to ja wraz z siostrą łożyłam i to niemało! Płaciłam też od początku składki w ZUS, bo żadnych ulg dla młodych przedsiębiorców nie przewidywano.
Działo się to na kilka lat przed wyborami czerwcowymi i niewielu wiedziało cokolwiek o działalności gospodarczej.
Tak, miałyśmy poniekąd łatwiej, prawie nie było konkurencji i kto wtedy zaczął, na ogół odnosił sukces.
Ale przecież nikt nam tej drogi nie wskazał! Taki rachunek wyszedł mi z rozeznania rynku. Nie chciałam pracować w sklepie przez dwadzieścia pięć lat, ale wiedziałam, że to da mi utrzymanie, więc wsadzilam dyplom do szuflady i pracowałam, zdobywając po drodze różne inne zawody, tudzież zdając egzamin na sprzedawcę wykwalifikowanego. To mój najbardziej egzotyczny dyplom.
Miałam już wtedy dyplom magistra sztuki, dyplom marketing menedżera oraz świadectwo ukończenia Studium Pedagogicznego, a jednak te wszystkie papiery nie pozwoliły mi się wymigać od egzaminu w Izbie Rzemieślniczej! Dura lex, sed lex...
Ale i studia były za moich czasów nieco inne. Nikt za nas nie pisał prezentacji, licencjatów (nie było ich wtedy) ani magisteriów, to się zresztą nie mieściło w moim systemie wartości. Dlaczego ktoś miałby za mnie odrobić MOJĄ lekcję?
Na studia dostawaliśmy się w wyniku kilkustopniowego egzaminu, który trzeba było zdać SAMEMU, do którego trzeba się było SAMEMU przygotować. Mnie zajęło to ostatni rok liceum, ponieważ przedmiotów wymaganych na egzaminie (historia teatru polskiego i powszechnego, historia dramatu polskiego i powszechnego) NIE BYŁO w programie liceum.
Czy ktoś dziś wyobraziłby sobie coś takiego?
Młodzież jest roszczeniowa, chce żeby było łatwo, bezproblemowo, jak najniższym kosztem, a później dziwi się, że nie znajduje pracy.
A może by tak zacząć najpierw od siebie?
Kapitalizm nikomu nie składał obietnicy, że będzie łatwo. Większość kandydatów na studentów wybiera łatwiejsze studia humanistyczne, kończy Wyższe Szkoły Tego i Owego i uważa, że zdobyło dyplom, który pozwala wykonywać jakiś zawód.
Ale to nie dyplom pozwala wykonywać zawód, tylko umiejętności.
Kapitalizm ma wiele wad, ale też jedną zaletę: jeśli ktoś udowodni, że jest w swoim fachu dobry, w końcu dostaje szansę.
Jakiś czas temu Facebook obiegło odręcznie napisane na kartce w kratkę ogłoszenie młodego człowieka (płci nie pomnę), który zaoferował swoje usługi w zakresie wyprowadzania psów na spacer. Bez względu na rezultat oferty, którego nie znam, powiem że ten młody człowiek wie, co to kapitalizm i sam sobie tworzy warsztat pracy.
Brawo!
Może by tak od tego zacząć?
Rzekłam.
sobota, 4 grudnia 2010
Point de reveries, czyli koniec żartów
Czasem jakiś ekonomista zażartuje śmiertelnie poważnie, że emeryci to dziś najlepiej zarabiająca grupa społeczna.
Rzeczywiście. Może i wysokie te emerytury nie są, ale pewne, nikt nagle kurka nie zakręci, jakoś pieniądze na konto wpływają. Do czasu, bo oto ZUS informuje nas bez zawstydzenia (w końcu nie jest temu winien), że nie ma ani grosza z milionów wpłacanych co miesiąc przez pracodawców.
Co więcej, dopożycza (od kogo?) na obsługę bieżących emerytur! A ponieważ emerytów przybywa szybciej niż pracujących, nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, jak będzie wyglądała nasza emerytura.
Dopiero mojemu pokoleniu przyjdzie zapłacić rachunek hojności i bezmyślności państwa, które w porę nie spostrzegło problemu. Nie zauważyło, bo nie chciało zauważyć, ponieważ polityka nie polega teraz na przewidywaniu procesów społecznych i zarządzaniu państwem, a na oszustwie wyborczym, które ma dać kolesiom ze zwycięskiej partii jak nawięcej synekur. Czy kiedyś zresztą było inaczej?
Dlatego nikt nie podejmuje się zaryzykowania niepokojów społecznych, które nierozerwalnie wiążą się z niepopularnymi decyzjami. Mamy doskonały i nie tak dawny przypadek Francji, której Sarkozy zamierzał zaaplikować kurację wstrząsową. I co? I nic. Niech się następcy martwią.
Ostatecznie nie będzie to jednak problem następców, a nasz, każdego z osobna Kowalskiego.
Point de reveries.
Emeryturę uważamy za świadczenie najzupełniej należne. W końcu płaciliśmy na nią składkę od pierwszej pensji. Jak, kto i czy w ogóle tym zarządzał, nie interesowało nas, bo kiedy się nie ma żadnego wpływu na proces, trudno nim sobie zawracać głowę.
Czy słusznie?
Należy przynajmniej zdawać sobie z tego sprawę, że dzisiejszy system emerytalny w Polsce to gigantyczna piramida finansowa, w której najbardziej poszkodowani będą ci, którzy wejdą do systemu ostatni.
Państwo powinno wreszcie ustami swych urzędników powiedzieć to, czego nie da się ukryć: że składki na ZUS, a mówiąc ściślej to, co sobie odkładamy na emerytury, jest kolejnym podatkiem, tym razem płaconym za opiekę nad naszymi rodzicami, a my, mimo zachęcających informacji, osobistych kont i przysyłanych co rok wyciągów, będziemy mieli z tego figę z makiem.
Nie rozumiem dlaczego nie można z tym skończyć? Wystarczyłoby ludzi zmusić do korzystania z usług ubezpieczalni, sprawdzając, czy się do tego stosują albo i nie sprawdzając. Jeśli chcesz starość spędzić na śmietniku, twój wybór. Państwo powinno ograniczyć się do roli edukacyjnej.
To samo dotyczy leczenia. Wiadomo, że jest coraz droższe. Jednak ciężkie choroby nie dopadają wszystkich, a i tak ci, których dotkną muszą żebrać o pomoc społeczną, datki i darowizny, tworzyć konta i subkonta w rozmaitych fundacjach, bo leczenie w końcu okazuje się za drogie na kieszeń państwa.
Jeśli ten idiotyczny system przetrwa, nasze wnuki nie uniosą ciężaru obciążeń fiskalnych, bo w postaci podatku od solidarności społecznej państwo zabierze im jeszcze więcej niż nam.
Nietrudno przewidzieć konflity społeczne między starymi i młodymi.
Kto więc liczy na godną emeryturę, ten się rozczaruje i lepiej dziś zacisnąć pasa, robiąc nawet niewielkie oszczędności niż posługując się kalkulatorem emerytalnym, gdybać o przyszłości.
Przyszłości nie będzie.
Dixi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)