niedziela, 23 października 2011

Czy kapitalizm upadnie? cz.1

Młodzi ludzie spod znaku Nowej Międzynarodówki, czyli Ruchu Oburzonych (mutacja polska), sytuujący się w pobliżu lewicowej Krytyki Politycznej, sformułowali jako Porozumienie 21 dwadzieścia jeden postulatów na wzór tych sierpniowych, których wdrożenie ich zdaniem natychmiast naprawi świat.

Odnajdujemy tam takie lokomotywy postępu, jak: gwarantowane przez państwo prawo do mieszkań komunalnych, darmową edukację, służbę zdrowia, żłobki czy przedszkola (cytuję za Newsweekiem nr 42/2011).

Mam wrażenie, że już kiedyś to słyszałam i że nie tak dawno, nieco ponad dwadzieścia lat temu, polskie społeczeństwo, zmęczone prezentami robionymi mu od 1944 do 1989 roku przez Państwo Polskie (dawniej PRL) z tych właśnie praw zrezygnowało na rzecz czegoś skrajnie innego.

To coś może nie było zbyt jasno określone. Nazywało się demokracją oraz kapitalizmem i z dobrodziejstwem inwentarza, choć bez szczegółowej wiedzy, w czerwcowych wyborach '89 za tymi właśnie ideami, zmęczeni pozorną hojnością ojczyzny, gremialnie się opowiedzieliśmy.

Młodzież spod znaku Porozumienia 21, a jest tam również oburzony degenerującą się coraz bardziej demokracją trzynastoletni obywatel (brawo!), nie pamięta zapewne czasów sprzed wyborów czerwcowych.
Nic dziwnego zatem, że zapisała na swoich sztandarach szczytne i nierealne hasła.
Być może młodzi altruiści nie zarobili jeszcze w swoim życiu ani złotówki, tym chętniej więc w imię pięknych idei te zarobione przez innych pieniądze rozdają.

Zastanawiam się, skąd mielibyśmy, jako społeczeństwo, wziąć środki na opłacenie tych wszytkich niezbędnych ludziom dóbr? Jeśli ktoś pamięta, jak to dawniej bywało, niech może wytłumaczy pomysłodawcom, że opór przeciwko takiej formie demokracji, która u nas nazywała się socjalizmem, u naszych sąsiadów zaś komunizmem, kosztował życie wielu Polaków, zakatowanych w więzieniach i obozach pracy. 

Posiadanie patentu na rację tak wtedy, jak i dziś, jest równie szkodliwe.

Zacznijmy od rozdawnictwa.

Jeśli coś jest za darmo, to albo jest mało warte, albo tego po prostu nie ma. Młodzi znają pewnie kultowe filmy Barei, w tym serial "Alternatywy 4", gdzie mogą ocenić jakość takich rozdawanych niemal za darmo mieszkań. Opóźnionych o dwadzieścia lat, sypiących się od pierwszego dnia, z usterkami nie do naprawienia.  Ci, którzy na nie ciułali przez długie lata, zostawali często z pożartymi przez inflację środkami, bezwartościowymi książeczkami mieszkaniowymi, za które mogli sobie na pociechę kupić lizaka.

Miejsc w żłobkach i przedszkolach również zawsze brakowało. Próbowano sytuację ratować tworząc rozmaite zapisy, co sprzyjało korupcji komisji i szukaniu dojść oraz kontaktów, rodziło nepotyzm i łapówkarstwo.

To wszystko wróciłoby, niczym gangrena, gdybyśmy się teraz opowiedzieli za hasłami powszechnego rozdawnictwa.

Czy młodzi ludzie nie widzą, jakie wciąż jeszcze mamy kolejki do bezpłatnych lekarzy-specjalistów?

Czy nie daje im to NIC do myślenia?

Jak sobie zatem wyobrażacie, młodzi rewolucjoniści, ten nowy wspaniały świat, gdzie podstawowe dobra są za darmo? Kto ma na nie dać kasę?

Przypomnijmy kilka nierealnych obietnic: Lech Wałęsa: Dla każdego po sto milionów (nie wiem, ile by to było na dzisiejsze pieniądze, załóżmy roboczo, że sto tysięcy). Andrzej Lepper nie mówił co prawda o konkretnej kwocie, ale też żądał dodrukowywania pieniędzy i usunięcia Leszka Balcerowicza, a z nim pewnie wszystkich, których w naiwności swojej uważał za winnych biednieniu dużej części społeczeństwa.

Dokładnie tak myślą młodzi ludzie spod znaku Porozumienia 21. Jeśli bowiem chcą oddawać za darmo mieszkania, to albo muszą je komuś (deweloperom?) zabrać, albo też muszą je nabyć za jakieś, zapewne państwowe środki. Skąd te środki?

Pamiętacie taki dwuwiersz z całkiem niedawnych czasów:
"Skąd na to wziąć pieniądze?
Jak to skąd? Z afer!".

Wziąć pieniądze z afer, to tak jakby chcieć pomnożyć posiadane środki przez położenie ich przed lustrem. I jedno, i drugie jest czystą teorią.

Oczywiście można zmienić skalę podatkową tak, żeby lepiej zarabiający musieli oddawać 99% dochodu, ale i to, obawiam się, nie wystarczyłoby na mieszkania dla wszystkich potrzebujących.
W dodatku byłoby wysoce niemoralne i demotywujące, bo nikomu nie opłacałoby się pracować na mieszkania dla innych.

A jeśli dawać mieszkania, to czemu nie jedzenie? Alkohol? Samochody? Odzież? Papierosy? Kosmetyki? Sprzęt sportowy? Meble? Książki? Wczasy?

Każdy z łatwością udowodni, że to właśnie jest mu do życia niezbędne.

Czy młodzi ludzie zgodziliby się na egzamin sprawdzający kompetencje, bo miejsc na uczelniach wystarczało jedynie dla tych, którzy wykazali się rzetelną wiedzą. Czy podobałyby im się punkty za pochodzenie, bo przecież jakoś należało wyrównywać istniejące nierówności społeczne.

Czy zgodziliby się, aby ich rodzicom zabrać jeden wolny pokój i dokwaterować tam potrzebującą dachu nad głową rodzinę? Tak tytułem eksperymentu, póki nowe prawo podatkowe nie pozbawi nas na nowo własności. Bo to przecież znacznie szybciej można by wdrożyć: komisja, spis wolnych pokoi i lista oczekujących. Ile by to zabrało? Tydzień?

Równanie wszystkich do jednego poziomu się nie uda. Kraje rozdające dobra, to kraje biedne.

Eksperyment rozdawania za darmo mamy na razie za sobą a wciąż wielu ludzi pamięta kolejki, kiedy się dostawało, a nie kupowało, choć przecież jakieś środki płatnicze (głównie dolary zresztą) też były w obrocie. Kiedy jest dużo pieniędzy, to nie ma towarów, kochani młodzi rewolucjoniści.

Czy jesteście gotowi przez kilka sezonów chodzić w tych samych butach?

Rozdawnictwo jest demoralizujące. Po co ktokolwiek miałby pracować w pocie czoła na mieszkanie czy studia, jeśli mógłby to samo bez wysiłku (jedynie uruchomiwszy koneksje) po prostu dostać?

Wartość pracy spadłaby dramatycznie, a ludziom przecież i tak trzeba płacić.

"Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy".

Dodrukowywanoby pieniądze na wypłaty, towary by drożały, ludzie robiliby bezsensowne zapasy, tracili czas w kolejkach, "bo coś rzucili" i modlili się, żeby wreszcie na półkach sklepowych cokolwiek się pojawiło.

Czy o takich czasach marzycie?

A kto ma decydować komu w pierwszej kolejności należą się te studia, mieszkania, przedszkola i operacje?

Wy?

Nie wystarczy zdiagnozować problem. Lekarstwo nie może być gorsze od choroby. Primum non nocere.


Jeśli miałabym postulować cokolwiek, to najbardziej nawoływałabym do zdrowego rozsądku, nauki historii i psychologii. Demokracja obecna to nie demokracja grecka, wszyscy to wiemy. 

Idiotów nie brakuje, idioci też mają głos, idioci wybierają ludzi, którym oddajemy się we władanie, a ci robią wszystko, abyśmy uwierzyli, że zrobią nam dobrze.

Tak, tu młodzi ludzie mają rację. Należałoby się zastanowić nad systemem rządzenia. Bo - założę się - idąc do wyborów nie mamy pojęcia o arytmetyce wyborczej. Nikt nas nie informuje, sami się również nie próbujemy poinformować.

Należałoby, wzorem minionej epoki, zakrzyknąć hasłowo: "Kapitalizm: tak. Wypaczenia: nie!".

Należałoby zakazać rządom zadłużania się ponad dopuszczalne normy, bo jeśli zaczną upadać całe państwa, może zapanować niewyobrażalny wręcz chaos. To będzie rzeczywiście w jakimś sensie koniec świata.

Czy w wyniku zamieszek powstanie nowy ład? Być może, ale z pewnością nie demokratyczny. Chaos to pożywka dla wszelkich totalitaryzmów, dla ludzi bezwzględnych, którzy wiedzą lepiej i nie wahają się utwierdzić swoich poglądów w masach nawet za cenę życia milionów.

Co wiecie o totalitaryzmach, młodzi?

Jedyna szansa na pokój to powolne zmiany, to powrót do realnego, nie wirtualnego pieniądza i życia za to, co się samemu wypracowało. Tak na łonie rodziny, jak w państwie. Ale kto odważy się nawoływać do zaciskania pasa i odbierania ludziom przywilejów? Nie rządy, to oczywiste. 

Spróbujcie może najpierw tego, młodzi marzyciele...

Rzekłam.

piątek, 14 października 2011

Kolej, my love

Trojga imion niegdysiejsze Polskie Koleje Państwowe, obecnie TLK, IC, IR, PR, R, sam Minister Infrastruktury pewnie nie wie jak jeszcze, zachowują się niczym pierwsza naiwna, która uważa, że powinno się ją kochać nie za to, jaka jest, a wyłącznie za to, że w ogóle jest.
Tymczasem miłość do kolei, nawet, jak w moim przypadku podyktowana długoletnimi związkami rodzinnymi, to miłość trudna, wymagająca poświęcenia i - ostatecznie - chyba nie warta płaconej za nią ceny.

Każdy kochanek ogarnie się w końcu, że jego uwielbiona nie jest już pierwszej młodości, zachowuje się trochę nie fair i domaga prezentów, choć sama ich nie daje.

Ostatnio sporo jeżdżę po kraju. Czasem wybieram kolej. Jedyne w zasadzie pozytywne wrażenie odniosłam w pociągu relacji Kraków - Oświęcim (przewoźnika nie pomnę, chyba PR), kiedy toaleta oferowała ciepłą wodę i mydło, na które jako żywo nie liczyłam. Zastanawiam się, po co na ścianie w brudnych toaletach pociągów wisi napisa: "Zostaw to miejsce takim, jakim chciałbyś je zastać"? Czyżby właściciele kolei liczyli na to, że wychodząc umyję sedes, lustro i podłogę, podgrzeję wodę i zreperuję dmuchawę do rąk?

Ktoś pomyślałby, że to oczywisty standard, ale ten ktoś nie miałby racji. Zaczyna się od czasu, wskazywanego przez zegary dworcowe. Jak w tym przedwojennym dowcipie: dwa razy na dobę rzeczywiście wskazują go prawidłowo. Mydło i ciepła woda w toalecie pociągu to raczej wyjątek niż reguła, podobnie, jak punktualne i szybkie kursowanie, czyste wagony, odpowiednia temperatura w przedziałach. Dwa razy w ciągu dwoch tygodni zdarzyło mi się nie mieć w jedynce odpowiedniego światła lub być zmuszoną do zmiany nieogrzewanego przedziału.

Kolej notorycznie łamie umowy ze swoimi klientami, do przestrzegania których zobowiązuje się sprzedając im bilety. Ponieważ koszt biletu jest niewielki, nie reklamuję przejazdu opóźnionego o godzinę, konieczności spędzenia podróży w warunkach mniej komfortowych (2 klasa). Natomiast byłam świadkiem, jak konduktor z całą bezwzględnością wyprosił z pustego przedziału biznesowego dziewczynę z laptopem (tak, nie miała biletu), zamykając drzwi do tej oazy luksusu na stosowny klucz.

Takich przypadków każdy podróżny zna bez liku.

Ostatnio kolej wypracowuje wobec pasażerów nowe standardy. Pociągi przestały jeździć, teraz wloką się z prędkością pieszego (ostatnio: relacja Oświęcim - Katowice oraz Głogów - Zielona Góra). Podróżnym sprzedaje się bilety tylko na pociągi określonej spółki, zmuszając ich nie tylko do przesiadki, ale jeszcze do stania w ogonku po bilet na przejazd u konkurencji. Ustami pań kasjerek oznajmia się, że nikt nie bierze odpowiedzialności za to, czy pociąg w ogóle przyjedzie oraz sugeruje, że internetowy rozkład jazdy to tylko wersja demo i nie należy na nim budować przekonania, że się dokądkolwiek zdąży. Korzystać z kolei można tylko przez pół doby, bo z takiej Łodzi, Bydgoszczy czy Rybnika niesposób się wydostać po zmierzchu.

Zastanawia mnie, czy ludzie kierujący koleją KIEDYKOLWIEK z niej korzystali?

Nie, poruszają się samochodami, dobre samopoczucie czerpiąc z lektury nietaniej chyba, mającej solidne wymiary i wygląd ekskluzywnego tygodnika Gazety Pokładowej, hojną ręką rozrzucanej w przedziałach pociągów.

Nie mogli korzystać, bo gdyby to zrobili, zapadliby się pod ziemię ze wstydu, zrozumiawszy, że kolej skazują na wymarcie nie tylko konkurujące z nią coraz skuteczniej autobusy i samochody prywatne, ale ona sama, żądając od swych kontrahentów -pasażerów pokonania swoistej ścieżki zdrowia: najpierw poczekaj na spóźniający się pociąg godzinę na obskurnym dworcu, potem jedź w zimnym przedziale, wyglądającym niejednokrotnie, jakby został wyleasingowany w białoruskim demobilu, trochę pocierp, drżąc, czy do przedziału nie wejdzie ktoś, kto zechce cię obrabować z cenniejszych drobiazgów i choćby podróż trwała siedem godzin (relacja Warszawa - Gdańsk!!!), nie waż się ani razu skorzystać z brudnej toalety.

Kiedy do tego wszystkiego dodać herbatę za pięć złotych, myślę, że nie będąc wróżką mogę przewidywać, jak zakończy swój żywot kolej w Polsce.

Wreszcie przyjdzie Deutsche Bahn i nauczy kolejarzy szacunku dla klienta!
Pociągi będą pociągami, a nie mediami do sprzedawania modułów w Bóg wie komu potrzebnej gazetce reklamowej.

Swego czasu lobbowałam za polską koleją, używając hasła "Tiry na tory", teraz mam to już gdzieś. Dlaczego mam charytatywnie pracować na rzecz firmy, która jest bezwstydnie nieudolna, żle zarządzana, w podziwu godny sposób unika wywiązywania się z podjętych zobowiązań?

Teraz z czystym sumieniem mogę już tylko nawoływać do bojkotu kolei.
Powiedziałam to ja, córka kolejarza, wnuczka dwóch kolejarzy! Ale co mi po takiej tradycji rodzinnej...

wtorek, 4 października 2011

Terror naszych marzeń


Żyjemy w świecie terroru marzeń. Czuję się z każdej strony atakowana przez cudze marzenia.
Kiedyś człowiek miał drogę do przebycia, zadania do wykonania, misję do spełnienia, teraz jego życie ma być jedynie maszynką do spełniania marzeń.

A wszak nasze marzenia są na ogół egoistyczne, ich spełnienie zazwyczaj jedynie nas samych ma ucieszyć, chodzi nam wyłącznie o siebie, może z rzadka o naszych najbliższych, z pewnością nie o ogół. Ludzkie marzenia są najczęściej niewielkie, dotyczą życia codziennego, wygodnego funkcjonowania w społeczeństwie, rozrywek.
Odwracamy się od społeczności, zamykamy w swoich wieżach i nastawiamy na spełnienie, czyli marzymy. Bo według rozmaitych poradników  od sławnego "Sekretu" począwszy - wystarczy marzyć, by się udało.
 
 
Czy naprawdę wystarczy? Czy takie myślenie nie konserwuje aby bezczynności? Czy nie powinniśmy mieć raczej planów? 
 Każdy ma prawo do marzeń, ale przecież marzenie to rzecz niesłychanie intymna, coś jak: chciałabym być piękna, młoda i bogata. Każdy tego pragnie, ale mówienie o tym w towarzystwie jest naiwnością. Z drugiej strony liczne powieści i poradniki utwierdzają nas w tej postawie, w zależności od światopoglądu czytającego, fałszywie lub prawdziwie dowodząc, że marzenia naprawdę się spełniają i w każdym wieku możemy sobie zafundować błogostan.
Trochę mnie to przeraża, bo nikt (przynajmniej ja się z tym nie spotkałam) nie pisze nigdzie o cenie, jaką musimy zapłacić za spełnienie marzeń, niewielu uczy nas, że zabawa polega nie na nasyceniu, bo nie sposób się nasycić, ale na dążeniu w jego kierunku, na pokonywaniu przeszkód i czerpaniu siły z małych zwycięstw nad samym sobą, nikt nie dowodzi wreszcie, że marzenie spełnia się nie  myśleniem, a wyłącznie ciężką pracą.
 
 
Nikt nie nawołuje do pracy nad naszymi marzeniami. Nikt nie odsłania straszliwej prawdy, że życzenie "spełnienia marzeń" jest bodaj najbardziej diabolicznym z życzeń, bo zrealizowane marzenie więdnie, blaknie, staje się nieważne i zbyteczne, jak świeżo kupiona bluzka. Dopóki leży w sklepie na pólce, jest pożądana ze wszystkich sił, kiedy ląduje w szafie, staje się telko jeszcze jedną taką sobie bluzką.

    
Zresztą, trawestując pewnego bon viveura, można powiedzieć, że o marzeniach się nie dyskutuje, marzenia się spełnia. Codziennie, po cichu, zwyczajnie żyjąc i odrabiając zaplanowane zadania.
 
 
Dlaczego więc marzenie stało się fetyszem współczesności? Po co tyle o tym napisano? Z jakiego powodu czepiają się mnie z każdej strony, namawiając, bym została sobą i się wreszcie zrealizowała?
Proste.
Bo to świetny biznes. Marketingowcy już dawno odkryli handlową siłę marzeń, dlatego w reklamach tyle pięknych dziewcząt, do których mamy szansę się upodobnić, gdy kupimy konkretny produkt i tylu przystojnych facetów, którzy klientom obiecują metamorfozę w nowym samochodzie.
Nic nie sprzedaje się lepiej od marzeń. Opakujmy obrabiarki w marzenia, a pójdą, niczym świeże pączki.

O sancta simplicitas!

Sztuka w poszukiwaniu odbiorcy również obrzydliwie mu schlebia, do znudzenia powtarzając: "Jesteś cudowny, mądry i piękny", na deser obiecując jeszcze życie w błogostanie.

I klient to łyka. Miło jest słyszeć komplementy.

Marketing nie mówi, że obrabiarka jest nam zbędna, to nie jego biznes.

Sztuka nie mówi, że błogostan nie istnieje, co jest nie tylko prawdą, ale i powinnością sztuki, jako takiej.
Sztuka, uporczywie szukając klienta, nie walczy już o lepszy świat, nie pluje w twarz odbiorcy, co jest atrybutem dzieł wielkich i odważnych twórców. Nie krzyczy, że jesteśmy śmieciami cywilizacji, strasznymi mieszczanami, małymi ludzikami z rozdętym ego. Nie rozdrapuje ran, nie wkłada kija w mrowisko. Słodzi nam marzeniami. bo klienta nie można do siebie zrazić.
To zresztą odwieczny dylemat twórców i tylko najwięksi z nas potrafili się skazać na ubóstwo w imię wyznawanych idei.

A klient-mecenas? Cóż, mamy demokrację, a demokracja to inflacja potrzeb, bo potrzeby rzesz zawsze będą proste: najeść się do syta, odpocząć, nie myśleć...

Czy nasze czasy nie zostaną przez potomków uznane za najbardziej egoistyczne w dziejach?
Dlaczego godzimy się na to, by idee zastępowane były w naszych marzeniach przez rzeczy? 
Czy nie potrzebujemy już uczuć wyższych?
Dlaczego rozgrzeszamy się z upadku naszych pragnień?
Dlaczego: "Mam marzenie" brzmi już tylko, jak kiepski żart?

PS.
Kilka dni temu podczas spotkania autorskiego usłyszałam od młodego człowieka celną uwagę. Stwierdził on mianowicie, że jest pewien rodzaj szlachetnego marzenia. To marzenie nieziszczalne, a dotyczące na ogół lepszego życia. Mówiliśmy o głodnych dzieciach i starcach, porzuconych przez swe rodziny na pastwę losu. Trudno od nich wymagać aktywności i planów.

To wszystko prawda, ale i tak wołam z głębi mojej puszczy: Realizujcie swoje plany!
  

sobota, 1 października 2011

Oszukani przez kapitalizm

Dramatyczne raporty płyną z Urzędów Pracy, gdzie zarejestrowana jest nieprzytomna ilość młodych ludzi po studiach. Serdecznie współczuję absolwentom, którzy swoje życie zawodowe zaczynają od bezrobocia, to ciężkie doświadczenie i kubeł zimnej wody na starcie.

Zastanówmy się jednak nad podstawowym w planowaniu życia i drogi zawodowej pytaniem: Co młodzi ludzie wiedzieli o rynku pracy, nim się na studia wybrali? Czy zadali sobie pytanie: Gdzie ja, socjolog, politolog, psycholog, europeista, bankowiec znajdę pracę? Kto będzie chciał mnie zatrudnić?

Czy zapytali swoich rodziców, co sądzą o ich wyborze? A po co?

W przeczytanym przeze mnie reportażu występuje nawet bezrobotna absolwentka architektury, co wydaje się niemal niezrozumiałe.

Ostatnio rozmawiałam w pociągu z trójką studentów. Był wśród nich chłopak studiujący medycynę i dwie dziewczyny na weterynarii. Powiedziały wprost: na lekarzy do małych zwierząt nie ma już zapotrzebowania, musimy być gotowe na pracę z dużymi. Zrozumiałam, że może chodzić o konie i inne zwierzęta hodowlane, jak na przykład te, które hoduje się na rzeź, co dla lekarza nie musi być najprzyjemniejsze. Dziewczyny jednak wiedzą, co je czeka.  Wiedzą, że same muszą znaleźć miejsce swego przyszłego startu.

Pamiętam moje początki zawodowe, wiele lat temu. Oczywiście warunki były kompletnie inne i na moim wyborze życiowym (praca nauczycielki) zaważyła przede wszystkim chęć dalszego dokształcania się i pracy naukowej w dziedzinie historii teatru.

Ostatecznie nigdy nie pracowałam w zawodzie wyuczonym (magister sztuki), co jest może stratą dla państwa, które mnie wykształciło, ale też bardzo szybko zaczęłam temu państwu spłacać kredyt, ponieważ założyłam wraz z siostrą firmę. Nikt nie musiał wypłacać mi pensji z państwowej kasy, na którą to ja wraz z siostrą łożyłam i to niemało! Płaciłam też od początku składki w ZUS, bo żadnych ulg dla młodych przedsiębiorców nie przewidywano.

Działo się to na kilka lat przed wyborami czerwcowymi i niewielu wiedziało cokolwiek o działalności gospodarczej.

Tak, miałyśmy poniekąd łatwiej, prawie nie było konkurencji i kto wtedy zaczął, na ogół odnosił sukces.

Ale przecież nikt nam tej drogi nie wskazał! Taki rachunek wyszedł mi z rozeznania rynku. Nie chciałam pracować w sklepie przez dwadzieścia pięć lat, ale wiedziałam, że to da mi utrzymanie, więc wsadzilam dyplom do szuflady i pracowałam, zdobywając po drodze różne inne zawody, tudzież zdając egzamin na sprzedawcę wykwalifikowanego. To mój najbardziej egzotyczny dyplom.

Miałam już wtedy dyplom magistra sztuki, dyplom marketing menedżera oraz świadectwo ukończenia Studium Pedagogicznego, a jednak te wszystkie papiery nie pozwoliły mi się wymigać od egzaminu w Izbie Rzemieślniczej! Dura lex, sed lex...

Ale i studia były za moich czasów nieco inne. Nikt za nas nie pisał prezentacji, licencjatów (nie było ich wtedy) ani magisteriów, to się zresztą nie mieściło w moim systemie wartości. Dlaczego ktoś miałby za mnie odrobić MOJĄ lekcję?

Na studia dostawaliśmy się w wyniku kilkustopniowego egzaminu, który trzeba było zdać  SAMEMU, do którego trzeba się było SAMEMU przygotować. Mnie zajęło to ostatni rok liceum, ponieważ przedmiotów wymaganych na egzaminie (historia teatru polskiego i powszechnego, historia dramatu polskiego i powszechnego) NIE BYŁO w programie liceum.

Czy ktoś dziś wyobraziłby sobie coś takiego?
Młodzież jest roszczeniowa, chce żeby było łatwo, bezproblemowo, jak najniższym kosztem, a później dziwi się, że nie znajduje pracy.
A może by tak zacząć najpierw od siebie?

Kapitalizm nikomu nie składał obietnicy, że będzie łatwo. Większość kandydatów na studentów wybiera łatwiejsze studia humanistyczne, kończy Wyższe Szkoły Tego i Owego i uważa, że zdobyło dyplom, który pozwala wykonywać jakiś zawód.

Ale to nie dyplom pozwala wykonywać zawód, tylko umiejętności.

Kapitalizm ma wiele wad, ale też jedną zaletę: jeśli ktoś udowodni, że jest w swoim fachu dobry, w końcu dostaje szansę.

Jakiś czas temu Facebook obiegło odręcznie napisane na kartce w kratkę ogłoszenie młodego człowieka (płci nie pomnę), który zaoferował swoje usługi w zakresie wyprowadzania psów na spacer. Bez względu na rezultat oferty, którego nie znam, powiem że ten młody człowiek wie, co to kapitalizm i sam sobie tworzy warsztat pracy.   

Brawo!

Może by tak od tego zacząć?

Rzekłam.

piątek, 16 września 2011

Demolka i masakra

Kto by przypuszczał, że te dwa słowa, jakby żywcem wyjęte ze słownika slangu młodzieżowego, zawdzięczamy fascynacji, jaką nasi przodkowie żywili dla kultury francuskiej?

Zagościły w polszczyźnie najprawdopodobniej na zasadzie częstego używania lub wtrąceń, jako że wyższe warstwy społeczeństwa częstokroć lepiej znały francuski niż język ojczysty.

Ostatnio mocno mnie zdumiało użycie tych dwóch wyrazów niezgodnie z ich znaczeniem.

Młoda osoba oznajmiła w sieci, jakoby kot czy też pies "zmasakrował" jej pokój.

Masakra - na moje wyczucie - i tak nas poucza słownik języka polskiego, do którego czym prędzej sięgnęłam, jako do wyroczni - to rzeczownik oznaczający ni mniej, ni więcej, tylko rzeź.
Czy można dokonać rzezi przedmiotu? Okazuje się, że ten kot (pies?) dał sobie radę.

A potem przeczytałam, że Kliczko zdemolował Adamka i to mnie zdemolowało, a raczej zmasakrowało.

Demolować to niszczyć przedmioty martwe. Czyżby w chwili, kiedy Kliczko zabierał się na ringu za Adamka, ten już nie żył? Przecież miłośnicy boksu widzieli go dość żwawego. Może był nieco zmasakrowany po walce, ale chyba opuścił miejsce walki o własnych siłach?
Nie oglądałam, nie cierpię przemocy, nawet udawanej.

Jak zwykle się czepiasz, Gucia.

Czepiam się, bo język to znak czasów.
Czego o naszych czasach uczą mnie te dwa przykłady?
Tego, że nikt już nie zagląda do słownika. 

Jak dowcipie:
-Jasiu, kiedy tylko masz jakąś wątpliwość zajrzyj do słownika.
-Ale ja nigdy nie mam żadnych wątpliwości, proszę pani.

Otóż to. Nie miewamy już wątpliwości. Dlatego używamy słów niezgodnie z ich znaczeniem.

Ktoś mógłby mi przerwać i zaprotestować, mówiąc że wszak język to twór żywy, dostosowujący się do użytkowników, a tak zwany uzus (łac. usus), czyli prawo zwyczajowe, jest jedynym obowiązującym prawem.

I tak, i nie - odpowiedziałabym na to. Uzus to mody, które przychodzą i odchodzą, i tak jak nikt mnie nie zmusi do noszenia dziurawych spodni, choć są szczególnie modne, tak nikt nie zdoła mnie przekonać, że mylenie słów jest bez znaczenia.

Nie jest, natomiast świadczy o braku świadomości językowej. Jako społeczeństwo czytamy coraz mniej, nie ma mody na oczytanie, ileś tam akcji było i nic nie wskórały. Szkoła wręcz zniechęca do tego typu pogłębiania wiedzy. Jest przyzwolenie społeczne na niechlujne wyrażanie myśli w mowie i na piśmie.

Nawet dziennikarze, którzy kiedyś byli nauczycielami polszczyzny, raz po raz dają dowód marnej znajomości języka ojczystego.

To oczywiście skutek, nie przyczyna.

Przyczyna leży w wychowaniu, w społecznej zgodzie na szarganie języka przez młodzież i dorosłych, na braku ćwiczeń mówienia i pisania, w akceptowaniu lekceważenia lektur, w niekonsekwentnym  nauczaniu języka polskiego i koncentrowaniu się na "zdawalności" egzaminów, nie na rzetelnym wdrożeniu do kultury języka.

Prawdziwy egzamin młodzież zdaje wypowiadając się publicznie w sieci. Zdajemy go lub oblewamy wszyscy. Jeśli poplączemy wyrazy, trudno nam się będzie porozumieć.

Język to nasza tożsamość, czyżby nam na niej już nie zależało?

Rzekłam.

piątek, 9 września 2011

Sieć księgarska zjada książkę

Ostatnio, mówiąc o sytuacji na rynku książki, Beata Stasińska, stara-nowa szefowa wydawnictwa WAB kupionego świeżo przez Empik, użyła zwrotu "łańcuch pokarmowy", kierując myśli czytelnika ku ostatniemu jego ogniwu, czyli księgarniom.

Chcąc być w zgodzie z logiką, należałoby chyba dodać jeszcze czytelnika, a więc klienta, do którego ostatecznie trafia produkt w postaci książki, e-booka czy audiobooka.
Jeśli zatem klient jest na końcu i to on "zjada" książkę, któż byłby na początku? Czyżby autor?

Już od dawna uważam, może nieco paradoksalnie, że książki należałoby wydawać bez treści. Wydawcom zmniejszyłoby to niewątpliwie koszty (od kilku do kilkunastu procent wartości hurtowej) a znacznej części społeczeństwa zaoszczędziło wstydu, że nie uczestniczy w kulturze. Ładne tomy można by postawić na półce i jeszcze mieć wolne kartki na przepisy kulinarne lub grę w kółko i krzyżyk.

Również grupa zawodowa, nazywana coraz mniej dumnie "autorami" miałaby z tego korzyść pozbywając się raz na zawsze nieuleczalnej jak dotąd mrzonki, że da się utrzymać z pisania.

Oczywiście nikt nam nie każe pisać i wielu z nas dla realizacji dziecięcego marzenia potrafi przez rok i więcej przymierając głodem motywować się za trzy tysiące zaliczki albo i zgoła bez żadnej zaliczki. Mamy więc, co chcemy. Zawsze można odpuścić.

Kiedy wprowadzano niemal niezauważalny, bo pięcioprocentowy VAT na książki, larum podnieśli jedynie wydawcy. Pisarze, którzy w większości przypadków nie znają się na prawach rynku, nie wyszli na ulice.

Tymczasem okazuje się, że minęło z górą pół roku, wydawcy przysyłają rozliczenia i autorzy kolejny raz ze zdumieniem odkrywają, iż to oni są zjadani przez rynek, bowiem wydawcy w obawie o sprzedaż owatowanych książek zmienili kalkulacje, zmniejszając wartość hurtową książki, od której nalicza się tantiemy.

Czy autor ma prawo do myślenia o pieniądzach?
Czy mamy być romatycznymi lekkoduchami, którzy powinni zajmować się literaturą bez patrzenia na dochody, zarabiając na życie gdzie indziej?
Ja tak właśnie czynię, co nie znaczy, że nie chciałabym, aby tantiemy odzwierciedlały mój wkład w książkę. Tymczasem nie odzwierciedlają i jeszcze długo nie będą.

Naiwne pytanie, które natychmiast ciśnie się na usta: Po co ludziom książka i co ma czemu służyć - książka treści, czy treść książce, jako obiektowi wymiany handlowej?
Patrząc na koszt wprowadzenia książki na rynek śmiem twierdzić, że treść jest tylko wisienką na tym torcie. Fajnie, że ją ktoś tam położył, ale bez niej byłoby równie przyjemnie...

Kilka dni temu, po lekturze artykułu o najlepiej zarabiającym pisarzu świata Jamesie Pattersonie, zastanawiałam się, czy fabryka powieści, którą on stworzył (a nie był tu jako żywo pierwszy, naśladując robiącego to samo sto lat wcześniej męża Colette, Willy'ego), czy to zatem jest jeszcze sztuka?

Czy literatura powinna być rękodziełem, czy też autor ma prawo fabrykować wytwory swojej wyobraźni przy pomocy tak zwanych "duchów"?
I odpowiedź jest jak zwykle porażająco banalna: jeśli czytelnik kupuje Pattersona-nie Pattersona to jego wybór. Być może powieści samego Pattersona byłbyby lepsze. A może wcale nie?

W każdym razie Patterson stworzył fabrykę i taki VAT mu z pewnością niestraszny, zaś inni autorzy stoją tam, gdzie wskazuje dzióbek znaku nierówności - jesteśmy i jeszcze długo, pewnie zawsze, choć smutno to brzmi, będziemy dziobani przez kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego książki, zarabiając na jednym sprzedanym egzemplarzu mniej od jakiegokolwiek innego ogniwa tego łańcucha: mniej od detalisty, który jedynie zainkasuje należność, mniej od hurtownika, który potrzyma książkę trochę w magazynie, mniej wreszcie od wydawcy, ale jego koszty są tu zdecydowanie największe.

Sprawa się komplikuje jeszcze bardziej, kiedy poskrobiemy i wejrzymy głębiej w handel książką w Polsce. Wykazuje on bowiem zauważalną tendencję do monopolizowania się. Salony największej sieci wciąż powstają, zabijając małe lokalne księgarnie.

Wydawcy woleli współpracować z dużą siecią, która zapewniała im zbyt 1/3 produkcji niż z setką księgarni rozrzuconych po całym kraju. Oni też sami utuczyli tę stugłową hydrę, która teraz powoli ich zjada, narzucając swoje twarde prawa. 

Chcąc wprowadzić książkę do obrotu poprzez jej salon, wydawca musi ponieść koszty promocji, wystawienia na półkę, logistyki, musi dać sieci wyłączność na pierwsze dni sprzedaży. Sieć jest niezwykle pomysłowa w tworzeniu wciąż nowych opłat, a jeszcze bardziej w oddalaniu półrocznego z założenia terminu płatności, którego i tak nie dochowuje.

Rezultat jest ten, że wydawca niemal nic nie zarabia na książce sprzedawanej w owej sieci.
Słyszałam o tym wielokrotnie od wydawców największych bestsellerów.
Zatem, próbując uniknąć bankructwa, wydawca rezygnuje z produkowania pewnej ilości tytułów, nie podnosi płac pracownikom, ogranicza honoraria autorów, w ostateczności (to się przecież zdarza, słyszeliśmy takie historie wielokrotnie) nie płaci na czas autorom, redaktorom czy podwykonawcom,  przerzucając ciężar zatoru na kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego, jak to słusznie, choć niezbyt zręcznie, zważywszy na miejsce, w jakim się znajduje, sformułowała Beata Stasińska.

Pytanie: Po co zatem, wydawcy, oddajecie swoje książki sieci, wiedząc z góry, jaki los was (nas) czeka?
Odpowiedź: Bo sieć sprzedaje prawie połowę wszystkich książek, bo książki w salonach sieci widać, tu tworzy się moda na tytuły.

Może to naiwne, ale sieć poleca książki stawiając je na półce lub umieszczając w katalogu za pieniądze wydawców. Czy kto inny, nie związany z obrotem książką, nie mógłby zrobić promocji tytułowi za pieniądze wydawcy?

Oczywiście sieć wyciskając każdy grosz z wydawców ma swoje racje, na przykład skończoną powierzchnię sklepów, na której nie zmieszczą się wszystkie oferowane jej tytuły. To jednak nie zmienia faktu, że w działalności gospodarczej stosuje metody trudne do zaakceptowania i niezgodne z przyjętym obyczajem. Lekceważąc dobre kupieckie praktyki, obraca pieniędzmi wydawców, drukarń, autorów wreszcie, inwestuje je w nowe projekty, jak choćby kupowanie istniejących już  wydawnictw, obrasta kolejnymi biznesami.

Nie interesują mnie posiadane przez sieć sklepy z odzieżą ani kosmetyczne, mniej jeszcze szkoła językowa, interesują mnie wydawnictwa i książki i tu, idę o zakład, plan jest taki, żeby wejść w konfrontację z dotychczasowymi dostawcami, maksymalnie utrudniając im życie doprowadzić do stanu niewypłacalności, usunąć z rynku, jako konkurencję, a potem sprzedawać przede wszystkim wydane przez siebie tytuły.

Po mniejszych wydawnictwach nastąpi kolej na konfrontację i łyknięcie większych i tak aż do momentu, kiedy autorzy siłą rzeczy będą zmuszeni wydawać swoje książki w wydawnictwie należącym do sieci.
Przy braku alternatywy z dobrodziejstwem inwentarza przyjmą warunki, jakie im wydawnictwo sieciowe zaproponuje.

Już dziś w salonach sieci ze świecą można szukać mniej popularnych autorów. Ale cóż - to system typuje szczęśliwców, którzy znajdą się na półkach salonów. Typuje durnowato, bo jedni autorzy leżą tysiącami na paletach, a drudzy - patrz wyżej... Tworzy się w internecie wielki salon odrzuconych, o których nazwiskach, założę się, pracownicy sieci nawet nie słyszeli.

Któż z nas, czytających, nie zetknął się z niekompetencją pracowników salonów?

Teraz refleksja: klientami sieci są najświatlejsi ludzie w tym kraju, ludzie czytający, zastanawia mnie więc bardzo ta imperialistyczna polityka sieci, która przez tę grupę społeczną jest zauważana i krytykowana. W obecnych czasach, kiedy wiadomość rozchodzi się w internecie lotem błyskawicy, niewiele czasu trzeba, by ci właśnie ludzie pokazali sieci czerwoną kartkę.

Gdzie zatem są w tej firmie menedżerowie i specjaliści od PR?
Gdzie są ludzie, którzy przeczytali jakiekolwiek kompendium historyczne lub książkę z działu zarządzania organizacją?
Gdyby przeczytali, zrozumieliby może, że cesarstwo, zbyt szybko zagarniające nowe terytoria, łacno może się nimi udławić, co pokazuje chociażby historia Aleksandra Wielkiego, Cezara, Napoleona czy Hitlera.

Wracając do współczesności: jeśli wydawcy mają tak wielki problem z przywołaniem do porządku swego kooperanta, ostatnią nadzieję widzę właśnie w najważniejszym ogniwie łańcucha, czyli w klientach.
Świadomy klient, niczym świadomy obywatel, ma siłę, jakiej doświadczyli ostatnio najwięksi tyrani świata.

Ponieważ wydałam w ciągu ostatniego roku ponad dwa tysiące złotych na książki w salonach sieci, niniejszym oznajmiam, że przestaję robić tam zakupy!

W waszych-naszych rękach, czytelnicy, los autorów, wydawców i książek. Kupujcie świadomie!

Rzekłam.

środa, 31 sierpnia 2011

Najbliższy koniec świata

Dawno mnie tu nie było, za co stokrotnie przepraszam. Nie powinno się zawieszać na kołku raz powziętej akcji. Wiem o tym i biję się w piersi.

Mam na swoje usprawiedliwienie jedynie trwający od kwietnia remont domu, który zaprzątał mnie do tego stopnia, że już nie zostawało ani czasu, ani ochoty, by pomyśleć o czymkolwiek innym.

Dlaczego, żeby coś naprawić, tyle trzeba najpierw zepsuć?
Poza tym, że mieszkaliśmy trochę jak na PRL-owskim kampingu, ciągle trzeba było o czymś decydować, coś kupować, czegoś pilnować, coś wymieniać, za coś płacić, na coś uważać, coś omijać, po czymś nie chodzić.

W tym czasie oczywiście prawem serii działy się różne inne fajne rzeczy, psy chorowały, dzieci wyjeżdzały, pogoda wariowała.

Ale ponieważ nic (na szczęście) nie jest nam dane na zawsze, nasz remont też się skończył.

Zawołałabym: "Alleluja!", gdyby nie to, że przypadkiem wraz z końcem remontu skończyły się też moje wakacje i od jutra (jak miło!) koniec z leniuchowaniem, chowaniem się za-jakże-ważne-i-potrzebne-lektury-oraz-niezbędne-prace-domowe i, Gucia, nie ma zmiłuj, zaczyna się odliczanie:
180-179-178-177-176...

Kto mnie wrobił w taki krótki termin? Ja sama? Jak to w ogóle możliwe?
Niesposób zaprzeczyć.
Sama sobie zgotowałam ten los, podpisując umowę z datą zakończenia pracy w dniu 31 marca 2012.

Ale, zaraz! To zdaje się będzie już po końcu świata?
Może nie ma powodu przedwcześnie panikować? Poczekajmy do stycznia...

Zna ktoś może datę dzienną najbliższego końca świata?
Będę wdzięczna za podpowiedź. Może się bowiem okazać, że tym razem podpisując umowę z wydawcą zrobiłam interes życia ;-)))

Rzekłam (trochę jednak bez humoru).