piątek, 23 listopada 2012

Prawica wasza... mać

Jakim cudem ja, osoba jakby z minionego wieku, wyznająca nieco zmurszałe zasady, oddająca większość swego czasu rodzinie, tak bardzo nie lubię naszej prawicy?

Przecież z moją awersją do lewicy, powinnam być jej okrętem flagowym!

Długo nie wypowiadałam się o Smoleńsku. Pamiętam, że w dniu katastrofy kończyłam drugi tom "Cukierni" i co chwilę zbiegałam do salonu, żeby zobaczyć, co się właściwie stało.

Wszyscy byliśmy w szoku.

I pozostajemy w nim po dziś dzień. Zasługa jest wiadomo czyja. Ktoś nie miał ochoty zamilknąć nad tą trumną, choć tylko takie zachowanie przystoi żałobie.

Dlatego, inaczej niż wszyscy, zachowywałam się powściągliwie.

Oczywiscie w dzisiejszych czasach krzyku i chaosu nikt powściągliwości nie zauważa, no i dobrze, wcale nie chcę być zauważana. Dobrze mi w mojej względnej samotności, z garstką przyjaciół, rodziną i psami.

Ale już nie dałam rady i mi się ulało, kiedy rozpętała się ta dyskusja o "Pokłosiu".

Dlaczego prawica tak obłudnie schlebia własnemu narodowi wiem oczywiście.
Dlaczego jednocześnie zionie jadem również wiem.

Dlaczego mi się to nie podoba?

Bo nie cierpię manipulacji. I nie cierpię zionięcia jadem wobec wszystkich, którzy nie są nami.

Oczywiście Żydzi sami się spalili w tej stodole w Jedwabnem. Żaden Polak nie przyłożył do tego ręki, nie było żydowskich pogromów, getta ławkowego i temu podobnych obrzydliwych zachowań. Polacy żyli z Żydami zawsze w cudownej i przykładnej zgodzie.

Tak, w okresie odrodzenia, kiedy Polska była rajem dla Żydów. Ale to się szybko skończyło.
Okazało się bowiem, że łatwo jest z nich zrobić politycznych chłopców do bicia.

To trwa do dziś. Kto z tych wypisujących bzdury na forach zadał sobie trud, żeby przeczytać chciażby takie "Życie i zagładę Żydów polskich 1939-1945"?

Założę się, że nikt, bo będąc konserwatystą musisz mieć wroga. Ten wróg siedzi w tobie, to twój ograniczony umysł, twój brak znajomości historii, twoje zasady, które każą tolerować jedynie swojaków.

Jeśli nie wiesz, co Polacy potrafili robić z Żydami, nie wypowiadaj się.

Tak to prawica powoli stacza się do politycznego szamba. Nie wolno iść w tym samym pochodzie z ludźmi, którzy w imię politycznych korzyści fałszują historię.
W ten sposób możemy sobie tylko wychować własnego Hitlera.  

Pan Bóg każe kochać nawet własnych wrogów, żaden ksiądz wam tego jeszcze nie powiedział?

Dixi.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Banki jak Amber Gold, czyli kogo teraz oskubiemy?

Afera Amber Gold nieco przycichła, banki wyszły z niej zwycięsko, bo wzmocnione siłą autorytetów ekonomicznych, teraz się długo będziemy zastanawiać, komu powierzymy nasze pieniądze.

I otóż zadzwonił do mnie dziś miły pan z mojego banku ze wspaniałą propozycją pomnożenia zysków ponad owe smętne pięć czy sześć procent, od czego jeszcze na dodatek należy złożyć haracz w postaci podatku Belki.

Czego się dowiedziałam? Hojność banku jest wprost niezmierzona, chcą dać mi WIĘCEJ, bo taki mają kaprys, chcą dać mi siedem, a nawet dziesięć procent, licząc nie bez racji na moją wrodzoną pazerność.

Cóż, nie wygrałam w ostatnim rekordowym losowaniu Lotto, Bóg strzegł. Co prawda ułatwiłam mu zadanie nie wykupując losu, ale zawsze przecież mogłam to zrobić...

Każdy ma jakieś potrzeby, chciałby mieć więcej, czemu zatem pięć a nie dziesięć, to nie ma ekonomicznego uzasadnienia, zgadzamy się? Jasne, nie ma.

Walczmy więc o dziesięć. Co mam zrobić?

Mam się umówić na spotkanie z doradcą (tylko mnie ten zaszczyt spotkał, do byle kogo nie dzwonią!) i on tam, w zaciszu swego gabinetu, przy kawce, omota mnie już tak, że oddam mu wszystko, co mam i jeszcze się zapożyczę u teściowej emerytki, byle tylko te dziesięć procent było moje.

Emerytura (tym razem moja) blisko, nie ma na co czekać, trzeba oszczędzać, jestem z wyżu, nie ma co liczyć na hojność państwa. Lepiej już było.

Tak więc plan emerytalny, słyszę, comiesięczne wpłaty, które my w pani imieniu zainwestujemy tak, że zwróci się pani plus dziesięć procent i tak przez dziesięć lat, co tam dziesięć, dwadzieścia! Zresztą pani jest taka młoda, dajmy trzydzieści, wie pani, ile wtedy tego będzie?! I to bez Belki!

Dobra nasza, zacieram ręce, mając tyle, mogę sama jakiś mały bank założyć, a już na pewno ze spokojem myśleć o tym nędznym zasiłku, którym państwo w hojności swej zechce mnie zasilać.

Gdzie jest pies pogrzebany? Gdzie drobny druk, myślę?

A jest ci on, schwytany, może dla niektórych po niewczasie, bo już sprawy sądowe pozakładali bankom i innym instytucjom zaufania społecznego, które się nazywają ubezpieczyciele i prowadzą w naszym imieniu fundusze powiernicze. 

Już i UOKiK na banki miliardowe kary zdążył nałożyć, choć w rzeczy samej nierychliwy on. 

Drobny druk to fakt, że na pięknym opakowaniu namalowano słowo "polisa".
Polis się belka nie czepiła, żadnych tam haraczy nie ma, dostanę piękne, okrąglutkie dziesięć procent, bylem tylko... inwestowała przez dziesięć lat, bo inaczej figa z makiem, może wypłacą mi dziesięć procent z całej kwoty, bo wszak bank, ubezpieczyciel, fundusz powierniczy ma koszty.

Wiem, że koszty istnieją, nie na darmo jestem właścicielką firmy, ale 90%?!

To już, panie, trochę dużo. I takie są pierwsze wyroki sądowe w tej sprawie, bo nawet ludzie tak niekompetentni w kwestiach gospodarczych, jak sędziowie, zrozumieli że koszty powinny mieć uzasadnienie gospodarcze.

Stąd liczne pozwy zbiorowe już czekają swej kolejki w naszych przepełnionych sądach, ale czy panowie Marcin (Zbyszek, Jan, Patryk - niepotrzebne skreślić) dzwonią do mnie, by odkręcić, co namotali? Ani im to w głowie!

Bank zatem nadal chce dostać ode mnie comiesięczną wpłatę i pewność, że przez dziesięć lat każdego miesiąca zasilę go taką kwotą. Będzie więc miał utrzymanie dla pracownika, który kupi za nią w moim imieniu najbezpieczniejsze papiery, czyli obligacje, potrącając sobie koszty zarządzania. 

Jeśli jednak przed upływem dziesięciu lat zrezygnuję z mego planu systematycznego oszczędzania, ta kawka z uroczym panem Krzysiem (Marcinem, Pawłem, Sebastianem - niepotrzebne skreślić) będzie mnie kosztowała w pierwszym roku okrągłe dziewięćdziesiąt procent moich oszczędności! w drugim osiemdziesiąt i tak dalej.


Jak Wam się to podoba?

Co dostaję w zamian, jeśli jednak wydolę i nic się w moim finansowym życiu przez dziesięć lat nie posypie?

Dostaję to, co mi obiecano podczas tej kawki? Do której chyba szaleju dolewają...

Nic podobnego - przecież bank nie bierze odpowiedzialności za swoje w moim imieniu inwestycje.  Nie ma bowiem papierów w stu procentach bezpiecznych.  Zawsze się może po drodze jakaś recesja trafić...

Dostaję też - o czym trzeba uczciwie wspomnieć - wypłatę z polisy w wysokości 1 PLN!!!

Czemu nie 0,01 PLN? Przynajmniej by się popisali poczuciem humoru.

Tak więc bank ma we mnie złotą kurę, pracującą na kompletnie wirtualne zyski, za które nikt nie ręczy, ja zaś dostaję od banku złudzenia.

No i po co nam dekalog? Banki chętnie nas oświecą, jaką głupotą jest chciwość, można na niej tylko stracić.

Jak mawia jeden z moich znajomych, były pracownik banku: Gra z bankiem to gra zero-jedynkowa. Żeby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać.

Jesteście pewni, że potraficie wygrać z Waszym bankiem?

Obejrzyjcie najpierw pod lupą swoje plany systematycznego oszczędzania.

Dixi

piątek, 2 listopada 2012

Jak działa prawo Kopernika, czyli łap forsę i w nogi!


Mikołaj Kopernik, nasz wielki polski  (według niektórych niemiecki) uczony, ogromnie zasłużył się dla rozwoju astronomii, udowadniając że Słońce nie krąży wokół Ziemi. To mniej więcej wszyscy wiedzą:

"Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię
Polskie wydało go plemię" - wykuliśmy na pamięć już w podstawówce.

Tymczasem Kopernik był także ekonomistą i moralistą (wiadomo, ksiądz!), któremu zawdzięczamy słynne prawo Kopernika, mówiące co prawda o zawartości kruszcu w monetach, ale powoli a systematcznie rozciągające się na coraz więcej sfer życia.

Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy.

Pieniądze były w czasach Kopernika, podobnie jak dzisiaj, regularnie psute przez polityków.
Kruszec potrzebny do ich produkcji zużywano na inne cele, powodując inflację, której koszt ponosili obywatele.

Stopniowo prawo Kopernika zyskiwało na znaczeniu, okazało się bowiem, że z powodzeniem można go użyć do nazwania procesów psucia się również innych dziedzin życia.

Być może nie umiem ocenić czasów nam współczesnych, może brakuje mi koniecznego dystansu, ale chyba wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę, by zauważyć, że psują się nam chociażby: polityka, szkolnictwo, służba zdrowia. Narzekanie na te dziedziny, tradycyjnych chłopców do bicia, to łatwizna. Ostatnio ponarzekaliśmy sobie na telewizję i na jej odbiór społeczny.

Należałoby się zastanowić, komu służy takie powolne i systematyczne psucie wszystkiego?

Dlaczego politycy nie rządzą, tylko się nam podlizują? Czy rzeczywiście demokracja to najlepsza forma rządów? (Churchill mówił, że najgorsza.) I czy w ogóle mamy jeszcze demokrację?

Dlaczego szkoły boją się uczniów i rodziców i nie wypełniają swej roli, zadowalając się przechowywaniem młodzieży i wydawaniem jej świadectwa tego procesu.

Dlaczego obywatel nie może czuć się bezpiecznie w kraju rzekomo wolnym i praworządnym (patrz komentarz pod poprzednim postem).

Kto nam to wszystko funduje?

Gdzie się podziała etyka? Czy wszystko już można kupić?!

Wygląda na to, że tak. Każdy chce coś kupić lub sprzedać. Kupić nie problem, sprzedać trudniej.
 
W ruch idą zatem wszelkie formy usankcjonowanego kłamstwa, jakim jest reklama, a marketing stał się religią naszych czasów.

Marketing to sposób na zasugerowanie ewentualnemu nabywcy jego potrzeb.

Ma być więc łatwo, lekko, przyjemnie i tanio. Producenci zasypują rynek erzatzami, podróbkami wyglądającymi i smakującymi niemal identycznie z naturalnymi czy autentycznymi, wmawiając nam, że dokonujemy właśnie najlepszego wyboru.


Liczy się sprzedaż, obrót i zysk.

Zniknęły zawody zaufania społecznego, dziś nikt się już nie spowiada z grzechu przeciwko ósmemu przykazaniu, kłamstwo jest usankcjonowanym sposobem porozumiewania się między sprzedającym a kupującym.

Człowiek-klient jest pozostawiony sam sobie. Nikt się za nim nie ujmie, nikt nie bawi się w przewodnika, nikt mu nie wskazuje wartości. Wszyscy tylko wciskają mu swój towar

Nie można znać się na wszystkim. Kupujemy więc żywność naszpikowaną chemią, której wpływ na nasze zdrowie nie jest do końca zbadany, kupujemy naszym dzieciom licencjaty i magisterki bez jakiegokolwiek wykształcenia. Kupujemy polecane przez osoby publiczne książki, które wydają renomowani wydawcy, a które są równie szkodliwe, jak przeterminowane medykamenty. I nie chodzi mi tu wcale o ich treść. Bynajmniej. Chodzi o poziom tej literatury, która urąga podstawowym zasadom gramatyki, której jakość, podobnie jak nasza polityka, dostosowana jest do najmniej wymagającego czytelnika.

Może powinno się teraz na książkach gdzieś w widocznym miejscu zaznaczać skalę trudności, żeby ktoś z maturą nie musiał brnąć przez powieść napisaną przez nieznającego się na rzeczy autora (autorkę), którego (której) nikt nie próbował nawet redagować.

Czy ktoś się z tego powodu zawstydzi? Skądże znowu, nikt przecież nie chce umierać za wartości!

Czy wydawnictwa do tego stopnia zaślepione są gonitwą za zyskiem, że etos zawodowy odłożyły na najbardziej zakurzoną półkę?

Liczy się zysk, a żeby generować zysk, ma być lekko, łatwo, przyjemnie i tanio. Wydawca wydał, wydawca musi sprzedać. I sprzedaje, infekując literaturę banałami, fatalną polszczyzną, schematami i wątpliwej jakości morałami.

Bronić się musisz czytelniku, pacjencie, studencie, kliencie - sam.

Ja wiem - żyjemy w czasach relatywizmu moralnego. I jest on nawet czasem wygodny, zwłaszcza, kiedy sami chcemy osiągnąć jakieś trudne cele. Po co leźć naokoło, skoro szybciej skrótem? Już ktoś tędy poszedł, proszę, wydeptali tę ścieżkę przede mną.

Jasne. Skoro ktoś był pierwszy, my nie jesteśmy winni. A w każdym razie o wiele mniej. Kto się dziś przejmuje utratą dziewictwa? Może jedynie jakieś stare baby, które życia nie znają.

Otóż ja nie znam życia! I sprzeciwiam się z całą stanowczością dyktaturze ciemniaka! Tak, nie jestem pierwsza, to z Gombrowicza, bo już tamten czas miał swojego Germana, którego "Iwonki" nikt dziś nie pamięta. Spadła z półki bibliotecznej, choć uwiodła tysiące czytelniczek i wkurzyła setki autorów, aż Makuszyński na melodię "Roty" ułożył kalambur:

Nie będzie German pluł nam w twarz i dzieci nam "iwonił"!
 
 
Drodzy Wydawcy, nie "iwońcie" nam czytelników! Niech Wasze szacowne nazwy nie tytłają się na dolnych półkach bibliotecznych. Szanujcie ludzi, którzy wydają pieniądze na produkt przez Was przygotowany! Jeśli chcecie mądrych rządów, sami mądrze podsuwajcie lektury swoim klientom! Przecież wszyscy jesteśmy wyborcami.
 
Nie sprzedawajcie podróbek literatury, podpierając się nazwiskami celebrytów i łacińskim Pecunia non olet. W ten sposób nie zażegnacie kryzysu czytelnictwa!
 
 
Drodzy Czytelnicy - nie zawsze sentencja De gustibus non est disputandum ma zastosowanie.
Literatura to dyskusja, spór, wyrywanie światu jego tajemnic.
Literatura nie jest po to, by odpocząć po ciężkim dniu, przeżyć przygodę bądź romans.
Literatura jest po to, byście zdarli z oczu łuski, byście dotarli do sedna, byście zmęczyli się myśląc.
Tylko takie książki warte są czytania.
Jeśli powieść potwierdza Wasze poglądy, schlebia Wam i podaje wiedzę o świecie niczym nieskazitelny w swej urodzie kwiat, to może taka książka niewarta jest czytania?
Jeśli na dodatek Was ona nie rozwija - to może szkoda na nią czasu?
 
Nie kupujcie podróbek!
 
Zastanówcie się, czy dostając coś tanio nie zostajemy przypadkiem oszukani? 

Czy w pogoni za wygodą nie tracimy czegoś najistotniejszego?

Czy świat musi zmierzać ku tandecie?

Może musi.

Ale gdyby tak Kopernik się pomylił?


Dixi.

poniedziałek, 1 października 2012

Z kogo się śmiejecie?

"Telewizja jest zła" - powiedział Grzegorz Miecugow i wszyscy się zdziwili.
Niby czemu? Przecież nikt za mojej pamięci nie powiedział nigdy, że telewizja jest dobra.
Chyba że mówił o HBO.

Telewizja jest zatem zła. Poza nielicznymi i wyjątkowymi kanałami tematycznymi.
Co do tego zgoda.
Pytanie - czyja to wina?
W potocznym mniemaniu za zły towar odpowiada jego producent. Obwiniamy szewca, że zelówka się odkleiła i idziemy reklamować buty.

Dlaczego nikt nie reklamuje straty czasu, na jaki narażają go telewizje, każąc mu oglądać rozmaite Bitwy na głosy, Must be the music, X-factory i Tańce z gwiazdami?  

Oczywiście - mamy przecież pilota. Kto broni nam z niego skorzystać?

Ale butow też nie musimy kupować, ani suszarki Made in China, która wybuchła nam w ręku.

Zatem telewizja jest odpowiedzialna za to, co emituje.
Tyle, że nie ma kogo obarczyć tą odpowedzialnością, bo to byt zbiorowy, nie bardzo wiadomo, gdzie zapadają decyzje i kto nas na wtórne ogłupienie naraża.
Nikt przecież nie powie podczas kolegium redakcyjnego: Róbmy złą telewizję.

Nie, tu działa marketing. Telewizje dobrze wiedzą, czego Ty, widzu, potrzebujesz, bo wiedzą, jakie elementy oferty zaszczycasz stratą swego czasu, a jakich nie.
Telewizje wiedzą, że jesteś za rozrywką banalną, ogłupiającą i durną, z której nic nie wynika, że uwielbiasz, żeby było kolorowo, dużo się działo, żeby można było komuś utrzeć nos i siedząc w fotelu mieć poczucie panowania nad światem.

W tym sensie Ty rządzisz.

I dlatego to Ty, nikt inny, jesteś winien tego, że prawie nie ma dziś programów, dla których warto włączać telewizor.

Jeśli nie obchodzi Cię jarmarczna rozrywka, głosuj swą nieobecnością. Nie trać czasu przed ekranem, bądź świadomym wyborcą.

Telewizji nie da się już naprawić, podobnie, jak nie da się naprawić demokracji. Obie służą niskim gustom i tłumom, które upajają się kłamstwami.

To my je zepsuliśmy.
Może czas się zbuntować?

wtorek, 25 września 2012

Komu rząd dusz?

Wkurza mnie bredzenie PIS o lemingach i dokładnie tak samo wyprowadza mnie z równowagi chrzanienie inteligentów o klasie średniej. Uogólnienia, które przy tym słyszę, są albo uwłaczające mojemu rozumowi, albo wystawiające mnie poza nawias społeczeństwa, na które łożę moje podatki.

"Bo klasa średnia nie myśli, lecz śni, a sny czerpie z poradników i magazynów".

Nie uważam się za osobę bezmyślną i tak, owszem, należę do klasy średniej. Należę do niej od dawna, nim jeszcze powstał tu ten ustrój, co to niby wszystkim zrobił wodę z mózgu, bo nagle zamarzyliśmy o sielance.

Wcześniej też marzyliśmy o sielance i na swój sposób ją realizowaliśmy w naszych własnych czy należących do naszych rodziców M4, jeżdżąc w syrenkach albo małych fiatach nad morze, kupując meblościanki i działki pod miastem.

Co się tak niby bardzo zmieniło poza dekoracją?

Uważam, że śmieszne w swym tragizmie jest to, przed czym w ferworze swej propagandy przestrzegali nas komuniści, a co w całej rozciągłości spełniło się w tym najlepszym z ustrojów.
Demokracja okazała się do luftu, proszę społeczeństwa. Lud nie ma zawsze racji, a pijaczek spod budki z piwem nie powinien mieć głosu równego profesorowi uniwersytetu, bo debilem jest i basta, a debil powinien trzymać mordę na kłódkę.

Niewidzialna ręka rynku jest ręką złodziejską, bo za pieniądze można dziś mieć wszystko, nawet decyzje rządu i parlamentu. I żaden bankier nie odpowiada za swą chciwość, to my, podatnicy robimy ściepę na jego okradzionych klientów, bo panom jest równy, a rząd mu może wskoczyć wiecie, gdzie.
Bezrobocie, przed którym tak żarliwie ostrzegał nas Dziennik Telewizyjny okazało się boleśnie realne.

Więc oni mieli rację?!

I oto biedni pseudointelektualiści z prasy szukają winnego i znajdują go gdzie - niespodzianka - w największej grupie społecznej. Teraz zamiast strasznymi mieszczanami nazywa się nas klasą średnią, wyrzuca nieoczytanie (kiedyś to każdy robol czytywał Lenina do poduszki), brak myślenia prospołecznego (kiedyś mieliśmy "Solidarność", teraz co?) i jakiegokolwiek w ogóle poza jednym - co będzie na obiad?

Zastanawiające, skąd się biorą te śmieszne w gruncie rzeczy oskarżenia? Nie widzę, by felietoniści i recenzenci chcieli swą działalność przekuć na bardziej zaangażowaną politycznie. Czemu, panowie, nie skrzykniecie Partii Intelektualistów Obrażonych Na Klasę Średnią? Może wreszcie dokonalibyście reformy szkolnictwa, służby zdrowia, może doprowadzilibyście do porządku drogi i kolej, pobudzili wzrost gospodarczy i przyrost naturalny? Może biblioteki i księgarnie byłyby za waszych rządów forami, gdzie kwitnie myśl państwowotwórcza, może zamknęlibyście wszystkie portale plotkarskie, gdzie czyni się krzywdę biednym celebrytom?

Może człowiek nareszcie zostałby naprawiony, a jego wykoślawienie i urągające człowieczeństwu wypaczenia moralne - zniesione?

Śmiało, wesprzemy was my, tępi ludzie z łóżek polowych, małych sklepików i firm, którzy nie czytamy, nie bywamy w kinie ani w teatrze. Żal nam będzie Pudelka, ale za waszym przewodem zbudujemy piątą, czy którąś tam Polskę.

Dajcie nam myśl! Rzućcie słowo, które nas pociągnie. Stwórzcie program!

Nie wystarczy podcierać sobie tyłka anonimowym tłumem i kiwać z politowaniem głowami.
Jeśli brakuje wam idei, to ją stwórzcie, choćby dla swojego podwórka.

Jeśli będzie wiarygodna, pójdziemy za wami. Będziemy czytać książki, dyskutować o metafizyce i budować lepszy świat.

Pomożemy!

Rzekłam.

sobota, 4 sierpnia 2012

Umoczyłaś w Amber Gold?

- Umoczyłaś w Amber Gold? - zapytał mnie znad gazety mój dobry mąż.

Czym jest zbrodnia obrabowania banku wobec zbrodni założenia banku? - myślę, czytając  codziennie pojawiajace się historie o instytucjach finansowych zbyt dużych, by upaść i ich prezesach, dbających przede wszystkim o własną kieszeń.

Gdzie się podział honor tych ludzi, ich szacunek dla własnego imienia i prowadzonej przez nich instytucji?

Wiemy, gdzie. Od kiedy za prawidłowość przeprowadzanych operacji nie odpowiadają własnym majątkiem i są tylko maszynkami do wynajęcia, ich horyzont i moralność drastycznie się skurczyły.  Liczy się tylko własny, krótkoterminowy zysk, zysk kwartału, może roku, zysk nielicznej grupy dużych klientów, dla których tworzą ryzykowne instrumenty, chcąc zaspokoić ich wygórowane oczekiwania.

Gołym okiem widać, że pieniędzy jest za dużo, a bankowcy tylko udają ciężką pracę. W razie potrzeby niemal zawsze mogą liczyć na zasypanie dziury po jakiejś ryzykownej operacji przez państwo, działające w trosce o swych obywateli.

Co za przyjemny biznes swoją drogą! Niemal nieobciążony żadnym ryzykiem. No, chyba że jakiś zdesperowany klient przyjdzie z bronią i wystrzela tych, którzy przez swą niefrasobliwość puścili go z torbami.

Bo to się zawsze może zdarzyć. Wielki bank z tradycjami może upaść z powodu zbyt ryzykownych operacji, a jego klienci muszą liczyć na gwarancje państwa, jeśli bank takowe posiada.

Co się dzieje dziś z niefrasobliwymi klientami Amber Gold czy Finnroyal, które żadnych gwarancji poza wielkoformatowymi reklamami nie dawały, nie chcę nawet myśleć...

Tylko, czy ktoś kazał oddawać oszczędności tym właśnie instytucjom?

Nikt.

No właśnie.

Zauważmy przy okazji, że, jak się wydaje, wierzycieli banków jest ilościowo mniej niż ich klientów. Klient nie dostaje przecież pieniędzy "od banku", dostaje je za pośrednictwem banku od kogoś, kto tu swoje oszczędności ulokował.

Bank jest więc tylko pośrednikiem i jak każdy pośrednik stoi na bardzo wygodnej pozycji.
Podczas boomu na rynku nieruchomości lekką ręką rozdawał kredyty, a teraz, kiedy wartość tych nieruchomości spadła, przystawia się do głowy klientów pistolet, żądając spłaty części zadłużenia lub wyłudzając wykupienie drogiej polisy ubezpieczeniowej, która dodatkowo powiększa koszt obsługi kredytu tych klientów, co je JESZCZE spłacają.

Wiadomo, że długoterminowo wartość nieruchomości rośnie. Wiadomo, że kredyty, które miały sfinansować owe nieruchomości brane są na długie i bardzo długie terminy. Dlaczego więc bankowcy nie zachowają zimnej krwi i nie poczekają na czas, być może bliski, kiedy nieruchomości wyjdą z dołka? Dlaczego wpadają w panikę i nie wyrywając klientom dodatkowej kasy, nie pozwolą im w spokoju wywiązywać się z podjętych wcześniej zobowiązań?

A dlaczego nie skorzystać na dekoniunkturze i nie wyciągnąć trochę więcej? Pieniądze tak pozyskane zasilą fundusze banku lub powiązanych z nim instytucji ubezpieczeniowej i będą ładną pozycją w bilansie. Wszyscy czytaliśmy, jak można manipulować liborami i innymi wskaźnikami, przecież i tak nikt się na tym nie znam, bo to takie skomplikowane...

Tak, wobec kredytobiorców, banki stoją na stanowisku: liczy się dziś.

Tymczasem wobec depozytariuszy zachowują się jak wróżka po odbytym właśnie trzydniowym przeszkoleniu. Patrzą w szklaną kulę i widzą jedynie świetlaną przyszłość.

Zawsze mnie ta dwulicowość ludzi pracujących w bankach zastanawiała. Ich wykresy przyszłych zysków pną się w górę niczym liana zasilona skoncentrowanym guanem, aż dziw, że rok 2008 się nam w ogóle zdarzył i tylu klientów straciło wirtualne, a czasem całkiem rzeczywiste pieniądze.

Czy któryś z bankowców popelnił wtedy ze wstydu samobójstwo? Czy choćby przeprosił?

Fundusze miały rosnąć, większość rosnąć przestała, ludzie wycofali środki ze stratą, bo zarządzający zawiedli. I, jako żywo, przypomina mi się żart o adwokacie, który kiedy wygrywał sprawę to sam, a kiedy przegrywał, to przegrywał ją jego klient.

Łatwo się dzielić chwałą wygranej, klęska jest sierotą.

Byłoby pięknie, choć to całkowicie nierealne, by bankowcy przestali zajmować się wróżeniem, a twardo stali na straży pieniędzy swych klientów, nie tylko schlebiając ich chciwości.
By przewidywali, a nie "mieli nadzieję", że krzywa wzrostów będzie stale rosnąć.
By cynicznie nie sprzedawali  naiwniakom rozmaitych instrumentów pochodnych, które są jedynie gównem opakowanym w kolorową bibułkę.

A jeśli uważają, że nadszedł czas wzrostów, niechże będą konsekwentni i wierzą w świetlaną przyszłość nie tylko zarządzanych przez siebie funduszy, ale i dochodów klientów, którzy jako kredytobiorcy bankowi i posiadaczom ulokowanych tam depozytów przynoszą zyki!

I żeby było jasne: nikt mi propozycji spłacania kredytu przed terminem nie złożył, choć mam takowy i to we frankach. Być może ta chwila jeszcze przede mną? Cóż zobaczymy...

Czekam spokojnie, w Amber Gold nie umoczyłam.

Dixi.

wtorek, 12 czerwca 2012

Porozmawiajmy o pracy

Czy praca jest pojęciem socjologicznym, czy moralnym?

Jest praca (jak twierdzą przedsiębiorcy), czy też jej nie ma (jak twierdzą bezrobotni). Pensje mamy adekwatne do naszych umiejętności i możliwości, czy też absurdalnie niskie?
Szanujemy pracę czy jest ona dla nas nieustającą katorgą? A jeśli tak, czyja to wina? Państwa? Pracodawców? Rodziców? Nas samych?

Czy praca jest dobrem, o które trzeba walczyć, czy należnym prawem każdego? Co zmieniła w podejściu do pracy miniona epoka? Co należałoby jak najszybciej naprawić?

Kiedy powinniśmy zacząć myśleć o przyszłej pracy? Po studiach, w ich trakcie, przed?
Kto powinien z nami współplanować ścieżkę kariery?
Czy szkolnictwo pomaga w zorientowaniu się w możliwościach zatrudnienia, czy też wybitnie przeszkadza?
Kiedy powinniśmy zakończyć naszą aktywność zawodową? Czy powinniśmy sami wybierać ten moment, czy też powinno za nas decydować państwo?

Mając pełną świadomość, że każdy przypadek jest inny, zachęcam Was do dyskusji.

Pomysłem na ten post zainspirowali mnie dwaj rozmawiający ze sobą przedsiębiorcy, którzy mówili do siebie: "Bezrobocie? Jakie bezrobocie? Nie ma żadnego bezrobocia". Tymczasem w radio usłyszałam dziś, że bezrobocie (to oficjalne) wynosi już ponad 13%.

Gdzie szukać prawdy?

Poniżej zadziwiające socjologiczne porównanie ludu francuskiego i polskiego z połowy XIX wieku:


„Przedmiotem rozmów tych ichmościów był zwykle tryb życia codziennego w pałacu, za pałacem i w podróżach. Pilniem słuchał, co mówili; Alem nigdy ich nie złowił na uczynku obmowy, nigdy cieniu satyry nie rzucili na tych, czyj chleb spożywali; zawsze cześć, uwielbienie nawet, czasem przesada w pochwałach. Cnota ta jest niczym innym, jak punktem honoru powołania, pochodząca z wysokiego ocenienia wartości grosza i zmysłu loiki, którą niższe warstwy społeczeństwa są obdarzone w wielkich średnicach zarobku. Świadomy krwawych kolei, przez które winien przejść proletariusz, nim złowi jaki taki kęs chleba powszedniego, najemnik francuski wypełnia obowiązki nań włożone sumiennie, gorliwie, punktualnie i lęka się ubliżyć sobie, ubliżając tym, którzy mu byt ustalili. Nie tak się rzeczy u nas mają. Ludowi naszemu loiki i kombinacji umysłowych w własnym interesie zupełnie brak. Ociężały w pracy, wykonywa wszystko z musu, opieszale, dlatego też nigdy nie ma dokładności w zadanej mu robocie – wszystko jedno, jako tako, aby zbyć. Grosza zarobionego nie ceni, za to wartość swą wewnętrzną wysoko ceni, a stąd wypływa, że się sądzi być nisko otaksowany, to jest ciągle pokrzywdzony przez pana; szacunku więc i wdzięczności dla niego nie ma; bez skrupułu też wyśmiewa, obmawia, czerni, podsłuchuje pode drzwiami, czym prędzej wynosi z domu, co tam zwędził, i puszcza w obieg. Nie ma u nas klasy, która by się tak sponiewierała, jak klasa służebna”.
Karol Frankowski, Moje wędrówki po obczyźnie Paryż, cz. 1, s.136-137, wyd. PIW, 1973