sobota, 4 sierpnia 2012

Umoczyłaś w Amber Gold?

- Umoczyłaś w Amber Gold? - zapytał mnie znad gazety mój dobry mąż.

Czym jest zbrodnia obrabowania banku wobec zbrodni założenia banku? - myślę, czytając  codziennie pojawiajace się historie o instytucjach finansowych zbyt dużych, by upaść i ich prezesach, dbających przede wszystkim o własną kieszeń.

Gdzie się podział honor tych ludzi, ich szacunek dla własnego imienia i prowadzonej przez nich instytucji?

Wiemy, gdzie. Od kiedy za prawidłowość przeprowadzanych operacji nie odpowiadają własnym majątkiem i są tylko maszynkami do wynajęcia, ich horyzont i moralność drastycznie się skurczyły.  Liczy się tylko własny, krótkoterminowy zysk, zysk kwartału, może roku, zysk nielicznej grupy dużych klientów, dla których tworzą ryzykowne instrumenty, chcąc zaspokoić ich wygórowane oczekiwania.

Gołym okiem widać, że pieniędzy jest za dużo, a bankowcy tylko udają ciężką pracę. W razie potrzeby niemal zawsze mogą liczyć na zasypanie dziury po jakiejś ryzykownej operacji przez państwo, działające w trosce o swych obywateli.

Co za przyjemny biznes swoją drogą! Niemal nieobciążony żadnym ryzykiem. No, chyba że jakiś zdesperowany klient przyjdzie z bronią i wystrzela tych, którzy przez swą niefrasobliwość puścili go z torbami.

Bo to się zawsze może zdarzyć. Wielki bank z tradycjami może upaść z powodu zbyt ryzykownych operacji, a jego klienci muszą liczyć na gwarancje państwa, jeśli bank takowe posiada.

Co się dzieje dziś z niefrasobliwymi klientami Amber Gold czy Finnroyal, które żadnych gwarancji poza wielkoformatowymi reklamami nie dawały, nie chcę nawet myśleć...

Tylko, czy ktoś kazał oddawać oszczędności tym właśnie instytucjom?

Nikt.

No właśnie.

Zauważmy przy okazji, że, jak się wydaje, wierzycieli banków jest ilościowo mniej niż ich klientów. Klient nie dostaje przecież pieniędzy "od banku", dostaje je za pośrednictwem banku od kogoś, kto tu swoje oszczędności ulokował.

Bank jest więc tylko pośrednikiem i jak każdy pośrednik stoi na bardzo wygodnej pozycji.
Podczas boomu na rynku nieruchomości lekką ręką rozdawał kredyty, a teraz, kiedy wartość tych nieruchomości spadła, przystawia się do głowy klientów pistolet, żądając spłaty części zadłużenia lub wyłudzając wykupienie drogiej polisy ubezpieczeniowej, która dodatkowo powiększa koszt obsługi kredytu tych klientów, co je JESZCZE spłacają.

Wiadomo, że długoterminowo wartość nieruchomości rośnie. Wiadomo, że kredyty, które miały sfinansować owe nieruchomości brane są na długie i bardzo długie terminy. Dlaczego więc bankowcy nie zachowają zimnej krwi i nie poczekają na czas, być może bliski, kiedy nieruchomości wyjdą z dołka? Dlaczego wpadają w panikę i nie wyrywając klientom dodatkowej kasy, nie pozwolą im w spokoju wywiązywać się z podjętych wcześniej zobowiązań?

A dlaczego nie skorzystać na dekoniunkturze i nie wyciągnąć trochę więcej? Pieniądze tak pozyskane zasilą fundusze banku lub powiązanych z nim instytucji ubezpieczeniowej i będą ładną pozycją w bilansie. Wszyscy czytaliśmy, jak można manipulować liborami i innymi wskaźnikami, przecież i tak nikt się na tym nie znam, bo to takie skomplikowane...

Tak, wobec kredytobiorców, banki stoją na stanowisku: liczy się dziś.

Tymczasem wobec depozytariuszy zachowują się jak wróżka po odbytym właśnie trzydniowym przeszkoleniu. Patrzą w szklaną kulę i widzą jedynie świetlaną przyszłość.

Zawsze mnie ta dwulicowość ludzi pracujących w bankach zastanawiała. Ich wykresy przyszłych zysków pną się w górę niczym liana zasilona skoncentrowanym guanem, aż dziw, że rok 2008 się nam w ogóle zdarzył i tylu klientów straciło wirtualne, a czasem całkiem rzeczywiste pieniądze.

Czy któryś z bankowców popelnił wtedy ze wstydu samobójstwo? Czy choćby przeprosił?

Fundusze miały rosnąć, większość rosnąć przestała, ludzie wycofali środki ze stratą, bo zarządzający zawiedli. I, jako żywo, przypomina mi się żart o adwokacie, który kiedy wygrywał sprawę to sam, a kiedy przegrywał, to przegrywał ją jego klient.

Łatwo się dzielić chwałą wygranej, klęska jest sierotą.

Byłoby pięknie, choć to całkowicie nierealne, by bankowcy przestali zajmować się wróżeniem, a twardo stali na straży pieniędzy swych klientów, nie tylko schlebiając ich chciwości.
By przewidywali, a nie "mieli nadzieję", że krzywa wzrostów będzie stale rosnąć.
By cynicznie nie sprzedawali  naiwniakom rozmaitych instrumentów pochodnych, które są jedynie gównem opakowanym w kolorową bibułkę.

A jeśli uważają, że nadszedł czas wzrostów, niechże będą konsekwentni i wierzą w świetlaną przyszłość nie tylko zarządzanych przez siebie funduszy, ale i dochodów klientów, którzy jako kredytobiorcy bankowi i posiadaczom ulokowanych tam depozytów przynoszą zyki!

I żeby było jasne: nikt mi propozycji spłacania kredytu przed terminem nie złożył, choć mam takowy i to we frankach. Być może ta chwila jeszcze przede mną? Cóż zobaczymy...

Czekam spokojnie, w Amber Gold nie umoczyłam.

Dixi.

wtorek, 12 czerwca 2012

Porozmawiajmy o pracy

Czy praca jest pojęciem socjologicznym, czy moralnym?

Jest praca (jak twierdzą przedsiębiorcy), czy też jej nie ma (jak twierdzą bezrobotni). Pensje mamy adekwatne do naszych umiejętności i możliwości, czy też absurdalnie niskie?
Szanujemy pracę czy jest ona dla nas nieustającą katorgą? A jeśli tak, czyja to wina? Państwa? Pracodawców? Rodziców? Nas samych?

Czy praca jest dobrem, o które trzeba walczyć, czy należnym prawem każdego? Co zmieniła w podejściu do pracy miniona epoka? Co należałoby jak najszybciej naprawić?

Kiedy powinniśmy zacząć myśleć o przyszłej pracy? Po studiach, w ich trakcie, przed?
Kto powinien z nami współplanować ścieżkę kariery?
Czy szkolnictwo pomaga w zorientowaniu się w możliwościach zatrudnienia, czy też wybitnie przeszkadza?
Kiedy powinniśmy zakończyć naszą aktywność zawodową? Czy powinniśmy sami wybierać ten moment, czy też powinno za nas decydować państwo?

Mając pełną świadomość, że każdy przypadek jest inny, zachęcam Was do dyskusji.

Pomysłem na ten post zainspirowali mnie dwaj rozmawiający ze sobą przedsiębiorcy, którzy mówili do siebie: "Bezrobocie? Jakie bezrobocie? Nie ma żadnego bezrobocia". Tymczasem w radio usłyszałam dziś, że bezrobocie (to oficjalne) wynosi już ponad 13%.

Gdzie szukać prawdy?

Poniżej zadziwiające socjologiczne porównanie ludu francuskiego i polskiego z połowy XIX wieku:


„Przedmiotem rozmów tych ichmościów był zwykle tryb życia codziennego w pałacu, za pałacem i w podróżach. Pilniem słuchał, co mówili; Alem nigdy ich nie złowił na uczynku obmowy, nigdy cieniu satyry nie rzucili na tych, czyj chleb spożywali; zawsze cześć, uwielbienie nawet, czasem przesada w pochwałach. Cnota ta jest niczym innym, jak punktem honoru powołania, pochodząca z wysokiego ocenienia wartości grosza i zmysłu loiki, którą niższe warstwy społeczeństwa są obdarzone w wielkich średnicach zarobku. Świadomy krwawych kolei, przez które winien przejść proletariusz, nim złowi jaki taki kęs chleba powszedniego, najemnik francuski wypełnia obowiązki nań włożone sumiennie, gorliwie, punktualnie i lęka się ubliżyć sobie, ubliżając tym, którzy mu byt ustalili. Nie tak się rzeczy u nas mają. Ludowi naszemu loiki i kombinacji umysłowych w własnym interesie zupełnie brak. Ociężały w pracy, wykonywa wszystko z musu, opieszale, dlatego też nigdy nie ma dokładności w zadanej mu robocie – wszystko jedno, jako tako, aby zbyć. Grosza zarobionego nie ceni, za to wartość swą wewnętrzną wysoko ceni, a stąd wypływa, że się sądzi być nisko otaksowany, to jest ciągle pokrzywdzony przez pana; szacunku więc i wdzięczności dla niego nie ma; bez skrupułu też wyśmiewa, obmawia, czerni, podsłuchuje pode drzwiami, czym prędzej wynosi z domu, co tam zwędził, i puszcza w obieg. Nie ma u nas klasy, która by się tak sponiewierała, jak klasa służebna”.
Karol Frankowski, Moje wędrówki po obczyźnie Paryż, cz. 1, s.136-137, wyd. PIW, 1973

niedziela, 8 kwietnia 2012

Ideologia jako produkt

Se non è vero è ben trovato - myślę w tę Wielkanoc.

Ludzie od zawsze potrzebowali Boga, pod każdą szerokością geograficzną istniała w człowieku głęboka potrzeba mistycyzmu, potrzeba uwierzenia, że jest czymś więcej niż tylko bytem fizycznym, zawieszonym w określonym czasie. Krotkim i ulotnym, niczym życie jętki.

Marzył, patrząc w gwiazdy, że tam gdzieś jest jego miejsce. Czynił rozmaite magiczne rytuały, by zbiżyć się do Boga. Bo tak nazywał istotę najwyższą. Bóg miał tę zaletę, że dawał też nadzieję, której często w realnym życiu brakuje, dawał szansę wyrównania rachunków z kastowym społeczeństwem, w którym zawsze i na każdym kontynencie są silniejsi i słabsi.
Tak powstały religie.

To człowiek potrzebował Boga, nie Bóg człowieka.

Bóg, jako istota doskonała obyłby się bez nas, swoich poddanych. Ta feudalna retoryka zawsze mnie drażniła w naszym kościele. Nie wyniósł on bowiem żadnej nauki z podnoszącego się poziomu umysłowego społeczeństw. Wysłuchując mszy, mam niemal zawsze wrażenie, że wciąż tkwimy w średniowieczu.

Oczywiście chcąc utrzymać władzę, kościół musi stawiać się na czele społeczeństwa, lekceważyć, na ile to możliwe, władzę świecką, jest wszak szafarzem wartości idealnych, dla których nie ma doczesnej miary. Problem w tym, że zdążyliśmy już nieco okrzepnąć w znajomości liter, ksiąg nie trzyma się w klasztorach, mamy środki masowej komunikacji i do świadomości ogółu dociera coraz więcej informacji o polityce kościoła, która ma na celu sprawowanie raczej politycznego niż duchowego przywództa.

"Moje królestwo nie jest z tego świata" - mówil Jezus.
Tej nauki współczesny kościół nie stara się kontytuować w najmniejszym stopniu. Zażarcie walcząc o dobra zabrane niegdyś przez komunistyczną władzę.
Księżą nie płacą podatków, a korzystają przecież z wszystkich urządzeń komunalnych, które za nasze podatki powstają. Czy nie powinni świecić we wszystkim przykładem?
Możliwość odpisu podatkowego na kościół może być szansą dla tej instytucji oraz wiernych, aby sprawy finansowe stały się jawne.

Nie staną się, to pewne.
Szermując średniowieczną retoryką, kościoł walczy o pieniądze i wpływy.
A tymczasem w takiej Australii katolickie wspólnoty parafialne zbierają datki i nimi zarządzają, dbając o utrzymanie budynku, one też wypłacają pensje zatrudnianym przez siebie księżom, im samym tylko pozostawiając dbanie o sprawy duchowe wiernych.
Takiej przejrzystości się u nas nigdy nie doczekamy.

Nie doczekamy się też przejrzystości w kwestiach równie poważnego kalibru, to jest afer seksualnych duchownych. Brudy mnie nie interesują, dziwi natomiast uporczywe tuszowanie sprawy przez władze kościelne.

I dochodzimy do sedna. Swoich członków hierarchia kościelna traktuje na zgoła innych, nie demokratycznych prawach.
Ale czy mogłaby inaczej?
Czy jest możliwa przejrzystość?
Czy księża, stając się ludźmi, nie utraciliby części swego charyzmatu, który teraz obejmuje ich wszystkich?

Tak się sprzedaje bowiem ideologię - należy mieć absolutny monopol na prawdę i nie pozwalać sobie na żadne wątpliwości. Twardą ręką trzymać maluczkich, murem stać za swymi.

Co ciekawe, podobne zasady dotyczą ortodoksyjnych żydów. Coraz więcej zwolenników ma chasydyzm, sprzedający prostą wiarę i wiedzę o świecie opartą na dogmatach, dający oparcie w społeczności i przepis na życie bez zastanawiania się, kombinowania i kluczenia, zdawałoby się przeczący podstawowej potrzebie człowieka myślącego, czyli POSZUKIWANIU prawdy.

Życie, okazuje się, przerasta nasze możliwości pojmowania. Nie potrafiąc sobie z nim poradzić, szukamy protez. Kupujemy poradniki, chodzimy do psychologa, czepiamy się religii, nawet jeśli nie daje nam ona odpowiedzi na wszystkie pytania.
O ile mamy pytania.

Bo sądzę, że pytań nie lubimy i nie chcemy ich sobie zadawać.
Czy świat bez religii jest lepszy?
Czy pozbawieni straszaka w postaci kary za doczesność i nadziei na lepszą przyszłość ludzie byliby bardziej ludzcy?
Czy religia jest tylko opium dla ludu?

   Se non è vero è ben trovato - myślę w tę Wielkanoc.

sobota, 3 marca 2012

W Dniu Pisarza

 Dziś podobno obchodzimy Dzień Pisarza. Nie do wiary, że ustanowili go sobie sami pisarze, a konkretnie PEN Club w 1984 (cytuję za portalem Lubimy czytać).

Na co to komu? Nie mam pojęcia.
Że niby z biblioteki po sąsiedzku powinni mi przynieść kwiaty?
Albo czytelnicy powinni zgromadzić się pod bramą i w hołdzie zaścielić podjazd storczykami?
Może Premier powinien spotkać się z pisarzami, bo to najlepszy dzień na jakieś małe orderki?

Wymyślenie sobie święta jest dla mnie dowodem głębokiego poczucia niedocenienia pisarzy, które tkwi w nich samych.

Jeśli już sobie wymyśliliśmy takie święto, to jak je obchodzić?
Nie mam żadnego sensownego pomysłu poza tym, że jeśli takie święto miałoby się jakoś sprawdzić, to tylko w formie spotkań autorów z czytelnikami.
No ale - wyobraźmy sobie - że organizujemy tego dnia tysiące spotkań, każde wydawnictwo, każdy autor szuka przytuliska. Podejrzewam, że nie ma tylu fajnych miejsc spotkań, by starczyło dla wszystkich piszących, jako że imię ich legion. Zaczynają się afery, podchody, wcześniejsze rezerwacje, przekupstwa.
Media podchwytują temat i spisują, ilu czytelników zgromadził który autor, a potem komentują to bez żenady, by stworzyć nowe rankingi, które uwielbiają i które o niczym nie świadczą.

Miałam spotkania liczne i miałam też takie, na które nikt nie przyszedł. Tak byłoby i w tym przypadku, bo nie obiektywna wartość pisarza się liczy.

Co to jest zresztą "obiektywna wartość" w sztuce? Nie ma czegoś takiego, bo każdy czytelnik sam ją sobie tworzy. Coraz mniej słuchamy tak zwanych autorytetów, kultura i pisanie o niej się zdemokratyzowały do tego stopnia, że o książkach piszą niemal wszyscy, nawet uczennice gimnazjum.
Taka jest cena demokracji w internecie. Jeśli chcesz opinii, musisz ją sobie wypracować sam.

Wróćmy do spotkań.
Nasi czytelnicy są rozrzuceni po kraju, a spotkanie na żywo mogłoby się odbyć tylko w jednym konkretnym miejscu. Wygrałby chyba ten, kto zorganizowałby telekonferencję.
Po co jednak robić zawody?
Po co w ogóle tworzyć takie święto? Trochę to jest, jak Walentynki. "Dziś masz powiedzieć swojemu pisarzowi, że go kochasz".

Jeśli do tego wyznania potrzebujesz dnia wymyślonego przez pisarzy, to może szkoda Twojej fatygi?

Traktuj pisarza nie jak boga, tylko jak przyjaciela.
Każdego dnia po trosze. Idź z nim na wycieczkę w nieznane. Zaprzyjaźnij się. Oddajesz mu to, czego kupić nie sposób - oddajesz mu swój czas. On Ci daje to samo. To jak pocałunek lub braterstwo krwi.

Przyjciele nie potrzebują zachęt, by się spotkać, spotykajmy się na co dzień, zwyczajnie, z kubkiem herbaty. Do tego nie potrzeba fanfar.

Rzekłam.

sobota, 18 lutego 2012

Sponsoring, dawniej prostytucja

Na ekrany kin wszedł film pod tytułem jak wyżej (do przecinka). Filmu jeszcze nie widziałam, chcę się tylko na chwilę zatrzymać nad wywiadami reżyserki, która tłumaczyła, że zauważyła nowe zjawisko.

A co to przepraszam, za nowe zjawisko, kiedy panna bierze kasę za seks?

Co tu jest, do cholery, nowego?

Prostytucja istniała, istnieje i chyba tylko koniec świata jest w stanie jej istnienie zakończyć (może już niedługo, jak przepowiadają rozmaici domorośli wróżbici, powołując się na źródła rzekomo zbliżone do Azteków).

Może chodzi o to, że studentki chcą odróżnić to, co robią od zawodowych dziwek, bo przecież nie stoją na rogu i nikogo nie nagabują, odpowiadają tylko na zapotrzebowanie, które wciąż istnieje i istnieć będzie do końca świata, choć pewnie nie dłużej.

Jest to forma samooszustwa i lukrowania dość obrzydliwego procederu oddawania rzeczy najintymniejszej, swej najbardziej prywatnej sfery za pieniądze.

I nieprawdą jest, panie redaktorze Ziemkiewicz, że kiedyś mężczyzna utrzymujący kobietę musiał być stary. Bywali i tacy "sponsorzy", w Paryżu belle epoque byli i młodzi, żądni przygód ludzie, którzy wydawali góry złota na kochanki, które były kimś na kształt obecnych celebrytek.
Usługa, jak  usługa, ktoś mógłby powiedzieć. Lekarz oddaje swój czas pacjentowi, policjant naraża własne życie, biegając za przestępcami, taksówkarz przez cały dzień czuje na plecach oddech pasażera. Ale to wciąż nie to samo.

Gdzie jest ta strefa? Czy ktoś ją może narysował? Czy jest nią nasze ubranie? A tancerki w kabarecie? A lato na plaży? A zdjęcia modelek w Playboyu?

Ponieważ każdy sam określa, dokąd dopuszcza innych ludzi, prostytutka też ma prawo określić, że takiej strefy po prostu w ogóle nie ma. Woli zarabiać pieniądze w ten sposób niż stać na zmywaku w knajpie. To jest jej cena.

Dla niektórych seks to zabawa, przygoda, a jeśli na dodatek mogę mieć za to kasę, to czym się tu martwić?
Nie zamierzam nikogo nawoływać na ścieżkę cnoty, ja po prostu tego nie rozumiem. Dyspoowanie swoim ciałem w celu zarobienia pieniędzy wydaje mi się pożałowania godne, bo wielokrotne włażenie obcych ludzi w najbardziej intymną sferę doznań nie może nie pozostać bez wpływu na psychikę osoby, która wybiera takie życie.

Ktoś tłumaczy, że "lubią to robić". Podobno teraz kobiety mają prawo do dysponowania sobą i swoją seksualnością. Czasy się zmieniają, a ja pozostaję staroświecka.
Nie ma dla mnie takiego ciucha, ani takich butów, ani takiego głodu, który zmusiłby mnie do dysponowania w ten sposób moim ciałem.

Myślę o poczuciu własnej wartości, które więdnie w dziewczynach, jeśli nie mają na tyłku modnych ciuchów. Coraz częściej tak zachowują się też całkiem młodziutkie dziewczyny, gimnazjalistki "zaliczają" chłopaków tylko dlatego, by pochwalić się przed koleżankami, że "wyhaczyły ciacho".

Jeśli intymność w gimnazjum sprowadza się do "wyhaczenia ciacha", to czemu u licha podczas studiów ma się zostać mniszką?

Problem polega na tym, że są rzeczy, które nie powinny mieć ceny, bo jeśli ją mają, to znaczy, że sprowadzamy imponderabilia do poziomu bazaru. I nie mówcie mi, że tu z człowieka wychodzi zwierzę, a seks nie powinien być poddawany rygorom mieszczańskiego świata.
Właśnie widzimy to rozluźnianie się rygorów. Bóg umarł i już nie ma kto nas pilnować. W świecie, gdzie wszystko można, człowiek nie mamy się na czym wesprzeć. Hierarchie i prawa utrudniają życie w takim samym stopniu, w jakim je ułatwiają. Skoro ty możesz kraść, tobie też mogą.

Życzę dziewczynom, które dają się sponsorować, aby nigdy nie zrozumiały, że prostytucja to prostytucja, nawet w różowym szlafroczku i na wycieczce w Egipcie.

Same określiłyście swoją wartość. Ja tam wolałabym zmywać gary.

Rzekłam.

wtorek, 14 lutego 2012

Emerytalne paradoksy - errata do erraty

Dziś usłyszałam w Radio PIN zabawne stwierdzenie. Konieczność przedłużenia wieku emerytalnego motywowano tym, że z uwagi na przedłużającą się oczekiwaną długość życia kobiety, być może okaże się, że będzie ona spędzać 60% życia na emeryturze, co jest nieracjonalne.

Drogi dziennikarzu Radia PIN, który to napisałeś. Czyś Pan (Pani) chodził kiedykolwiek do liceum? Jeśli tak, to chyba nie wykładali tam matematyki, a już na pewno nie było jej na maturze, bo gdyby była, nie faszerowałbyś Pan (Pani) prostego ludu takimi bzdurami.

Zakładając NAWET (uprzejma jestem), że chodziło ci o 60% życia zawodowego, o czym mowy w komunikacie nie było, to, policzmy, ileż takie życie przykładowej szczęśliwej emerytki będzie w 2040 roku trwało? Obliczam, bo zamierzam dożyć tych czasów (oczywiście o ile przewidywany i oczekiwany na rok 2012 najbliższy koniec świata mi tego nie uniemożliwi).

Uprościwszy zakładam, że przykładowy przyszły emeryt idzie do pracy w wieku dwudziestu lat i pracuje do 67 (tak chce Premier), czyli jego staż pracy wynosi 47 lat, z tego 60% to 28,2 lat, zatem ZUS gwarantuje nam dożywanie w roku 2040 nieco ponad 95 lat. Napisałam cyfrą, żeby było lepiej widać. Muszę zaznaczyć, że to wiek statystyczny, którego niewielu dożyje, zatem ci, którzy będą brać kasę i żyć wbrew życzeniu rodziny, Premiera, ZUS, a może nawet i wbrew swoim własnym chęciom, będą się musieli męczyć grubo ponad setkę!

Co nam nie wychodzi, to nie wychodzi, ale w proroctwach zawsze byliśmy nieźli!

W zasadzie wiem, że człowiek jest rzekomo "zaprogramowany" na 120 lat, a jeden Chińczyk, jak się zapomniał i przeszedł na kiełki, to nawet podobno przekroczył dwukrotność tej liczby, co się w moim ciasnym i racjonalnym móżdżku jakoś nie chce zmieścić. Chciałabym BARDZO, aby kobiety po czterdziestu siedmiu latach pracy żyły jeszcze przez kolejne dwadzieścia osiem (i dwa po przecinku).

Choć ja oczywiście życzę sobie i im błogostanu, dobrego zdrowia w otoczeniu rodziny z praprawnukami na kolanach, to wszyscy wiemy, że łatwiej powiedzieć niż wykonać i emerytura to często czas chorób, cierpienia i myślenia o śmierci.

Wobec tego nie wiem, czy pisać na fejsie do Radia PIN, żeby sobie gdzieś wsadzili tę przyszłą oczekiwaną długość życia, czy też może przejść na tai chi oraz kiełki i wyciąć im wszystkim numer, jak się patrzy, zważywszy, że mój ukochany Premier już zamierza powiększyć rolnikom oraz mnie osobiście, jako prowadzącej działalność, składkę na ZUS.

Zastanawiam się tylko, skąd pan Premier weźmie potem kasę na moją oczekiwaną dwudziestoośmioletnią emeryturę z kawałkiem, bo za wzrostem składek powinny kiedyś pójść wyższe emerytury. Chyba, że się mylę.

I jak się chciałam opowiedzieć za podniesieniem wieku emerytalnego, tak mi teraz przeszło.
Chyba szukamy kasy na ten deficyt nie w tej kieszeni, Panie Premierze.

A żyć będę do setki! I martw się Pan teraz.
Rzekłam

sobota, 28 stycznia 2012

Nie mam zdania w sprawie ACTA

Zabawne, ale nie słyszałam, żeby ktoś tak powiedział.

Wszyscy mają jakieś zdanie. Jedni mowią, że trzeba chronić własnośc intelektualną i to mi odpowiada, bo sama zarabiam na takiej ochronie. Tu mój wydawca jest jednak sceptyczny: A co z książkami kupionymi przez biblioteki, co z tymi, które ludzie sobie nawzajem pożyczają?
Mój syn, muzyk, uważa, że przyszedł czas zarabiania jedynie na koncertach i wrzuca skomponowane przez siebie kawałki do Youtube'a, nie licząc na zyski pochodzące ze sprzedaży płyt.

Czy da się ochronić CAŁĄ wartość intelektualną? Czy można i czy celowe jest takie zamierzenie?
Podobno statystyki mówią, że nie, nie widziałam tych statystyk, podobnie, jak nie czytałam ACTA.
Ktoś z Was czytał?

Nie wiem, czy mam iść z kamieniem na Belweder, czy siedzieć tu spokojnie i kończyć powieść, bo czas mija, a termin straszy.

Tymczasem jestem też internautką i chciałabym móc dzielić się z innymi moim zachwytem, kiedy podoba mi się szczególnie jakiś obraz czy zdjęcie.
Nie piraciłam i nie piracę seriali, może ściągnęłam kiedyś jakąś niedostępną na płycie melodię, teraz tego nie robię, bo już niemal wszystko można kupić.

Ale czy trzeba kupować KAŻDE zdjęcie obrazu, które chce się pokazać przyjaciołom?
Jeśli zapadnie decyzja, że tak, to oczywiście przestanę to robić. Ze szkodą dla kogo?

 Jeśli chce się unormować każdą dziedzinę życia, tworząc niezrozumiałe dla ludzi i niemożliwe do przestrzegania akty prawne, to jest to po prostu głupie. Kiedyś wystarczył dekalog, dziś potrzebujemy biblioteki, aby to wszystko upchnąć.

Pytanie, czy zdołamy wszystkich upilnować? Odpowiedź: nie.
Może więc zacząć raczej pracować nad ludzką moralnością?

Rzekłam.