niedziela, 15 września 2013

Cała para w gwizdek, czyli o psuciu wszystkiego

Pochodzący z greckiego przedrostek "para", oznaczający "coś jakby", "niby", "prawie", robi zadziwiającą karierę. Telewizja odkryła bowiem nieoczekiwaną właściwość swej publiczności, znaną już i cytowaną przeze mnie dawno pod nazwą prawa Kopernika, tę mianowicie, że produkt gorszej jakości naturalną koleją rzeczy wypiera produkt lepszy.
Kiedy po raz pierwszy rzuciłam okiem na jakąś nowelę paradokumentalną, nie byłam w stanie uwierzyć, że taki śmieć ktoś w ogóle dopuścił do emisji! Dziś z nie mniejszym zdumieniem czytam w gazecie długi i złożony z podpierania się badaniami i rozlicznych cytatów artykuł o tym, że telewizje produkują tanią tandetę z tej przyczyny, że takie jest zapotrzebowanie społeczne.
"Widz jest mądrzejszy od nas" - coś w tym sensie mówi Nina Terentiew, kobieta wielu niewątpliwych zasług, i owym jednym zdaniem traci u mnie cały swój autorytet.
Otóż widz nie jest i nigdy nie będzie mądrzejszy od nas, czyli ludzi zajmujących się teoretycznie i praktycznie sztuką! Widz, czytelnik, słuchacz, najchętniej wybiera rąbankę, jelenia na rykowisku i paradokument przypominający, jak było na grillu u Stacha, bo tylko z takim rodzajem sztuki ma na co dzień do czynienia.
Większości z nas ani dom, ani szkoła, ani środowisko nie przygotowały do świadomego odbioru sztuki, a kiedy przyszły czasy zarabiania pieniędzy, wszystkie firmy i instytucje ochoczo zrzuciły z pleców jarzmo misji, twierdząc naiwnie, że kierują się zapotrzebowaniem rynku.
Jasne, do biznesu nikt nie chce dokładać, nie należy się jednak przy tej wątpliwej, w niczym nieprzypominającej sztuki, działalności podpierać demokracją, badaniami czy mądrością ogółu, bo ogół mądry nie jest, demokracja tworzyła wielką sztukę jedynie w starożytnych Atenach, a badania dają taki wynik, na jaki jest zapotrzebowanie.
Telewizje więc, wydawcy, emitenci muzyki patrzą wyłącznie na wpływy. Przypominają mi w tym matkę, która daje dziecku bułę albo kukurydzianego chrupka  i cieszy się, wioząc w wózku tłuściutkiego aniołka zajętego żuciem.
Karmienie społeczeństwa produktami zastępczymi, mającymi tyle wspólnego ze sztuką, co odpustowy pierścionek z czerwonym oczkiem ma wspólnego z wyrobem jubilerskim, daje efekty na każdym kroku. Nasze miasta są koszmarne, nasze domy są brzydkie, bo nikt nas nie uczy, co to jest piękno. Piękny jest pieniądz i architekt zaprojektuje ci takiego gargamela, jakiego sobie zażyczysz. Chcesz mieć dworek polski? Pałacyk Królewny Śnieżki? Budę z beznadziejnym frontem, gdzie nie widać myśli przewodniej, a symetria jest pojęciem nieznanym? Voila, ile to roboty?
Nikt nas nie uczy ubierać się tak, byśmy nie stawali się pośmiewiskiem dla innych, to też sztuka. A jeśli nawet czynione są takie wysiłki, choćby w bibliotekach, domach kultury, to przecież rzekomo nie mamy czasu uczestniczyć w tych zajęciach, bo tyle mamy pracy! Przed telewizorem, bo akurat leci jakiś produkt "para". "Para", czyli "pasożytniczy", "podrzędny", "gorszy".
I nie narzekajmy już na to, co nam w tej masówce oferują. Taką mamy sztukę, jakie społeczeństwo. Kiedyś były chociaż warstwy wyższe, niziny miały się na kim wzorować. Kolejarze chadzali do opery, żeby poczuć namiastkę wielkiego świata. Teraz po śmierci Mrożka przeczytałam w internecie, że nie był wielkim pisarzem, bo "mnie się nie podobał".

O tempora! O mores!
Oto do czego prowadzi schlebianie masom! A przecież demokracja zawsze i wszędzie jest fałszowaniem rzeczywistości, tak w Atenach, jak w Polsce szlacheckiej. Teraz również, bo co z tego, że mamy ten sam jeden głos w wyborach? Nasze możliwości i wpływy nigdy nie będą równe. Będą one często uwarunkowane stanem posiadania, ale również kulturą, którą prezentujemy na każdym kroku od słów, jakich używamy, przez to, co i jak jemy, w co się ubieramy, jak spędzamy wolny czas, jakimi otaczamy się przedmiotami, jaki bierzemy udział w życiu społecznym.
Wszyscy chcielibyśmy uważać się za  potomków dawnej szlachty, dlaczego więc tak chętnie zwalniamy się z obowiązków naszego dziedzictwa, leniwiejąc przed telewizorami, nie czytając lub czytając schlebiające niskiemu gustowi powieści, chodząc na marne filmy, godząc się na chaos w przestrzeni, brud naszych miast, niechlujstwo w mowie naszych dzieci?
Bo tak jest łatwiej?

Strach pomyśleć, jakie świadectwo o naszych czasach pozostawią te obrzydliwe budynki, te  paradokumenty dla bezmózgów, ta śmieciowa literatura...

Rzekłam.
         

sobota, 10 sierpnia 2013

Demokracja, czyli kto to za nas zrobi?

Chodzę ulicami mojego osiedla trzy razy dziennie. Na każdy spacer poświęcam średnio pół godziny. Trzymając na smyczy dwa duże psy, daję radę podnieść niemal każdy śmieć, który w przestrzeni publicznej zostawili mieszkańcy i ich goście.

Czasami zastanawiam się, czy dam radę jednoosobowo utrzymać porządek na ulicach kilkutysięcznego osiedla. Przykro mi, że tak niewielu moich sąsiadów czuje odpowiedzialność za naszą wspólną przestrzeń, nawet jeśli znajduje się ona tuż za ich płotem.

A płoty mamy tu solidne! Wysokie! Rzadko kiedy udaje się dostrzec, co też znajduje się po drugiej stronie. Często siatkę wzmacniają jeszcze drewniane sztachety, a mur okalają wysokie iglaki.

Czego się boicie sąsiedzi?

Co macie do ukrycia?

Wasz płot, wasz mur, wasze iglaki mówią mi o was więcej, niż chcielibyście, żebym wiedziała. Zdradzają wasz lęk przed światem, waszą nieufność wobec sąsiadów, waszą niepewność siebie samych.

W ciągu kilku lat, kiedy tu mieszkam NIKT nie odezwał się do mnie pierwszy! Jeżeli kogokolwiek poznałam, zawdzięczam to wyłącznie swojej ciekawości świata i ludzi.

Nie wystarczy zatrzasnąć furtkę, założyć ręce i narzekać na sąsiadów, na władze, na świat. Trzeba zrozumieć, że przestrzeń publiczna należy do nas tak samo, jak nasze zasłonięte przed ludzkimi spojrzeniami ogrody.

Nie zmienimy, a tym bardziej nie naprawimy świata bocząc się nań w swoich czterech kątach, siedząc z założonymi rękoma i fukając w telewizor.

Przez tyle lat reżimu marzyliśmy o wolności. Teraz ją mamy. Jaki robimy z niej użytek?

Jaki kraj zostawimy naszym dzieciom, niezmiennie trwając w postpeerelowskim marazmie?

Zacznijmy od małych rzeczy: od podniesienia papierka, który ktoś niefrasobliwie rzucił na ulicę. Od zagadania do sąsiada, którego nie znamy, od poczucia, że nawet na ulicy jesteśmy u siebie. Od pomyślenia, co zrobić, aby miejsce, w którym żyjemy było dla nas i dla innych bardziej przyjazne.   

Poszukajmy innych ludzi, którzy myślą podobnie. Spotkajmy się i zburzmy mur obojętności, którym się otoczyliśmy.

Mamy wreszcie demokrację, a demokracja to nie wygoda zrzucenia odpowiedzialności na kogoś innego. Demokracja to zadanie.

Jak się z niego wywiążemy?

Rzekłam.

sobota, 13 lipca 2013

Ukrainka z doświadczeniem, czyli gadający mop

Chyba mam trudny charakter albo sprzeczny, jak się kiedyś uroczo mówiło, bo lubię być w kontrze i dziś będę w kontrze trochę niepolitycznej.

W Newsweeku przeczytałam oto artykuł o tym, jacy to niedobrzy są Polacy, jako pracodawcy. I wszystko się we mnie zatrzęsło, chociaż sama wczoraj plułam na pracodawców, którzy nie wstydzą się proponować miesięcznych bezpłatnych "staży" swym przyszłym (czasem niedoszłym) pracownikom.

Byłam właścicielką firmy. Różnie się wiodło, czasem było cienko, ale nie wpadłabym na pomysł, żeby komukolwiek proponować pracę za darmo przez cały miesiąc.

A niby o czym ma przekonywać przyszły pracownik pracodawcę aż przez miesiąc? Ten niecny proceder uprawiają bez wstydu wielkie korporacje, bo trwa kryzys, więc wyciśnijmy jeszcze dodatkowe zyski z ludzi, którzy pozwolą się wyciskać.

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i łatwo mi mówić, że trzasnęłabym drzwiami. Pewnie bym nie trzasnęła, tylko liczyła, że staż się skończy, a ja zdołam oczarować pracodawcę. 

Podobnie z Ukrainkami, gdyby nie musiały, nie przyjeżdżałyby tu sprzątać. Dziennikarka ukraińska Kateryna Panova napisała po swoich miesięcznych doświadczeniach artykuł "Mop, który mówi". Wiele tam było rzeczy przykrych i dostało się Polakom, którzy ją podszczypywali, nie płacili lub płacili mało, byli durniami i przyjmowali źle wykonaną pracę, bo człowiek zmęczony bardzo szybko uczy się, jak oszukiwać.

Czytałam ten tekst ze wzrastającym znużeniem i zniecierpliwieniem, bo wszystkie te niby rewelacje i oskarżenia wobec Polaków już słyszałam, tylko wobec Niemców, a autorką była Justyna Polańska ("Pod niemieckimi łóżkami").

Dlatego nie zamierzam się litować nad autorką i załamywać rąk nad tymi okropnymi Polakami, którzy sprzątające u nich Ukrainki traktują gorzej niż źle, bo znam Ukrainki, które są traktowane dobrze i potrafią się zdobyć na asertywność wobec swoich polskich pracodawców.

I o to tu chyba chodzi. Jeśli człowiek szanuje siebie, inny nie będzie nim pomiatał.

Po miesiącu pracy u Polaków dwudziestosiedmioletnia dziennikarka wróciła do swego kraju. Nie znając prawie języka polskiego oceniła, że Polacy są: przepraszający, schizofreniczni, ich dzieciom wolno wszystko. Najbardziej wkurzyło ją małe słówko "pan".

"A wszyscy Polacy to panowie" - napisała i to jedno zdanie mówi, jak wiele zrozumiała, z tego, co przez ten miesiąc tu zobaczyła. Widać nie wystarczy miesiąc, aby poznać mentalność nawet najbliższego sąsiada. Bo że słowo "pan, pani" jest formułą grzecznościową, tego się nie domyśliła, tkwiąc wciąż w przesądzie, że Polacy wobec Ukraińców muszą się nadal wywyższać, w końcu kiedyś tam byli ich panami...

Zadajmy sobie pytanie, jak zachowywaliby się Ukraińcy, gdyby to Polacy przymuszeni potrzebą, jeździli do nich sprzątać...

W tym samym czasie polscy posłowie nie dopuścili do tego, by rzeź na Wołyniu zakwalifikować jako ludobójstwo.

Rzekłam.


piątek, 12 lipca 2013

Sielsko - anielsko, czyli wakacje dla ubogich

Jesteśmy pierwszym pokoleniem, którego dzieci nie spędzały wakacji na wsi. Nas już było stać na obozy językowe, zagraniczne wyjazdy lub choćby wczasy nad morzem. W ośrodkach FWP odreagowywaliśmy własne ubogie wiejskie wakacje. Nasze babcie cichutko odeszły, zostawiając za sobą wdzieczną pamięć i teraz nagle, gdzieś u progu starości, okazuje się, że przypominamy sobie ów raj dzieciństwa, który na naszych oczach znika lub zniknął całkowicie, zagrabiony przez zgłodniałe przestrzeni miasta.

Wieś, jaką znaliśmy, odchodzi w niepamięć, przegoniona przez wolny rynek, bo już nie opłaci się i podobno nie można nawet prowadzić małej produkcji zwierzęcej, pola, po których ganialiśmy krowy, małe zagony kartofli i zbóż porastają trawa i chaszcze, a nierzadko nowe domy na mikroskopijnych działkach.

Nasze wnuki nie będą znały smalu mleka prosto od krowy, sztywnego od tłuszczu zsiadłego, czarnej porzeczki zrywanej z krzaka czy słodkiego zielonego groszku, wyłuskiwanego z łupiny i zdrapywanego zębami. Nie poznają nazw drzew, nie będą umiały odróżnić ptaków, krzewów, kwiatów, bo gdzie spotkają przepiórkę, gdzie dziewannę? Jesteśmy pokoleniem iglaków.
Nie pieczemy już ziemniaków w ognisku, teraz się grilluje, często na balkonie i w mieście, bo przecież tak prościej i wygodniej.

Natura nam ucieka. Gdzieś jeszcze pozostały ostańce w postaci gospodarstw agroturystycznych, ale czy najmilsi gospodarze potrafią zastąpić wiecznie zagonioną babcię, która mimo obrządku umiała jeszcze tak ciekawie opowiadać o kłączach perzu? Czy zmuszą naszych najmłodszych do pracy, zaganiania krów, zamiatania podwórka, pielenia grządek czy rwania wiśni? Co nasze dzieci robią w wakacje? Odpoczywają w Egipcie. Czy ten Egipt będą wspominać z sentymentem równym temu, z jakim my wspominamy wieś, która własnie odchodzi?

Ubóstwo odkrywa nagle przede mną swoje dobre strony. Chyba przez dobrobyt, który nas zniewolił zatraciliśmy coś, co podyktowane koniecznością, miało urok i sens.
Żaden obóz nie zastąpi prawdziwego kontaktu z naturą, z dziadkami. Żadne rozrywki nie nauczą szacunku dla pracy, którą się samemu wykonywało. 
Nie zabierajmy tego naszym najmłodszym, bo już urosło nam roszczeniowe, niezdolne do podjęcia odpowiedzialności pokolenie hedonistów. Być może zabrakło mu wakacji na wsi...

Dixi.  

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kto został uzdrowiony, czyli średniowiecze trzyma się mocno

6 lipca 2013 na Stadionie Narodowym w Warszawie odbył się zbiorowy seans uzdrawiający dla (cytuję za Gazetą Wyborczą) pięćdziesięciu ośmiu tysięcy fanów tego typu leczenia. 

I jak za każdą niemal imprezę na Narodowym trzeba było za swój udział zapłacić. Ceny biletów (20 ulgowe i 40 PLN normalne) nie odstraszały, wiadomo, jeśli się na coś choruje, taka kwota to żaden wydatek, a oszczędność w przypadku wyleczenia ogromna.

Zastanawiam się, czy przypadkiem tego seansu w uśrednionej kwocie 30 PLN x 58 000=1.740.000 (słownie: jeden milion siedemset czterdzieści tysięcy) nie powinien w ramach profilaktyki zdrowotnej zasponsorować NFZ, albowiem korzyść z kilku - kilkunastu tylko uzdrowień już pozwoliłaby mu wyjść w tym rachunku na plus.
Tak się jednak nie stało, organizatorowi, kurii warszawsko-praskiej, zabrakło może wyobraźni, nie poszukano bowiem sponsorów i każdy płacił z własnej kieszeni.  

Kościół umie liczyć i z pewnością nie ograniczył ceny biletów tej wielogodzinnej imprezy rekolekcyjnej, nazwanej nawet sympatycznie: "Jezus na stadionie", do pokrycia tego, co niezbędne, czyli kosztów podróży do Polski ugandyjskiego księdza-uzdrowiciela o. Johna-Baptisty Bashobry oraz wynajęcia stadionu, ochroniarzy, zapewnienia lekarzy w razie czego. 

Ale nawet jeśli rekolekcje nie miały być dochodowe, to i tak dziwi i trochę przeraża fakt ich zorganizowania, impreza trąci bowiem bardziej jarmarkiem niż rzeczywistym dbaniem o dusze  wiernych. Tak, czepiam się, w końcu nasza religia opiera się na rzeczach trudnych do udowodnienia i przyjmowanych jedynie "na wiarę".

Zresztą ksiądz Bashobra ma podobno na swym koncie liczne uzdrowienia. Ale wszyscy wiemy, że medycyna notuje niezliczone wręcz przypadki samouzdrowień. Mówi się w literaturze fachowej, iż jedynie w 20% wyzdrowień należy przypisać ingerencji medyka. Człowiek wierzący i chcący być zdrowym w sprzyjających okolicznościach zdrowy będzie, a medycyna bywa tu całkowicie bezradna.

Tymczasem Kościół, dbając o wiernych sprowadza z Ugandy księdza, o którym mówi się bardzo precyzyjnie, że oprócz licznych uzdrowień, ma na swoim koncie również dwadzieścia siedem wskrzeszeń! Mój Boże, toż chyba sam Jezus miał ich mniej! Czy wobec tego wierni powinni się teraz modlić do ojca Bashobry?

Ludzie mają wielką potrzebę oddania władzy nad sobą komuś innemu, to prawda stara jak świat i tu zachodzi właśnie ten przypadek. Uzdrowiciel wprowadził publiczność w zbiorowy trans, podobno w niektórych widzach aż zakotłowały się złe moce, trzeba było z boku urządzić stanowisko do egzorcyzmów, by wiernych od tych szalejących w ich wnętrzach diabłów uwolnić.

Czytam to i nie wierzę własnym oczom! Zastanawiam się, dlaczego kuria chce rządzić duszami przy pomocy tak bardzo średniowiecznych praktyk?! Może po prostu wie, że natura ludzka w gruncie rzeczy się nie zmienia, a nasze umysły wręcz łakną cudu?
 
Tylko czy sensowna wiara powinna się zasadzać na wierze cuda?
Czy wprowadzanie tysięcy ludzi w stan histerii jest rzeczywiście ścieżką, którą powinien podążać Kościół? Czy to jedyna droga do przeżycia misterium, zbliżenia do sacrum? 

Zdolny kaznodzieja, ba! zdolny mówca, bez trudu zapanuje nad tłumem. Przedsięwzięcia podobne do opisanego jako "Jezus na stadionie" literatura piękna oraz kroniki kryminalne liczą na tysiące. Wprowadzanie ludzi w trans za pomocą tak zwanej hipnozy jest również stosowane przez tradycyjną medycynę i nikt w takim przypadku nie powołuje się na cuda, już raczej na nieznane moce ludzkiego mózu.

Zastanawiam się, czy współczesnemu wiernemu taka właśnie jarmarczna duchowość jest najbardziej potrzebna? 

Czy ktoś został podczas owego seansu uzdrowiony? Tego nie wiemy i raczej nie dowiemy się nigdy. To kwestia wiary, bo wszak ludzie, którzy tu przyszli równolegle zapewne leczą się w swoich rejonowych przychodniach, komu więc przypisać poprawę?  

Pomyślmy, czy Kościół nie powinien raczej skupić się na nauczaniu i egzekwowaniu moralności, od swoich kapłanów poczynając. To byłby dopiero cud, gdyby każdy ksiądz był godny szacunku, wstrzemięźliwy w używaniu alkoholu, gdyby umiał zapanować nad swoimi potrzebami seksualnymi, jak się do tego zobowiązał, wiążąc swe życie z Kościołem, gdyby umiał rozmawiać i wczuwać się w ich potrzeby rozumiejąc, że świat się zmienia. 

Tak, ludzie wciąż potrzebują autorytetów, potrzebują nauki moralnej i wsparcia, wielka szkoda, że współczesny kościół katolicki tak często mija się z prawdziwymi potrzebami wiernych.

Rzekłam.

środa, 12 czerwca 2013

Empik - pełna kultura

Kiedy dwa lata temu po mieście rozeszła się wiadomość, że firma Empik będzie kupowała wydawnictwa, rynkiem książki trochę zatrzęsło. Ja również uległam tej panice, tak o tym pisząc kilka miesięcy później:


Baliśmy się tego, co mogło nieuchronnie nadejść, jednak chyba niewielu z nas powstałby w głowie scenariusz, którego właśnie doświadczamy.

Chociaż wciąż na sztandarach łopotało hasło PEŁNA KULTURA, księgarnie firmy Empik Media and Fashion zaczęły się zmieniać w sklepy z mydłem i powidłem. Można tam było kupić walizkę, sitko, czy inne plastikowe badziewie, które skutecznie odstręczało dotychczasowych klientów od kontunuowania romansu z tym akurat dystrybutorem książek.

Kiedy czytam na stronie Empiku:
 W misję Empiku wpisane jest propagowanie kultury, dlatego spółka wspiera najbardziej wartościowe wydarzenia i instytucje kulturalne, a także promuje polskich twórców. Dla blisko 25 milionów klientów rocznie Empik jest przewodnikiem po tym, co w kulturze najmodniejsze i najbardziej godne uwagi.
- wstrząsa mną niekontrolowany dreszcz ni to śmiechu, ni to łkania.

Książki? Jakie książki? Sitka, walizki, garnki! Empik to teraz sklepy lifestylowe, gdzie właściwie nie wiadomo, co można kupić. Bo kto pójdzie do księgarni po sitko?!

Empik księgarnią? Czy ktoś się jeszcze da na to nabrać? Przecież od dawna wiadomo, że w Empiku już niemal niczego nie można dostać! Promocja polskich twórców? Wolne żarty, promocja bestsellerów, choćby najgorszego chłamu, jakichś "Zmierzchów", "Greyów" i temu podobnego badziewia, to tak, tu to znajdziecie z pewnością. Znajdziecie tu też to, co wydawca będzie usilnie promował, płacąc ciężkie pieniądze za wyłożenie książki na stoły. Pieniądze tak ciężkie, że czasem wartość opłaty promocyjnej jest wyższa od wartości samych książek! 

Na szczęście mamy internet. Ja sama od dawna zaopatruję się w niewielkiej księgarni interentowej, gdzie ceny są o 30% niższe niż na rynku! Jak oni to robią? Nie wiem, ale widać można.

Szefom Empiku wydawało się, że jeśli skrócą łańcuch pokarmowy, jak to elokwentnie określiła dwa lata temu Beata Stasińska, zarobki firmy wzrosną.

I oto firma Empik doświadczyła na własnej twardej skórze radości bycia wydawcą. Trzy wydawnictwa: WAB, Wilga oraz Buchmann, pracując w pocie czoła na sławę i chwałę Empiku nie spełniły oczekiwań i nie wyprodukowały oczekiwanych bestsellerów.

Jak przykro...

Sitka też nie podniosły sprzedaży, obrót jest co prawda wyższy niemal o trzysta milionów, jednak zysk za 2012 niższy od tego za 2011 o trzynaście milionów.

Swoją drogą zastanawiam się, jak to możliwe, skoro Empik księguje na swój stan niezapłacone faktury wydawców (i pewnie innych dostawców). Ale to kwestie księgowe, ja się zajmuję tu raczej moralnością.

Jednego kolejnym, zmieniającym się zarządom Empiku, nie można odmówić: są bardzo kreatywne! Uznano, że skoro tylko na bestsellerach się zarabia, trzeba samemu wydawać bestsellery. Ale jak, skoro nie wyszło? Mówi się na mieście, że powstała tu lista topowych autorów zagranicznych, którzy mają wydać książki w tym roku i w delikatnych rozmowach poproszono agencje lierackie, aby sprzedaż praw do tych książek ograniczyły do Grupy Foksal. W przypadku odmowy padła sugestia, że te książki mogą nie zostać przyjęte do dystrybucji w sieci salonów Empik.

Proste i odkrywcze, prawda? To się dopiero nazywa skrócenie łańcucha pokarmowego! Nie wiem, jak się zachowają agencje, które są umowami oraz więzami przyjaźni powiązane z różnymi wydawnictwami niekoniecznie należącymi do Grupy Foksal, mam nadzieję, że pokażą Prezesowi Zarządu Empiku Media and Fashion gest Kozakiewicza.

Na to czekamy. 

Zastanawiam się, czy to już kulminacja dramatu? Chociaż można sobie też wyobrazić sytuację, że jeszcze bardziej obcinając łańcuch Empik zwraca się do autorów, żeby nie pisali jakichś tam bzdur, tylko od razu bestsellery, bo jak nie to... Patrz powyżej.

A może Empik teraz weźmie dużo książek do dystrybucji i nigdy za nie nie zapłaci? Doprowadzając wydawców do upadłości może wszak kupić wszystkich za symboliczną złotówkę. Co zrobią wydawcy? Cóż, mogą bardzo niewiele, bo wciąż naiwnie wierzą, że nie istnieje życie poza Empikiem, nie potrafią się dogadać, startują z pozycji słabszego. Zachowują się jak maltretowana żona, która ciągle wierzy, że mąż się kiedyś opamięta. Tymczasem mąż zapewnia i czasem nawet - na krótko - robi się lepszy, spłaca dawne długi, by za chwilę wrócić do status quo ante, czyli mieć wszystkich w nosie. Liczy się zysk, malutka, tylko zysk, bo udziałowcy nam patrzą na ręce. 

Więc po co tworzyć pozory i zapętlać się w kłamstwie? 

Empik - Pełna kultura.

Rzekłam.

     


środa, 10 kwietnia 2013

Ależ jestem głupia, czyli jak mnie oceniono.

Ludzie podobno dzielą się na: anonimów (Pan nie wie, kto ja jestem!), nauczycieli (Ja pana nauczę!) i ekshibicjonistów (Ja panu pokażę!).

Bardzo lubię ten stary dowcip, ale, jak to z żartami bywa, są śmieszne, kiedy nas nie dotyczą.W przeciwnym razie bolą.

Mama mi zaszczepiła takie natręctwo (chyba to jest uleczalne?), żeby nie przechodzić obojętnie koło śmieci. Idąc na spacer z psami, schylam się nie tylko po to, co one zostawiają, ale też po wyrzucone przez meneli czy dzieci: butelki, puste opakowania po papierosach, nakrętki, puszki i torby foliowe. Ich miejsce jest przecież w koszu.

Nie jest to łatwe, bo przecież w jednej ręce trzymam na smyczy dwa duże psy, które na ogół przy sprzątaniu świata nie współpracują.

Często zastanawiam się, czemu na moim osiedlu ustawiono tak mało koszy ulicznych, ale podobno urząd nie widzi problemu. Problemem może byłaby większa ich ilość, bo zapełniają się nadspodziewanie szybko śmieciami domowymi moich sąsiadów.

I oto dochodzimy do sedna.

Kiedy tak sobie wczoraj szłam ulicą, nie mogąc znieść zgniecionej puszki, butelki po piwie, torby foliowej oraz opróżnionej piersiówki, wyłaniających się spod śniegu, zebrałam je wszystkie i z dwoma psami, torbą z tym, co próbowały zostawić na trawniku oraz rzeczonymi przedmiotami, dreptałam w kierunku kosza. Tam się ich wreszcie pozbyłam.

I gdy tylko poczułam ulgę, bo znów mogłam smycz każdego psa trzymać w jednej ręce, usłyszałam jazgot jakiejś pani, która postanowiła mnie pouczyć. Nauczycielka...

- A ładnie to tak? Śmieci z domu pani przynosi?!

Zaczęłam się tłumaczyć bezładnie, chyba jej nie przekonując. No bo kto mógłby być tak głupi, żeby z własnej woli schylić się po cudzy papier, porzucone pudełko po papierosach, czy zgniecioną puszkę? O butelce-piersiówce nie wspomnę.

No, kto?

Ja.

Poczułam się bardzo źle z tą swoją idiotyczną społeczną pasją. Nieznośny ciężar zaległ mi na duszy, bo przecież chciałam być bohaterką, chciałam być chwalona, postawiona na piedestał.
Już wystawiałam pierś do orderu, a tu wiadro zimnej wody?!

Tak studzicie dobrzy ludzie, chcący wychować każdego na swej drodze, czyny może i nie mieszczące się w waszych ciasnych mózgach, ale przecież przez was aprobowane.

Czy moja nauczycielka się zawstydziła? Nie wiem, nie sądzę. Może i bąknęła coś w rodzaju "Przepraszam", byłam zbyt wzburzona, żeby usłyszeć. Początkowo zacisnęłam pięści i zagryzłam zęby, mówiąc sobie w duchu: Już nigdy, żadnego śmiecia nie podniosę, tońcie w nich sobie, niech was zasypią po czubki waszych sosen!

Ale czy to miałby być moja zemsta? Tak oczywista i przewidywalna?

Do następnego kosza doniosłam pół torby śmieci schyliwszy się po wszystko, co tylko ktoś kiedykolwiek tu wyrzucił.

I będę tak czynić nadal, na pohybel wszystkim moralnym misjonarzom.

Tu ... sobie wstawcie jakieś jędrne przekleństwo.

Rzekłam.


Dziś znów z ulic mojego osiedla zebrałam całą reklamówkę śmieci. Teraz już psy są trzy, więc jeszcze trudniej mi zbierać. Ale karne psiska przyzwyczaiły się do komendy "Stój!" i dzielnie warują pozwalając mi dawać upust memu natręctwu.
I tu mój głos wewnętrzny zaskrzeczał, pytając: Gdzie podziali się właściciele tych nieruchomości, obok których walają się owe butelki, puszki, reklamówki i nakrętki? Czy całe dnie siedzą w domach, nie widząc, co się dzieje obok ich posesji? Wyjechali? Pomarli? Cóż to za kłopot wyjść z grabiami i posprzątać te nikłe trawniki, które się ciągną wzdłuż płotów? Zgrabić opadłe liście?

Ludzie, kto ma to za was zrobić?!

Niewidzialna ręka?

Dixi.

Teraz już nieodwołalnie.