piątek, 9 września 2011

Sieć księgarska zjada książkę

Ostatnio, mówiąc o sytuacji na rynku książki, Beata Stasińska, stara-nowa szefowa wydawnictwa WAB kupionego świeżo przez Empik, użyła zwrotu "łańcuch pokarmowy", kierując myśli czytelnika ku ostatniemu jego ogniwu, czyli księgarniom.

Chcąc być w zgodzie z logiką, należałoby chyba dodać jeszcze czytelnika, a więc klienta, do którego ostatecznie trafia produkt w postaci książki, e-booka czy audiobooka.
Jeśli zatem klient jest na końcu i to on "zjada" książkę, któż byłby na początku? Czyżby autor?

Już od dawna uważam, może nieco paradoksalnie, że książki należałoby wydawać bez treści. Wydawcom zmniejszyłoby to niewątpliwie koszty (od kilku do kilkunastu procent wartości hurtowej) a znacznej części społeczeństwa zaoszczędziło wstydu, że nie uczestniczy w kulturze. Ładne tomy można by postawić na półce i jeszcze mieć wolne kartki na przepisy kulinarne lub grę w kółko i krzyżyk.

Również grupa zawodowa, nazywana coraz mniej dumnie "autorami" miałaby z tego korzyść pozbywając się raz na zawsze nieuleczalnej jak dotąd mrzonki, że da się utrzymać z pisania.

Oczywiście nikt nam nie każe pisać i wielu z nas dla realizacji dziecięcego marzenia potrafi przez rok i więcej przymierając głodem motywować się za trzy tysiące zaliczki albo i zgoła bez żadnej zaliczki. Mamy więc, co chcemy. Zawsze można odpuścić.

Kiedy wprowadzano niemal niezauważalny, bo pięcioprocentowy VAT na książki, larum podnieśli jedynie wydawcy. Pisarze, którzy w większości przypadków nie znają się na prawach rynku, nie wyszli na ulice.

Tymczasem okazuje się, że minęło z górą pół roku, wydawcy przysyłają rozliczenia i autorzy kolejny raz ze zdumieniem odkrywają, iż to oni są zjadani przez rynek, bowiem wydawcy w obawie o sprzedaż owatowanych książek zmienili kalkulacje, zmniejszając wartość hurtową książki, od której nalicza się tantiemy.

Czy autor ma prawo do myślenia o pieniądzach?
Czy mamy być romatycznymi lekkoduchami, którzy powinni zajmować się literaturą bez patrzenia na dochody, zarabiając na życie gdzie indziej?
Ja tak właśnie czynię, co nie znaczy, że nie chciałabym, aby tantiemy odzwierciedlały mój wkład w książkę. Tymczasem nie odzwierciedlają i jeszcze długo nie będą.

Naiwne pytanie, które natychmiast ciśnie się na usta: Po co ludziom książka i co ma czemu służyć - książka treści, czy treść książce, jako obiektowi wymiany handlowej?
Patrząc na koszt wprowadzenia książki na rynek śmiem twierdzić, że treść jest tylko wisienką na tym torcie. Fajnie, że ją ktoś tam położył, ale bez niej byłoby równie przyjemnie...

Kilka dni temu, po lekturze artykułu o najlepiej zarabiającym pisarzu świata Jamesie Pattersonie, zastanawiałam się, czy fabryka powieści, którą on stworzył (a nie był tu jako żywo pierwszy, naśladując robiącego to samo sto lat wcześniej męża Colette, Willy'ego), czy to zatem jest jeszcze sztuka?

Czy literatura powinna być rękodziełem, czy też autor ma prawo fabrykować wytwory swojej wyobraźni przy pomocy tak zwanych "duchów"?
I odpowiedź jest jak zwykle porażająco banalna: jeśli czytelnik kupuje Pattersona-nie Pattersona to jego wybór. Być może powieści samego Pattersona byłbyby lepsze. A może wcale nie?

W każdym razie Patterson stworzył fabrykę i taki VAT mu z pewnością niestraszny, zaś inni autorzy stoją tam, gdzie wskazuje dzióbek znaku nierówności - jesteśmy i jeszcze długo, pewnie zawsze, choć smutno to brzmi, będziemy dziobani przez kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego książki, zarabiając na jednym sprzedanym egzemplarzu mniej od jakiegokolwiek innego ogniwa tego łańcucha: mniej od detalisty, który jedynie zainkasuje należność, mniej od hurtownika, który potrzyma książkę trochę w magazynie, mniej wreszcie od wydawcy, ale jego koszty są tu zdecydowanie największe.

Sprawa się komplikuje jeszcze bardziej, kiedy poskrobiemy i wejrzymy głębiej w handel książką w Polsce. Wykazuje on bowiem zauważalną tendencję do monopolizowania się. Salony największej sieci wciąż powstają, zabijając małe lokalne księgarnie.

Wydawcy woleli współpracować z dużą siecią, która zapewniała im zbyt 1/3 produkcji niż z setką księgarni rozrzuconych po całym kraju. Oni też sami utuczyli tę stugłową hydrę, która teraz powoli ich zjada, narzucając swoje twarde prawa. 

Chcąc wprowadzić książkę do obrotu poprzez jej salon, wydawca musi ponieść koszty promocji, wystawienia na półkę, logistyki, musi dać sieci wyłączność na pierwsze dni sprzedaży. Sieć jest niezwykle pomysłowa w tworzeniu wciąż nowych opłat, a jeszcze bardziej w oddalaniu półrocznego z założenia terminu płatności, którego i tak nie dochowuje.

Rezultat jest ten, że wydawca niemal nic nie zarabia na książce sprzedawanej w owej sieci.
Słyszałam o tym wielokrotnie od wydawców największych bestsellerów.
Zatem, próbując uniknąć bankructwa, wydawca rezygnuje z produkowania pewnej ilości tytułów, nie podnosi płac pracownikom, ogranicza honoraria autorów, w ostateczności (to się przecież zdarza, słyszeliśmy takie historie wielokrotnie) nie płaci na czas autorom, redaktorom czy podwykonawcom,  przerzucając ciężar zatoru na kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego, jak to słusznie, choć niezbyt zręcznie, zważywszy na miejsce, w jakim się znajduje, sformułowała Beata Stasińska.

Pytanie: Po co zatem, wydawcy, oddajecie swoje książki sieci, wiedząc z góry, jaki los was (nas) czeka?
Odpowiedź: Bo sieć sprzedaje prawie połowę wszystkich książek, bo książki w salonach sieci widać, tu tworzy się moda na tytuły.

Może to naiwne, ale sieć poleca książki stawiając je na półce lub umieszczając w katalogu za pieniądze wydawców. Czy kto inny, nie związany z obrotem książką, nie mógłby zrobić promocji tytułowi za pieniądze wydawcy?

Oczywiście sieć wyciskając każdy grosz z wydawców ma swoje racje, na przykład skończoną powierzchnię sklepów, na której nie zmieszczą się wszystkie oferowane jej tytuły. To jednak nie zmienia faktu, że w działalności gospodarczej stosuje metody trudne do zaakceptowania i niezgodne z przyjętym obyczajem. Lekceważąc dobre kupieckie praktyki, obraca pieniędzmi wydawców, drukarń, autorów wreszcie, inwestuje je w nowe projekty, jak choćby kupowanie istniejących już  wydawnictw, obrasta kolejnymi biznesami.

Nie interesują mnie posiadane przez sieć sklepy z odzieżą ani kosmetyczne, mniej jeszcze szkoła językowa, interesują mnie wydawnictwa i książki i tu, idę o zakład, plan jest taki, żeby wejść w konfrontację z dotychczasowymi dostawcami, maksymalnie utrudniając im życie doprowadzić do stanu niewypłacalności, usunąć z rynku, jako konkurencję, a potem sprzedawać przede wszystkim wydane przez siebie tytuły.

Po mniejszych wydawnictwach nastąpi kolej na konfrontację i łyknięcie większych i tak aż do momentu, kiedy autorzy siłą rzeczy będą zmuszeni wydawać swoje książki w wydawnictwie należącym do sieci.
Przy braku alternatywy z dobrodziejstwem inwentarza przyjmą warunki, jakie im wydawnictwo sieciowe zaproponuje.

Już dziś w salonach sieci ze świecą można szukać mniej popularnych autorów. Ale cóż - to system typuje szczęśliwców, którzy znajdą się na półkach salonów. Typuje durnowato, bo jedni autorzy leżą tysiącami na paletach, a drudzy - patrz wyżej... Tworzy się w internecie wielki salon odrzuconych, o których nazwiskach, założę się, pracownicy sieci nawet nie słyszeli.

Któż z nas, czytających, nie zetknął się z niekompetencją pracowników salonów?

Teraz refleksja: klientami sieci są najświatlejsi ludzie w tym kraju, ludzie czytający, zastanawia mnie więc bardzo ta imperialistyczna polityka sieci, która przez tę grupę społeczną jest zauważana i krytykowana. W obecnych czasach, kiedy wiadomość rozchodzi się w internecie lotem błyskawicy, niewiele czasu trzeba, by ci właśnie ludzie pokazali sieci czerwoną kartkę.

Gdzie zatem są w tej firmie menedżerowie i specjaliści od PR?
Gdzie są ludzie, którzy przeczytali jakiekolwiek kompendium historyczne lub książkę z działu zarządzania organizacją?
Gdyby przeczytali, zrozumieliby może, że cesarstwo, zbyt szybko zagarniające nowe terytoria, łacno może się nimi udławić, co pokazuje chociażby historia Aleksandra Wielkiego, Cezara, Napoleona czy Hitlera.

Wracając do współczesności: jeśli wydawcy mają tak wielki problem z przywołaniem do porządku swego kooperanta, ostatnią nadzieję widzę właśnie w najważniejszym ogniwie łańcucha, czyli w klientach.
Świadomy klient, niczym świadomy obywatel, ma siłę, jakiej doświadczyli ostatnio najwięksi tyrani świata.

Ponieważ wydałam w ciągu ostatniego roku ponad dwa tysiące złotych na książki w salonach sieci, niniejszym oznajmiam, że przestaję robić tam zakupy!

W waszych-naszych rękach, czytelnicy, los autorów, wydawców i książek. Kupujcie świadomie!

Rzekłam.

25 komentarzy:

  1. Ja oczywiście jestem pierwsza do komentowania. :) Poszłabym, Małgosiu, krok a nawet dwa kroki dalej, niż Ty: autor to dla wydawcy zło konieczne, a wydawca jest kulą u nogi takiego empiku, może więc pozbyć się i autorów, i wydawnictw? Kto niby powiedział, że w empiku ma się sprzedawać książki? /tu smutny uśmiech/.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby empik chciał sprzedawać coś innego, kupiłby kopalnię albo mleczarnię. Na razie chce zmonopolizować rynek książki, bo kupuje wydawnictwa. Nie jest to dla autorów dobra wiadomość, nawet jeśli będzie ich wydawać Beata Stasińska.

    OdpowiedzUsuń
  3. To zniszczy i małe księgarnie i mniejsze wydawnictwa. Wydawcy będą chcieli wydawać tylko pewnie sprzedających się autorów. I w związku z tym - debiutów zero...

    OdpowiedzUsuń
  4. Może nie znam się na książkach i prawach rynku wydawniczego, ale rozwiązanie wymyślił prawie 80 lat temu Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Bank zbożowy miłe Panie! Bank Zbożowy!

    OdpowiedzUsuń
  5. to jest smutne, niefajne i niezbyt dobrze rokujące :( ja w empiku kupuję tylko w ostateczności ... bo są drodzy kurde ...
    trzymam kciuki za polskich autorów ...

    OdpowiedzUsuń
  6. Mniejsi wydawcy ucierpią, a co za tym gro autorów tam wydających (vide ja). Empik wykupi największych potentatów, będzie promował "swoje" książki, a reszta albo do widzenia, albo będzie płacić olbrzymie haracze.

    OdpowiedzUsuń
  7. W Empiku nie kupuję od lat. Najbardziej lubię małe księgarnie z tzw. klimatem. Tam też chętnie spotykam się z Czytelnikami. W Empiku miałam do tej pory 3 spotkania i każde "odchorowałam". Nie umiem włączyć się w marketową kakofonię. Kiedy podzieliłam się wątpliwościami, usłyszałam, że nie myślę marketingowo, bo to przecież wielkie wyróżnienie promować książkę w Empiku. Wolę w bibliotece. Myslę jednak, ze walka z empikiem, to walka z wiatrakami. Ja nie mam na nią siły, bo mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
    Ciekawam, tak przy okazji, czy autorzy "lansujący" się w empiku, zabiegają o honorarium, czy też machają na nie ręką, ulegając złudzeniu, że już sam lans jest wystarczającym wyróżnieniem. Marta Fox

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się przez cały czas zastanawiam, co to za marketing oddawać książki prawie darmo? Jeśli do książek sprzedawanych w empiku wydawcy dokładają, to może należaloby odciąć tę gałąź i otrzepać ręce? Spotkania autorskie w empiku organizowane są po to, żeby empik sprzedał książki kosztem wolnego czasu autora, bo przecież nikt nam za te spotkania nie płaci. Tak więc jest to wyłącznie marketing sieci.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja myślę, że nie należy tragizować. Gdy wchodziły do polski Biedrony też prorokowano upadek małych osiedlowych sklepów, a teraz istnieją obok siebie: mali i duzi. Empik nie wykupi wszystkich wydawnictw i nie będzie sprzedawał tylko "swoich" książek, bo upadnie. Na dziś ma trzy spośród setek i jeden portal. Niech spróbuje tymi siłami zmonopolizować rynek książki w Polsce... Poza tym to nie wydawcy piszą książki, a pisarze, a nas empik jeszcze nie kupił. (Szkoda ;D).

    OdpowiedzUsuń
  10. Początek już był - pani Monika Szwaja wydała taką małą książeczkę w EMPiKu, za darmo dodawaną do innych zakupów. Promocja Szwai, czy promocja EMPiKu. Czy zgodziłybyście się na taką propozycję? Ja mam mieszane uczucia. Nie mówię tu teraz o kasie za tę książeczkę - ale myślę, że promocja wydanych przez panią Szwaję książek to jednak była.

    OdpowiedzUsuń
  11. Gdyby ktoś się nie domyślił (bo to chyba trudne), to ten sosnowyblog to ja, Rysia Ulatowska. Jak już się z tym blogiem rozpędzę, zapraszam. Na razie uczę się obsługi - z tym, że nie mam czasu ...

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja zgodziłabym się na taką propozycję. Różne dziwne rzeczy robi człowiek za darmo, rzadko przynoszą wymierne korzyści, a to jest reklama warta kilkadziesiąt tysięcy zł (bo taki insert drogi jest strasznie). Więc czemu nie? Za opowiadanie płacą ponoć 400zł, więc spokojnie bym tę sumę sobie odpuściła, inwestując w promocję mojej twórczości w empiku.

    OdpowiedzUsuń
  13. PS. Co wcale nie znaczy, że będę empikowi za darmo pełnometrażowe książki pisała. Możesz, drogi empiku, w tej sprawie się do mnie nie zwracać.
    Empik: Wcale nie zamierzałem, kochana pani Kasiu.
    :D:D

    OdpowiedzUsuń
  14. Ty tu, Kaśka, moim kosztem empiku nie kokietuj i natychmiast mi z Rysią wytłumaczcie, o co chodzi z tym lansem, jakie opowiadania? Jakie inserty?

    OdpowiedzUsuń
  15. Gosiu, przepraszam. Nie mogłam się powstrzymać. Ale jak widzisz z kokieterii nici. Empik odmówił. :(
    M. Szwaja napisała dla empiku książeczkę, która była dodawana gratis do zakupów powyżej pewnej kwoty. Czyli taki insert. Nie wiem, czy Empik pani Monice zapłacił, czy nie, ale reklama przednia i byłabym bardzo nieszczera, gdybym rzekła, że takiej nie chcę. Więc może jednak empik spojrzy na mnie przyjaznym okiem i... już, już kończę, bo znów mnie opitolisz. :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Chcę przede wszystkim powiedzieć, że bardzo podoba mi się Pani tekst: stuprocentowo trafna diagnoza.
    Od siebie dodałbym dwa cytaty:
    1. „Pani Beato, szanuję Panią, ale teraz - przyznam - nie rozumiem. Czy nie poszła Pani na zbyt duży kompromis wobec samej siebie i swoich dotychczasowych wartości? Czy naprawdę wierzy Pani, że "znajdzie pełne zrozumienie większościowego udziałowca"? Jak długo? Czy nie szkoda Pani przyjaźni w świecie wydawców?”.
    2. „Nawet Pan nie wie jacy żałośni są WIELCY wydawcy. Poza czubek własnego nosa się nie wychylą. Miałem okazję pooglądać i posłuchać ich na sabacie przeciwko […]. Świetnie potrafią knuć przeciwko sobie nawzajem, słowo solidarność jest im raczej obce”.

    Sieci dedykuję „Zaginione królestwa” Normana Daviesa. Karol Arentowicz

    OdpowiedzUsuń
  17. Szanowny Panie Karolu,
    Nie miałam okazji nigdy spotkać osobiście pani Beaty Stasińskiej, jednak cenię ją za to, co wcześniej zrobiła. Mój zawód sprawia, iż staram się zrozumieć ludzi w ich decyzjach, bo częstokroć nie mają wyboru. Jednak dla osoby patrzącej z zewnątrz, której ogląd jest siłą rzeczy uproszczony, taka decyzja zasłużonego wydawcy może wydawać się dziwna. Nie chciałabym o tym mówić, jak o przejściu na stronę wroga i życzę pani Beacie dużo sukcesów. Dajmy sobie oraz jej trochę czasu, by sytuacja się wyklarowała, a nasze sądy nie były pochopne.
    Jeśli chodzi o porozumienie wśród wydawców, to nie jest pewnie łatwe do uzyskania, w końcu są konkurentami. Czy kiedykolwiek zaczną mówić jednym głosem? Wątpię.
    Dziękuję bardzo za udział w dyskusji!
    Pozdrawiam,
    mga

    OdpowiedzUsuń
  18. I ta Pani wypowiedź bardzo mi się podoba :). Może dlatego, że i z pierwszą, i z drugą jej częścią całkowicie się zgadzam.
    Jeszcze o Empiku: odziedziczyłem po babci naiwną wiarę w to, że dobro ostatecznie zwycięża ;). Zarząd ARS Polony też chyba myślał, że MTK w Warszawie będą trwać wiecznie.
    Pozdrawiam Panią,
    K. A.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie kupuję w empiku. Dla idei i dla oszczędności. Już dawno odkryłam, że wszędzie indziej jest taniej. Staram się kupować na stronach wydawców, bo tam najczęściej jest najkorzystniej. Dla kogoś kto kupuje książki tonami i mieszka w małym miasteczku, jak ja, empik nie jest w żaden sposób atrakcyjny.
    Przez długi czas mieszkałam we Francji i tam stworzył się prawdziwy ruch społeczny przeciwko dwóm sieciom - Virgin i Fnac. Mam nadzieję, że w Polsce też tak będzie, w końcu my, czytelnicy, nie jesteśmy bezmyślni, a przynajmniej nie powinniśmy tacy być. tez wierzę, że dobro zwycięża, a ten, kto chce za dużo się najeść, w końcu pęknie z przejedzenia. Bo jakby na to nie patrzeć, empik robi interesy na krzywdzie innych ludzi, czy to autorów, czy mniejszych wydawnictw i powinien się trochę zawstydzić, a trochę zadumać nad swoją postawą, bo jest po prostu mało etyczna. A wyrządzona krzywda wcześniej, czy później wraca. Pozdrawiam Autorkę i życzę powodzenia, sukcesów i wszystkiego najlepszego:))
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  20. Kasiu, dzięki za wyjaśnienie.
    Nie widziałam tej książki pani Szwai, nie słyszałam o takim pomyśle. Jeśli jednak przystają na to obie strony, to czemu nie? Autor sam musi skalkulować, co mu się opłaca i albo wchodzi w projekt, albo odmawia współpracy.

    Panie Karolu - Pańska Babcia była (jest?) mądrą kobietą. Gdybyśmy nie wierzyli w triumf dobra, życie byłoby pozbawione sensu. Trwajmy nadal w tym przekonaniu! ;-)

    Marto - Twoje francuskie doświadczenia napawają mnie otuchą!
    Pozdrawiam i dziękuję za komentarze!

    OdpowiedzUsuń
  21. Małgosiu Droga,
    piszę spontanicznie po naszym wczorajszym spotkaniu i po lekturze Twojego bloga. Mam nadzieję, ze dobrze się już czujesz.
    Żałuję, ze wcześniej nie przeczytałm powyższego posta, bo miałybyśmy ciekawy branżowy temat do dyskusji.
    Cieszę się z naszego spotkania i liczę na kolejne.
    Pozdrawiam
    Beata (zwana też Gucią:)

    OdpowiedzUsuń
  22. Faktycznie, sprawa daje do myślenia. Ciężko mi jednak porzucić ot tak mojego Matrasa..

    Katarzyna Sykta

    OdpowiedzUsuń
  23. Witam, bardzo interesujący post i wiele wyjaśniający. Bardzo interesuje mnie tematyka wydawnictw i muszę przyznać że wieści - choć mnie jakoś szczególnie nie zaskakują - to też nie napawają otuchą.

    Czytelinik taki jak ja - uzależniony od czytania, owszem jest głodny nowych książek, nowych tekstów, ale też nie jest bezmyślną kukiełką. Jeśli informacje o tym co się dzieje byłyby łatwo dostępne, gdzie wszystko byłoby przystępnie wyjaśnione, to myślę że potrafiłby logicznie zareagować.Podjąć właściwą decyzję, a zwłaszcza jeśli byłby świadom opcji dla siebie - takich jak łatwy dostęp czy ceny.
    Nie wierzę że giganty, czy może raczej ci co pociągają za sznurki, mają absolutną kontrolę nad rynkiem. Nikt mnie nie zmusi do kupowania np. w Empiku, kiedy ZDAJĘ sobię sprawę z tego jak wygląda sytuacja. Ja obecnie zniesmaczona tym co się dzieje i tym co i za ile jest dostępne w Polsce, przerzuciłam się na ebooki i w chwili obecnej czytam tylko po angielsku. Wiem że nie każdy ma taką możliwość. Ale wielu ma a nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, bo im oczy Empikami temu podobnymi zarosły...

    Ceny, kontrola nad tym co się ukazuje i kiedy, autorzy którzy mają szansę się 'wydać'. Forma w jakiej są promowani, za ile, przez kogo i gdzie - to tragedia w Polsce. Przeczytałam wiele na ten temat, bo chciałam się zorientować jaką mam szansę na to że moje prace będę wydane.

    Okazało się że nie mam praktycznie żadnej. Nie mam pieniędzy, nie mam znajomości, tematyka o której piszę - romanse, miłość i związki jednopłciowe między mężczyznami - wszystko to pozbawia mnie szans na wydanie w Polsce czegokolwiek. A jako autor nie godzę się na okradanie mnie z mojej ciężkiej pracy. Zdecydowałam się wydawać moje własne ebooki na zasadzie self-publishing, tworząc własne Wydawnictwo internetowe,które rusza w grudniu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może nic - bo nie ukrywam przede mną długa i skomplikowana droga aby osiągnąć cokolwiek. Może nigdy się nie przebiję. Chcę mieć jednak satysfakcję, że nie dałam się stłamsić machinie, która miażdży polskie wydawnictwa i przede wszystkim autorów.

    Promowanie siebie po przez udostępnianie np. darmowych opowiadań, jest szeroko polecane w marketingu internetowym, nie widzę powodu dlaczego to nie miałoby odnieść sukcesu w wersji 'papierowej'. Zapoznawanie czytelnika z własną twórczością i stylem, może być tylko korzystne. Trzeba jednak uważać żeby nie pozwolić sie wykorzystać.

    Jak powietrza potrzebuję Happy Endu więc w nie wierzę niezachwianie.

    Pozdrawiam panią bardzo serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  24. Pani przedsięwzięcie, wygląda bardzo innowacyjnie!
    W tej innowacyjności widzę tylko jeden mankament (a może to jej plus?) otóż na drodze darmowego udostępniania tekstów autor może jedynie czerpać satysfakcję, raczej nie da rady się z tego utrzymać. Czy ma Pani przemyślaną tę kwestię? Czy też uważa Pani, że ludzie powinni pisać i publikować za darmo, a ich własność intelektualna należeć do ogółu? Z czego w takim razie mają czerpać zyski? Z innej pracy? Bo nie dziwimy się, że na przykład sportowcy utrzymują się z dotacji od związku lub z dochodów sponsoringowych. Myśl nie jest tak wysoko ceniona, jak igrzyska, nikt więc nam nie zaproponuje kontraktu sponsoringowego, z czego więc żyć, chcąc udostępniać za darmo wytwory własnej, niełatwej pracy pisarskiej?

    Pozdrawiam i trzymam za Panią kciuki!
    mga

    OdpowiedzUsuń