poniedziałek, 2 listopada 2015

Cmentarz nocą, czyli o oszczędności

Od wielu lat nie byłam na cmentarzu wieczorem. Jakoś się nie składało. W tym roku pojechaliśmy tuż przed zmierzchem i byłam wstrząśnięta, widząc jak zmienił się ten magiczny wieczór. 

Dwadzieścia lat niby tego samego obrządku, odmieniło cmentarz nie do poznania. Zniknęła łuna, którą zawsze chciałam pokazać moim dzieciom i którą sama zachwycałam się co roku jako dziecko. 

Żałuję, że nigdy nie udało mi się tego zrobić, bo łuny już pewnie nigdy moi synowie nie zobaczą. W ciągu tych lat zmieniły się bowiem znicze, jakie handel oferuje na Święto Zmarłych. W poczuciu dziwnej oszczędności, jakby naszą pamięć miały liczyć minuty płonięcia lampki, producenci wymyślili znicze w plastikowej obudowie, przykryte metalowym lub plastikowym wieczkiem z dziurkami. Tak chroniony ogień płonie aż do wyczerpania paliwa, czyli stearyny, co więcej, można do znicza dokupić zapasy, wykorzystując ten futerał wielokrotnie. 

W rzeczywistości niewielu to robi, bo bywamy na cmentarzu raz do roku, rzadko częściej, zapominamy, jakie znicze kupiliśmy poprzednio. Zaśmiecając otoczenie, wyrzucamy więc tony plastikowego badziewia, chronić je przez rok nie ma powodu. Znicze są stosunkowo tanie, gdyby były drogie, pewnie ginęłyby z grobów, jako że złodziejstwo na cmentarzach ma się wciąż świetnie, niepiętnowane ostracyzmem społecznym ani karami sądowymi, bo to wszak niska społeczna szkodliwość...

Tak więc znicze kupujemy jednorazowe.  

Niechby i takie były. Trudno mi się jednak pogodzić z tym, że bajecznie kolorowy plastik, najczęściej czerwony, żółty i biały, opakowuje ogień, niszcząc to, co w nim jest najpiękniejsze - jego jasny płomień, jego nieprzewidywany kształt, jego ciepło. Strach pomyśleć, ale pojawiły się już podobno w sprzedaży znicze na bateryjkę. O grających melodyjki słyszałam, ale wkładam tę opowieść między bajki.  

Podobna cmentarna oszczędność dotyczy kwiatów. Chcielibyśmy raz na zawsze mieć z głowy przystrojenie grobu. Kupujemy więc plastikowe koszmarki i pełni dobrej woli pstrzymy cmentarz radosnymi kolorami oraz kwiatami, które przetrwają do następnego listopada. 

Efekt każdy widzi.

Osobiście wolę żywe chryzantemy, bukiet z suchych liści czy mały krąg z nieśmiertelników i do nich ograniczam swoje zakupy. Na szczęście udało mi się też kupić u harcerzy zwykłe, proste gliniane miseczki ze stearyną. Niczym nieprzykryte, pozwoliły ogniowi drżeć, płonąć i świecić. A że może zgaśnie wcześniej niż te duszące się w plastikowych zniczach? Nie szkodzi. Wieczności nie liczy się na minuty. 

Dixi.

piątek, 28 sierpnia 2015

PIS, czyli monopol na ortografię

Szczególnym pesymizmem nastraja mnie wczorajszy incydent z panią profesor Krystyną Pawłowicz. Otóż na swym profilu facebookowym zrobiła do dziś niepoprawiony błąd ortograficzy, a na głosy wołające o poprawność językową nie tylko wyzwała swoich oponentów od lewakow, ale jeszcze na dodatek ona sama (lub ktoś, kto prowadzi jej profil) skomentowała całą akcję w ten oto sposób (pisownia i interpunkcja oryginalne):

UFAKA,trokie leminki i lefaki,jak to miło ficieć Fasze rostykotane nerfy.Pan Kuśniar jest teko fart...A teraz,trokie leminki,pora fsionść prysznic i spać.Wszystkich Fas s serca postrafiam.Fasz Poseł Krystyna Pawłowicz...P.S.To sopaczenia pszy urnah fyporczyh 25 pascie


Nie ukrywam, że nie jestem wyborcą PIS, chciałabym jednak, aby posłowie i posłanki tej partii nie obrażali mnie i nie robili sobie żartów z języka kraju, o którego historię rzekomo tak usilnie walczą! 

Historia związana jest nierozerwalnie z językiem, ten język i dzieła w nim zapisane, odróżniają nas od innych narodów. Kiedy więc poseł partii, która aspiruje do rządzenia krajem nie tylko robi błąd, ale jeszcze w niewybredny sposób krytykuje purystów językowych, za jednym zamachem sprowadzając ich do grona swych politycznych wrogów, daje tym samym sygnał, że dla tej partii i jej akolitów nie ma świętości. A raczej świętością jest tylko to, co za świętość sami arbitralnie uznają. Ortografia do świętości jednak nie należy.

Nie można walczyć o prawdę historii bez walki o czystość języka.

Pani Profesor ośmieszyła się w moich oczach i naraziła na dezaprobatę. Nie tylko nie potrafiła po cichu poprawić błędu (wszak wszyscy jesteśmy omylni), ale na dodatek, jak ją być może nauczyli partyjni spin doktorzy, broniąc swej racji, udowodniła, że nie ma w niej ani krzty pokory i dobrego wychowania.

To zabawne, bo kwestie ortograficzne erystyce nie podlegają. Nie wystarczy, jak w cytowanym wyżej przykładzie sprowadzić sprawę do absurdu, aby kwestii odebrać całą jej powagę. Profesor uniwersytetu (przykro mi, że Warszawskiego), nie ma prawa do używania takich metod w walce politycznej! 

Gdzie godność profesora i posła, pytam? Czego pani uczy swoich wyborców, zachowując się jak źle wychowana gimnazjalistka? 

Ta historia przypomina mi przygodę, jaką moja siostrzenica miała na lekcji angielskiego. Gdy poprawiła nauczycielkę, która zrobiła błąd, ta odpowiedziała:
- Tak, ale teraz nauczymy się w ten sposób!

Raz nauczone, dzieci zapamiętają przykład z błędem. Tak, jak być może panią profesor w szkole w Wojcieszowie późnych lat pięćdziesiatych, ktoś nauczył z błędem mówić słowo "wziąć". 

Raz zapamiętany błąd jest niezwykle trudny do wyplenienia. Pani Profesor nie wystarczyły lata nauki w liceum, studia i habilitacja, wreszcie profesura. 

Zastanawiam się, co i ile czytała, że przez ponad pięćdziesiat lat nie zwrócila uwagi na błąd popełniany przez siebie w tym popularnym przecież słowie. 

Gorsze jednak jest to, że na takie zachowanie pozwala jej trudna do zaakceptowania buta formacji politycznej, do której należy. PIS-owi wydaje się, że w ferworze walki można dziś wszystko zdeptać. Jutro się odbuduje. 

Raz utracony, szacunek dla wizerunku nie pojawia się automatycznie, trzeba latami nań pracować. Chyba, że się pracować nie chce, chyba że się lekceważy te grupy społeczne, które są w stanie rozpoznać błąd i którym zależy ma czystości języka. 

A w takim razie - plwajmy na tę skorupę, na nas zagłosują ortograficzni ignoranci.

Rzekłam.     



piątek, 26 czerwca 2015

Festiwal obietnic, czyli politycy zaśmiecają demokrację

Paweł Kukiz poinformował właśnie otwartym tekstem, że polityka to emocje, zatem on żadnego programu na najbliższe wybory szykował nie będzie. Będzie krzyczał, podgrzewając emocje, jak się domyślam, bo uśmiechniętego go nigdy nie widziałam.

To prawda, że wyborcy zamiast programu wolą obietnice. Tych zaś mają dla nas politycy pełen worek. Paweł Kukiz, porównując się do Piłsudskiego twierdzi, że "Będzie gonił k... i złodziei", prezydent elekt Andrzej Duda podczas swej kampanii obiecywał gruszki na wierzbie, przyszła pani premier, Beata Szydło, dzielnie mu sekunduje. Na każdą obietnicę są jacyś specjaliści, którzy poprą swym autorytetem możliwość kolejnego podlizania się narodowi.

Po ewentualnej wygranej PIS zapanuje w Polsce raj. Nie będzie śmieciówek, każdy będzie mógł iść na emeryturę w dowolnie wybranym czasie, zamknięte kopalnie się na nowo otworzy, a rolników dopieści kolejnymi ulgami, bo Unia nam będzie mogła naskoczyć.

Na domiar złego teraz jeszcze premier Ewa Kopacz wzięła udział w tym festiwalu obietnic, uznając najwyraźniej, że tak się gra, jak przeciwnik pozwala.

Bardziej obrzydliwego festiwalu podlizywania się wyborcom jeszcze nie widziałam. Nie mówi się o kraju i jego potrzebach, mówi się tylko i wyłącznie o potrzebach Polaków. O tym, że zasługują na to czy na tamto. Albo na to czy tamto nie zasługują. 

Nie słyszę, co zrobić, aby poprawić dzietność Polek (uchwaloną wczoraj ustawę o in vitro się odkręci!), co, aby przedsiębiorcy wychodzili z szarej strefy i lepiej płacili, co, by młodzi i najbardziej aktywni nie uciekali do krajów, gdzie obywatela traktuje się poważnie, a minister finansów nie domniemywa winy w postępowaniu wobec biznesmenów.

Ten temat musimy rozważyć w ogólnopolskim referendum. Tak daleko posunęliśmy się we wzajemnej nieufności!

Kolejne dwa pytania referendum to kwestia nieszczęsnych Jednomandatowych Okręgów Wyborczych i sprawa finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

Otóż oświadczam, że o kwestii JOW-ów nic nie wiem. Nie znam się na tym, nie mam pojęcia, jakie będą konsekwencje ich wprowadzenia. Dlatego uważam za wysoce niemoralne, że się ode mnie żąda takiej wiedzy! Szeregowy wyborca nie wpadnie na pomysł, żeby sprawdzić, jakie mogą być konsekwencje wprowadzenia JOW-ów, bo nie czyta gazet i nie słucha radia, gdzie te kwestie są poruszane. Odpowie, jak mu w duszy gra, albo nie pójdzie na referendum.

Mam wielki żal do pani premier Kopacz, że zamierza głosować przeciwko finansowaniu partii politycznych z budżetu państwa, bo to skazuje nas na powrót do Trzeciego Świata, gdzie politykę robi się za pieniądze podawane pod stołem, a politycy są na usługach tego, kto więcej zapłaci. 

Przykre, że większość wyborców, którzy wezmą udział we wrześniowym referendum będzie zapewne tego samego zdania, co pani premier, bo przecież budżet się nie domyka, szkoły są zamykane, mamy za mało przedszkoli, dróg, aquaparków, w ZUS-ie jest dziura. Każda oszczędzona złotówka się przyda, a politycy, ta znienawidzona nacja, niech się sami wykarmią. 

Obawiam się jednak, że nie tędy droga, podobnie jak rozdawnictwo nie zbuduje naszego dobrobytu. Dlatego nie wierzę ani PIS-owi, ani PO, ani tym bardziej Pawłowi Kukizowi, który obiecuje ruch społeczny bez struktury.  

Kto się na to daje nabrać? Ano tłum szczerych patriotów sądzi, że można w ten sposób, czyli dobrymi chęciami, raz na zawsze naprawić Polskę. Otóż wiemy, na co się przydają dobre chęci…

To, co się teraz dzieje nie wzięło się znikąd. To my, wyborcy, stworzyliśmy naszą klasę polityczną! My wybieraliśmy tych  posłów i senatorów. Są u władzy na nasze życzenie. To nasze dobro mają na celu. A śmieciowa, populistyczna polityka jest najlepszym sposobem na podobanie się wyborcom.

Marketing polityczny to nasza zasługa, odpowiedź na nasze potrzeby i żądania.

Gdybyśmy byli nastawieni proetycznie, prospołecznie i proprzyszłościowo, być może Polska wyglądałaby inaczej?

Gdybyśmy chodzili na spotkania z naszymi posłami i dyskutowali nad programami, być może populizm nie miałby u nas szans? Ale kupujemy te głodne kawałki, głosujemy, bo nam się podoba czyjś krawat albo fryzura. Albo – co gorsza – wybieramy mniejsze zło.  

W rezultacie dostajemy namiastkę rządzenia. Jako społeczeństwo jesteśmy rozgrywani niczym talia kart. Tym warto się podlizać i dać coś jeszcze, tamtym nie, bo nie pójdą pod Sejm. 

Są u nas grupy społeczne, wobec których rząd jest tradycyjnie i pewnie trwale już bezsilny. Wiadomo, nie można usatysfakcjonować wszystkich grupowych roszczeń. W rezultacie politycy zajmują się przede wszystkim gaszeniem pożarów i bez żenady służą najsilniejszym grupom nacisku.

Kadencje są zbyt krótkie, żeby dokonać istotnych zmian, których zresztą nikt nie chce, choć wszyscy się domagają.


Oby śmieciowa polityka, jaką prowadzą kolejne rządy, doszła wreszcie do ściany! Co ją powinno zastąpić? Służba tych, którym nie będzie zależało na drugiej kadencji, którzy spełnili się w swoich zawodach i będą mieli dokąd wrócić, którzy pokażą etyczną twarz polityki. Którzy będą mieli charyzmę odwagę, sensowny plan, stworzą listę priorytetów i wskażą kierunki rozwoju.

Ja ich na razie nie widzę.



środa, 22 kwietnia 2015

Relacja autor - czytelnik w dobie cyfrowej - PIK na Światowy Dzień Książki

Wtorek, 21 kwietnia 2015


Z okazji święta książki obchodzonego na całym świecie 23 kwietnia, Polska Izba Książki (PIK) zorganizowała konferencję prasową, inaugurując tym samym obchody ŚDKiPA w całej Polsce. Spotkanie podzielone zostało na dwie części. W pierwszej kolejności podjęty został temat relacji pisarzy z ich czytelnikami w dobie cyfrowej, aby następnie przejść do najnowszych wyników badania opinii publicznej na temat preferencji zakupowych Polaków w odniesieniu do książek.

Zebranych powitał Włodzimierz Albin, prezes PIK, oddając głos Soni Dradze, która moderowała spotkanie. Wstępem do dyskusji na główny temat konferencji było wystąpienie prof. Grzegorza Leszczyńskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, które zainspirowało dalszą dyskusję między zaproszonymi pisarzami (załącznik do tekstu). Nad tym, czy rewolucja cyfrowa faktycznie zmienia jakość relacji autor-czytelnik, rozmawiano z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, Grzegorzem Kasdepke, Magdaleną Parys oraz Eustachym Rylskim. Nowe możliwości ułatwiają czy raczej przeszkadzają w twórczości pisarskiej? Spotkanie z czytelnikami za pośrednictwem mediów elektronicznych może być głębsze, bardziej osobiste? A może ta forma zdecydowanie „odczłowiecza” i „mechanizuje” spotkanie pisarza i czytelnika? Odpowiedzi okazały się nie być tak oczywiste, jak może się wydawać.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk wspomina: „Kiedy wiele lat temu marzyłam o pracy pisarza, nie mogłam nawet podejrzewać, że oprócz tego, co za tę pracę jest zwykle uważane, będę też miała niemal drugie tyle obowiązków związanych z utrzymywaniem kontaktów z czytelnikami, bo dystans między autorem a czytelnikiem bardzo się skróci”.

Nowe media wymuszają od pisarzy stałej i aktywnej obecności w Sieci. Ta możliwość kontaktu z ulubionym pisarzem poprzez „jedno kliknięcie” nie wyparła jednak tradycyjnych spotkań autorskich, co potwierdza Grzegorz Kasdepke: „O dziwo, łatwość komunikowania się poprzez elektroniczne media wcale nie wpłynęła na spadek zainteresowania klasycznymi spotkaniami autorskimi. Przeciwnie, oswoiwszy się dzięki internetowi z pisarzem, już nie tylko bibliotekarze nawiązują z nim kontakt – robią to także nauczyciele, rodzice, dziadkowie... Czytelnika dzieli od pisarza jedynie enter. Dystans się skraca, apetyt rośnie”. 

Za prof. Grzegorzem Leszczyńskim pytamy, czy w związku ze zmniejszeniem tego dystansu, nie pojawia się jednak ryzyko strącenia pisarza i jego dzieła z piedestału? Grzegorz Kasdepke przewrotnie zdaje się to potwierdzać: „Dzięki Facebook'owi autorzy odzyskali twarze – a niektórzy nawet ciała! Wiemy, co jedzą, gdzie spędzają wakacje i jak im się układa z najbliższymi. Czasami, jako zwykli ludzie, zyskują sympatię – choć tracą aurę tajemniczości. Coś za coś. Twórcy piszący dla najmłodszych bywają zaczepiani, zapraszani do gier, włączani do różnych grup dyskusyjnych (na przykład o słodkich szczeniaczkach). Czytelnicy piszą maile typu: "Cześć, lubię twoje bajki. Napisz coś o mnie!". Zdarzają się kwiatki i tego rodzaju: "Dostałem z ciebie pałę na polskim!"”. Portale społecznościowe prowokują spontaniczność – niekiedy w wydźwięku zabawną, innym razem wprawiającą w zdumienie. 

Łatwość wysłania prośby, uwagi, a nawet skargi, generuje oczekiwanie otrzymania szybkiej odpowiedzi. Wie o tym doskonale Magdalena Parys: „W dobie cyfrowej do pisarzy nikt nie pisze tradycyjnych listów, nie wysyła faksów. Dziennikarze i czytelnicy przerzucają się na whatsapp’y i messenger’y.  Uzyskać odpowiedź, kontaktując autora przez portale społecznościowe, to znaczy uzyskać ją zaraz – nawet jeśli nie odpisze to z pewnością przeczyta. Jesteś pierwszy masz szczęście, jesteś drugi, masz pecha. Czas to pieniądz i wszystkim ucieka. Pisarz promujący swoją nową książkę nie czeka tygodniami na pierwszą recenzję, uzyska już jej przedsmak na blogu krytyka zaglądając w zakładkę „co czuję po pierwszych zdaniach?”.

Sugerowane przez prof. Grzegorza Leszczyńskiego ryzyko detronizacji pisarza zdaje się być wyjątkowo dotkliwe w zetknięciu z realiami i tempem zmian, które dalej komentuje Magdalena Parys: „Dynamika tego procesu jednych cieszy, innych paraliżuje. Nagle okazuje się, że książka pisana przez kilka lat w pocie łez żyje na rynku zaledwie trzy tygodnie, podczas gdy znany aktor napisał swoją całkiem zgrabnie przez miesiąc. Nasz wydawca i przyjaciel przechodzi do pracy do rywalizującego z nim jeszcze wczoraj wydawnictwa, a redaktor z tłumaczem otwierają nową księgarnię. Zanikają granice, przesuwa się oś, wszędzie niekończące się rotacje – pisarz staje się głównym bohaterem skandalu i tańczy w You can dance, aktor organizuje manifę, piosenkarz filozofuje w talk show. W Biedronce są książki, w księgarni warzywa i kanapki. Czyli jak zawsze tylko straszniej”. 

Chciałoby się powiedzieć, że świat stanął na głowie. A jak wygląda sytuacja po stronie czytelników? Zauważalnym skutkiem przyśpieszenia rewolucji cyfrowej jest według prof. Grzegorza Leszczyńskiego zanik nawyku i wzorów powolnego czytania. Jak mówi: „Chyba bezpowrotnie odeszło w przeszłość czytanie polegające na głębokim, niespiesznym wnikaniu w materię utworu literackiego”. 

Konsumpcja treści – tak widoczna w obecnych czasach – wyparła spokojną, powolną lekturę. Wpływ mają na to migające na nas ze wszystkich stron komunikaty – w komputerze, telewizorze, na tablecie, smartfonie. Czy po nabraniu w ciągu dnia takiego rozpędu potrafimy delektować się niczym nie zakłócaną kilkudziesięciominutową lekturą książki? Na dodatek papierowej? Eustachy Rylski komentuje: „Rzecz jest, jak mi się wydaje, przesądzona. Literatura powoli lecz nieuchronnie przenosić się będzie w przestrzeń cyfrową na nośniki elektroniczne już obecne na rynku i te wprowadzane w przyszłości, a książki papierowe, nawiasem mówiąc, coraz piękniej wydawane, staną się delikatesami. Elementarne pytanie brzmi czy to odbędzie się z korzyścią dla literatury. Zależy jakiej. Sensacyjna z wszelkimi jej odmianami, czasami mistrzowsko skrojona, nie powinna na tym stracić. Literatura piękna, to znaczy celebrująca samą siebie, nie zyska”.

Grzegorz Kasdepke, odnosząc się do swoich doświadczeń z młodymi czytelnikami, twierdzi natomiast, że mózg, który uzależniony jest od klikania, ma coraz większe wymagania względem wrażeń, jakie podsuwa internet. Dodaje: „Jeszcze całkiem niedawno psychologowie wyrażali nadzieję, że dzisiejsze dzieci będą miały doskonale podzielną uwagą, i że napływające zewsząd informacje nie wpłyną na pogorszenie wydajności ich nauki oraz pracy. Guzik prawda! Współczesny autor książek dla dzieci musi walczyć o uwagę czytelnika bardziej niż kiedykolwiek”.

Wracając na chwilę do szansy – bądź ryzyka, jak kto woli – jakie daje skrócenie dystansu między pisarzem i jego czytelnikami, nasuwa się pytanie, czy ta łatwość kontaktu, a co za tym idzie – spontanicznej krytyki, może wpływać na dalszą twórczość pisarską, np. na stosowaną narrację, stylistykę? Małgorzata Gutowska-Adamczyk podchodzi do tego raczej sceptycznie: „Nie sądzę […], aby autorzy byli skłonni modyfikować swój sposób pisania pod wpływem opinii czytelników. Nie wykluczam jednak takiego przypadku. W końcu nasza praca jest weryfikowana przez rynek”. I dodaje: „Autor musi się zmierzyć z publicznym osądem swojej pracy, bo recenzować go mogą dziś wszyscy, nie tylko osoby w tej kwestii biegłe”.

Furtka pozostaje zatem otwarta – nawet jeśli autor nie posłucha „dobrych rad” od swoich czytelników, to mogą oni skorzystać z innej możliwości, jakie dają nowe technologie. Dzięki self-publishingowi czytelnik z dnia na dzień może zostać pisarzem. Zwłaszcza że wizja sukcesu nęci, a w gorących głowach majaczą sława i honoraria sięgające sześciu zer po przecinku… to wszystko jest możliwe. Sukces może mieć wiele odcieni szarości. Pamiętajmy jednak o jednym – na byle pagórek wejść może niemal każdy. Szczyty osiągają nieliczni.


Sytuacja książki w Polsce – kryminał, dramat czy może już horror?
Przeszło połowa Polaków otwarcie przyznaje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie kupiła ani jednej książki, w tym również książki dla dzieci. Co trzeci badany zgadza się ze stwierdzeniem, że książki są normalnym produktem i powinny być traktowane tak samo, jak inne towary z segmentu FMCG, stawiając tym samym książkę na jednej półce z jogurtem lub pralką. To wyniki najnowszych badań  przeprowadzonych na zlecenie Polskiej Izby Książki (PIK), która 23 kwietnia – w Światowym Dniu Książki – rozpoczyna kampanię #ocalksiazki, mającą w bezpośredni sposób nawiązywać do benefitów Ustawy o książce.


Sytuacja wyjściowa, czyli jak (nie) kupujemy książek
Tylko 48 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku kupiło jakąkolwiek książkę. Największy odsetek, z grona osób kupujących książki, zakupił przez ten czas od 2 do 3 pozycji (25 proc. respondentów) lub od 4 do 5 pozycji (21 proc. respondentów). Średnia liczba książek kupionych w ciągu ostatnich 12 miesięcy wśród całej populacji wynosi 3,8. 

„Książki w Polsce wołają o pomoc. One nie będą strajkować pod Sejmem, nie zorganizują blokady dróg ani żadnej manifestacji. Musimy im pomóc. W Światowym Dniu Książki rozpoczynamy kampanię pod nazwą #ocalksiazki, której pierwszą odsłoną jest uruchomienie profilu na Facebooku o tej samej nazwie oraz strony internetowej www.ocalksiazki.org Celem jest pokazanie, że książki zmieniają rzeczywistość i poszerzają horyzonty. Porównywanie ich do innych produktów czysto konsumpcyjnych jest błędem. Chcemy więc prowadzić rozmowę o książkach oraz benefitach wprowadzenia Ustawy o książce. Zgodnie z tym, co powiedział Paulo Coelho - w życiu istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. W moim przekonaniu o książki warto." – powiedział Włodzimierz Albin, Prezes Rady Polskiej Izby Książki. 


Polak w księgarni
64 proc. badanych osób twierdzi, że książek nie można traktować jak typowych produktów, bo mają one charakter szczególny. Pomimo tego, zdecydowana większość bo aż 83 proc., przychylnie patrzy na ofertę zakupu książek w różnego rodzaju promocjach lub na wyprzedaży. Jak pokazują badania, co trzecia książka kupiona w ciągu ostatniego roku była w ofercie promocyjnej.
W badaniach opowiadamy się za dostępnością szerokiej oferty książek w księgarniach – deklaruje tak 66 proc. respondentów. Nieco innego zdania jest co czwarty badany, dla którego propozycja księgarń powinna koncentrować się wyłącznie na nowościach i bestsellerach.


Ustawa na ratunek książce
Odpowiedzią na wiele bolączek, które trawią polski rynek książki, ma być Ustawa o książce. Jej projekt nakłada na wydawców i importerów obowiązek ustalenia jednolitej ceny książki przed wprowadzeniem jej do obrotu. Cena nowości miałaby być stosowana przez 12 miesięcy przez wszystkie podmioty prowadzące sprzedaż. Taka regulacja pozwoli wydawcom na wydawanie książek, które mają mniejsze szanse rynkowe niż posiadające większe budżety reklamowe bestsellery. Zwiększenie dostępności i podaży ambitnej literatury w przystępnej cenie jest jednym z celów Ustawy. Marcin Garliński, prezes wydawnictwa Muza przyznaje: „W ubiegłym roku po raz pierwszy musiałem zrezygnować z wydania kilkunastu tytułów zagranicznych pisarzy. Nakłady są tak małe, że biznesowo nie opłaca się wprowadzać ambitnej literatury do sprzedaży. Przypuszczam, że to zjawisko może się w najbliższym czasie nasilić”.

Ustawa sprzyja także czytelnikom poszukującym, co pokazują badania, wszelkich okazji cenowych. Wprowadzenie ustawy pozwoli na określenie niższego poziomu cen detalicznych dla wszystkich nowości wydawniczych. Wyrazicielem podobnej opinii jest Zygmunt Miłoszewski twierdząc, że „rozwiązanie jest cudowne, bo sprawia, że ceny książki spadają – nie trzeba w nich uwzględniać rabatów i promocji”.

Dostępność to nie tylko szerokość oferty księgarskiej, ale i wybór miejsca zakupu. Wśród celów Ustawy jest także pomoc mniejszym księgarniom. Ponad połowa badanych deklaruje, że ważna jest dla nich obecność księgarni z fachową obsługą w pobliżu ich miejsca zamieszkania. Jak można przypuszczać, im mniejsze miasto, tym bliskość księgarni jest bardziej pożądana. Zgadza się z tym pisarka Małgorzata Gutowska – Adamczyk, której zdaniem „mała księgarnia w niewielkim mieście jest często oknem na świat dla tamtejszej publiczności czytającej. Co z tego, skoro jej właściciel dostaje z hurtowni bestseller dwa tygodnie po jego premierze w sieci i na dodatek nie może zaproponować ceny, którą wynegocjowała sieć?”


Pisarze i poeci – symbole kultury
O których z polskich lub zagranicznych pisarzy czy poetów Polacy myślą jako o symbolach kultury? W rankingu bezapelacyjnie prym wiodą klasycy – Mickiewicz, Sienkiewicz, Słowacki. Wśród twórców zagranicznych Polacy na podium ustawili Williama Szekspira. Dla wielu osób symbole kultury polskiej są jednocześnie symbolami kultury światowej. Optymistycznie nastraja fakt, iż przeważająca grupa badanych (83 proc.) nie wyobraża sobie polskiej kultury bez wymienionych przez siebie twórców. Ocalmy zatem Mickiewicza, Sienkiewicza i Szekspira #ocalksiazki






wtorek, 24 lutego 2015

Internet jako źródło cierpień

Lubimy nowości, cenimy wynalazki, które ułatwiają życie. Postęp to słowo-klucz naszej cywilizacji. Jesteśmy wobec niego bezkrytyczni, jak dzieci, a producenci rozmaitych dóbr dwoją się i troją, aby wmówić nam, że to, co właśnie kupiliśmy już za postępem nie nadąża. 

Z dobrodziejstwem inwentarza jakiś czas temu zaopatrzyliśmy się w komputery, które chwilę później podłączyliśmy do Internetu. Nasza komunikacja przyspieszyła. Z listami nie trzeba już było chodzić na pocztę, mogliśmy ich pisać i otrzymywać wiele (czasem zbyt wiele) jednego dnia. Trzymały nas i niektórych nadal trzymają w szachu te skrzynki mailowe. "Masz wiadomość!" - było niczym zaklęcie prowadzące ku lepszej przyszłości. 

Związki powstawały i rozsypywały się, czytaliśmy kultowe powieści, próbujące opisać to zjawisko. Żyliśmy bardziej "tam" niż "tu". Traciliśmy czas zaoszczędzony dzięki niechodzeniu na pocztę zasypywani milionem niepotrzebnych wiadomości, które pokazywały nam całą nędzę świata, choć z rzadka, trzeba przyznać, również jego piękno.    

Wkrótce okazało się, że na Internecie można nieźle zarabiać, powstały rozmaite platformy wymiany myśli, które w mgnieniu oka zamieniono na plotki, bo te się jeszcze lepiej sprzedawały. 

Tytuły wiadomości zaczęto formułować tak, aby zmusić czytelnika do kliknięcia w link. Klikalność wzięła górę w mediach i to ona zaczęła decydować o publikowanych treściach. Poważni wydawcy, zmuszeni do walki o wynik finansowy, wsadzili do kieszeni skrupuły, bez żalu rozstali się z misją i etyką, tymi dziwnymi słowami, które można już znaleźć tylko w papierowych słownikach. Ale kto w dzisiejszych czasach zagląda do słownika? 

Nagle wyszło na jaw, że aby wypełnić nieskończone przestrzenie Internetu, każdy może i nawet powinien być nadawcą! Więc najpierw komentowaliśmy co tchu różne posty, potem zaczęliśmy zakładać własne strony, blogi i vlogi. Już tylko nasze prababki pamiętały, co znaczy "skromność" czy "pokora". Świadomość własnej niedoskonałości została przy nielicznych. 

Obecnie każdy może, a co dziwniejsze, wielu też chce ośmieszyć się na własne życzenie.

"Wiem, że nic nie wiem" - co za głupek to powiedział? Dziś wszyscy wszystko wiedzą, na wszystkim się znają, wypowiadają się z mocą profesjonalisty. Ledwie opierzeni nastoletni blogerzy pouczają w sprawie mody, pisania, zdrowia, polityki i wychowywania zwierząt domowych. 

Czy rzeczywiście znają się na tym, o czym piszą? A czy muszą się znać? Mamy wszak metodę "copy-paste", uniwersalną, zwłaszcza jeśli chodzi o zdobywanie wykształcenia na poziomie od gimnazjum wzwyż. Nauczyciele, dla których często Internet to terra incognita, przestali zadawać prace pisemne, bo nie potrafią wyśledzić, gdzie kończy się inwencja własna ucznia, a gdzie zaczyna pomoc portali typu Ściąga.pl czy Zadane.pl. 

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć, co wyniosą ze szkoły uczniowie polegający przede wszystkim na pomocy kolegów. Nie trzeba się wysilać, aby zrozumieć, że student, który nigdy nie zmarszczył czoła przy próbie samodzielnego sformułowania myśli, będzie musiał pogodzić się z zatrudnieniem na infolinii, bo bystrością podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie błyśnie.       

Metoda dzielenia się treścią doprowadziła nie tylko do plagiatowania, ale i do przestępstw. Mieliśmy ostatnio przypadek skopiowania treści bloga przez nastolatkę, która nie była autorką, i wydania go w formie powieści przez szacowne warszawskie wydawnictwo. Sprawa została uznana w sądzie za "nieszkodliwą", a prawdziwa autorka na razie nie doczekała się sprawiedliwości.

Internet kusi do ogłaszania własnych poglądów i treści. Mamy więc wyżej wspomniane blogi, mamy self-publishing idący w tysiące tytułów, z których wiele nie miałoby szansy na wydanie w tradycyjnych wydawnictwach, gdzie redaktorzy choćby liznęli literatury pięknej. Najbardziej spektakularny przykład to powieść bodaj dziesięcioletniego autora, którego rodzice na spotkaniu autorskim opowiadali bajki o tym, że "wydawnictwo niewiele zmieniało". Cóż, akurat znam redaktora tego pożal się Boże dzieła. Nie chciałabym swoją drogą być w skórze nauczycielki języka polskiego owego nastoletniego dziś autora...

Internet działa podobnie jak demokracja. Zrównuje wszystkie komunikaty i komentarz polityczny profesora politologii ma taką samą wartość jak wiązka przekleństw Zenka spod budki z piwem. Tyle, że jest rzadziej czytany. wiązce przekleństw wróże długie i obfite w kliknięcia internetowe życie. 

Dzięki naszym telefonom komórkowym nie musimy już pisać listów do redakcji i czekać na łaskę dziennikarzy, którzy wezmą pod lupę ich wartość merytoryczną oraz stylistyczną. Rzadkie kiedyś rubryki z potknięciami typu "humor zeszytów" spotykamy dziś na każdej kolumnie, również w mediach uważanych za wiodące. Nie ma dnia, bez literówki, błędnego wyrażenia, złego połączenia frazeologicznego. Czytanie aż fizycznie boli.    

Na większości stron internetowych znajdują się kardynalne błędy - interpunkcyjne, stylistyczne, ortograficzne. Właściciele tych stron nie przeczytali komunikatu, który wysłali, nie spróbowali poprosić o to kompetentną osobę, która by im poprawiła brudy, zniechęcające potencjalnych klientów.

A może i nie zniechęcające, bo już tak niewielu zostało purystów językowych, że wszystko jedno, jak napiszemy razem czy osobno, jakiego "u" użyjemy, postawimy czy nie jakiś znak przestankowy, z wielkiej zaczniemy litery czy z małej. 

Czytanie nic niewartych, multiplikujących się w nieskończoność komunikatów zabiera czas, który moglibyśmy spożytkować znacznie bardziej konstruktywnie i tworzy mylące wrażenie, że właśnie tak powinno wyglądać dziennikarstwo, poradnictwo czy literatura.

Internauci kryjący się pod nickami, które zapewniają im anonimowość, zaśmiecają mózgi swoich odbiorców, tworząc nowy kanon bezmyślności i bezguścia. Ku uciesze gawiedzi produkują bazarowe treści, wzbudzające jedynie rechot, czyli tak zwaną "bekę" i utwierdzają swych czytelników w dobrym samopoczuciu. 

Internet jest również świetnym medium, żeby ludzi omamić. Jedna z moich skrzynek pocztowych aż pęka od bardzo zachęcających reklam niebezpiecznej gry finansowej. Ilu internautów oprze się reklamie typu: "Bezrobotny po tygodniu spłacił swoje długi, miesiąc później kupił synowi mieszkanie?". Przez Internet oszuści wykradają dane do kont bankowych, stosują stalking, podszywają się pod cudzą tożsamość. 


Internet obnażył to, czego chyba nie chcieliśmy się o sobie samych dowiedzieć: że łatwo nami manipulować, że interesują nas płytkie treści, że nasza znajomość języka ojczystego i wypowiadania się w tym języku jest znikoma, że bawią nas głupoty, a "beka" rządzi światem. 

Jak sobie z tym wszystkim poradzimy? Czy pokolenie, które wychowało się bez Internetu, znajdzie w sobie dość siły aby się przeciwstawić się jego niebezpieczeństwom? Wątpię.  

Dixi.  

piątek, 13 lutego 2015

Rolnik szuka żony, czyli nasze aspiracje

Co roku przed świętami ogłaszany jest ranking najbardziej oczekiwanych prezentów choinkowych i tych, które zostaną wręczone. Statystyki uparcie wskazują tu książki i rokrocznie ludzie, którym temat leży na sercu, cieszą się jak dzieci, mając nadzieję, że zostanie odwrócony upiorny trend, jakim jest ucieczka Polaków od czytania, a co za tym idzie - od myślenia. 

Książka w tym rankingu pojawia się na pierwszym, ewentualnie na drugim miejscu, ale to chyba poprawność polityczna ankietowanych każe im kłamać w odpowiedziach, bo kiedy już miną święta, zostaną wykonane rzetelne badania, jak chociażby te Biblioteki Narodowej, nagle okazuje się, że mimo iż 40% Polaków dostało pod choinkę książkę, ponad sześć milionów wciąż pozostaje poza jakimkolwiek kontaktem ze słowem drukowanym. 

To nie jest tylko zmartwienie wydawców, pisarzy i księgarzy, których zyski maleją. To powinno zostać i już zostało zdaje się poddane głębokiemu namysłowi państwa, bo znalazły się nagle pieniądze na dofinansowanie bibliotek i programy upowszechniania czytelnictwa.

Dlaczego tak późno? 

Dlaczego biblioteki przez lata miały tak zastraszająco mało nowości, tego motoru czytelnictwa? Dlaczego tak długo znajdowały się w zapyziałych, nieremontowanych budynkach? Dlaczego nasze władze z odrazą odpychały od siebie każdą myśl o inwestowaniu w rozwój czytelniczy społeczeństwa? 

Bo były inne cele?

A co nam po innych celach, jeśli stracimy tożsamość? Co po najwygodniejszym życiu, jeśli odebrany nam zostanie dyskurs o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Kim wtedy będziemy? Sytymi świniami, które zasypiają nad pełnym korytem? 

Są kraje i narody, dla których biblioteki nie były niechcianym balastem do szybkiego zastąpienia przez stadiony i aquaparki. Te kraje przez długoletnią świadomą politykę rozwijania kompetencji czytelniczych swoich obywateli osiągnęły też coś, co leży może poza istotą czytelnictwa, a jednak nierozerwalnie się z nią łączy: innowacyjność i postęp. 

Jeśli nie chcemy być dla świata tylko i wyłącznie zapleczem taniej siły roboczej, a z cenami robocizny w Azji nie uda nam się konkurować, powinniśmy budować świadomość społeczeństwa, że bez kompetencji czytelniczych i to nie na poziomie "Greya" czy "Zmierzchu", nie uda nam się osiągnąć dobrobytu, do którego aspirujemy, albowiem jest on nierozerwalnie związany z wykształceniem. 

Nie tym wykształceniem, które zdobywa się bez żadnego wysiłku na płatnych studiach, tylko z tym, które zdobywamy ustawicznie, w ciągu całego swojego życia, studiując słowo pisane i nad nim rozmyślając.

A skoro już ponad sześć milionów Polaków przyznaje, że nie tyka słowa pisanego, to nie ma się co dziwić, że prawie połowa narodu nie ma też żadnych umiejętności cyfrowych. Ludzie ci nie potrafią wykonać na komputerze najprostszych operacji, nie korzystają z przeglądarek internetowych. To dowód naszego braku wykształcenia i ucieczki od poszerzania kompetencji, kiedy się już pewne (choćby podstawowe) posiadło. 

Co martwi najbardziej: wśród cyfrowych analfabetów jest wielu nauczycieli! 

Jednostki nie pociągną całego społeczeństwa. Jeśli chcemy żyć wygodnie i być postrzegani jako partnerzy w Europie, to nie wystarczy złapać do rąk pilota od telewizora i zarechotać nad nowelą dokumentalną, tą najtragiczniejszą z żenad ostatniego dziesięciolecia, nie wystarczy mieć o sobie dobrego zdania, idąc na rozmowę o pracę. Trzeba wiedzieć, że bez ustawicznego dokształcana, zostaniemy wreszcie przegonieni przez te dwa ostatnie narody, które już nam i tak depczą po piętach.       

Wtedy tylko pozostanie nasze tradycyjnie dobre samopoczucie, łyk piwa, najpopularniejszego artykułu spożywczego, na który nikomu nie żal pieniędzy, i "Rolnik szuka żony" w telewizji. 

Dobrej zabawy.

Dixi. 

niedziela, 8 lutego 2015

Rabunek w białych rękawiczkach, czyli sprzedaż bezpośrednia

Kto z pośród Was nie ma w rodzinie i gronie znajomych emeryta naciągniętego na niebotycznie kosztowne garnki, pościel, leki czy urządzenia medyczne, jest szczęściarzem.

Starsi ludzie odsunięci na boczny tor, dla których mamy zbyt mało czasu, nudzący się w swoich domach, stali się łakomym kąskiem firm sprzedaży bezpośredniej. Te pod pozorem spotkań przy kawie, występów artystycznych, wycieczek krajoznawczych czy pielgrzymek, organizują polowania na złaknionych kontaktów międzyludzkich, łatwowiernych staruszków. 

Niemający pojęcia o nowoczesnych technikach sprzedaży, nieposiadajacy internetu w swoich telefonach, złapani na lep wyjątkowych okazji pragną, abyśmy się zachwycili ich przemyślnością i podziękowali za dobre serce, kiedy kupują na spotkaniu niezwykle drogie garnki, odkurzacz piorący czy inne towary.

Ulegają presji świetnie wyszkolonych, manipulujących nimi oszustów, którzy stwarzając sztuczną presję w postaci prezentu, wycieczki czy umykającej ostatniej szansy, sprzedają im produkty cztero- czy pięciokrotnie droższe niż w sklepach.  

Gdy przerażony emeryt zorientuje się w czym rzecz, często jest już niestety za późno. Nie zdąży oddać drogocennych garnków, które nie są mu potrzebne, bo minął dziesięciodniowy termin. Firma mu zresztą niczego nie ułatwia, infolinia nie działa, pracownicy są uprzejmi tylko do momentu sfinalizowania umowy ratalnej, potem zdejmują maski.

Bardzo mnie dziwi branie udziału w tego typu przedsięwzięciach osób publicznych, jak chociażby Karol Okrasa, które swym nazwiskiem firmują te oszukańcze praktyki, choć jako żywo na brak środków do życia nie narzekają! 

Zastanawia mnie bierność władz miast i samorządów, które wpuszczają na swój teren firmy okradające w biały dzień ich obywateli!

Zastanawia mnie brak prawa, które regulowałoby zasady handlu, mimo że do Urzędu Konkurencji i Konsumentów rokrocznie wpływa około trzydziestu tysięcy zażaleń na ten typ sprzedaży!

Czy zlekceważylibyście taką ilość napadów rabunkowych na ulicy? 

Moim zdaniem cena sprzedaży powinna być uzasadniona ekonomicznie. I tak, jak nie wolno wprowadzać cen dumpingowych, tworzyć zmów cenowych, tak nie powinno być zgody na to, aby wart sto dolarów odkurzacz czy naczynia sprzedawać za cztery czy pięć tysięcy, wmówiwszy nieświadomemu odbiorcy, że to i tak tylko 2/3 ceny, a on jest wyjątkowym szczęściarzem.



Starszym ludziom, pozostawionym samym sobie, dzieje się krzywda. I tak, jak walczymy z plagą narkomanii, powinniśmy dać wsparcie emerytom, aby złaknieni towarzystwa i rozrywki nie pozwalali się okradać przez cwaniaków. 

Gdybyśmy poszli z ciocią czy babcią na takie spotkanie i znaleźli w internecie ceny podobnych towarów oraz zadali kilka rzeczowych pytań organizatorom, odczarowalibyśmy może tę magię, która każe starszym ludziom pozbawiać się równowartości kilku emerytur, aby kupić niepotrzebny im sprzęt o wielokrotnie zawyżonej cenie! 

Dixi.