wtorek, 28 grudnia 2010

O komunikacji

Kiedyś ludziom dużo czasu zabierała  komunikacja.

Zarówno przesyłanie wiadomości, jak i przemieszczanie się, trwało i trwało. Co prawda poczta takiego choćby Królestwa Polskiego zapewniała dostarczenie pilnego listu z Warszawy do Paryża w dwie doby, co nawet dziś robi wrażenie, ale wysłać wiadomość do Paryża możemy teraz w tej samej chwili, gdy skończymy ją pisać.

Jeden z moich ulubionych pisarzy, Jean d'Ormesson, powiedział kiedyś, że czas znacznie przyspieszył, od kiedy koń przestał być głównym sposobem pokonywania przestrzeni.

Teraz, dysponując pociągami, samochodami i samolotami w ciągu jednego dnia możemy się przemieścić na inny kontynent. Komunikacja jednak wciąż zabiera nam bardzo dużo czasu.

Zaryzykowałabym twierdzenie, że coraz więcej, poszerzył się bowiem znacznie krąg osób, z którymi możemy się kontaktować, a komunikacja nie polega już dziś na przemieszczaniu się w przestrzeni rzeczywistej.

Czy ktoś jeszcze pamięta, jak wyglądał świat przed Internetem?

Co ludzie wtedy robili z czasem? Chodzili na pocztę? Stali w oknie, czekając na listonosza?

Pamiętam codzienne zaglądanie do skrzynki na listy po powrocie ze szkoły. Ile w tym było nadziei na wieści ze świata...
Był to czas, kiedy nie zapychały jej same rachunki i reklamy. Czekałam na listy.

Jeszcze dawniej kontakty były oczywiście znacznie bardziej bezpośrednie. Towarzystwo siedziało przy kominku, ktoś czytał na głos, rozmawiano, panny uczyły się cierpliwości, rozplątując kłęby splątanych nici lub haftując monogramy na chusteczkach.
W salonie panował półmrok, bo światło przed wynalezieniem elektryczności było drogie.

Dom iskrzył się od świateł tylko w święta, wtedy też bawiono się w gry i zabawy, które dziś budzą zażenowanie i - jak się wydaje - przystoją jedynie przedszkolakom.
Żeby wziąć udział w spotkaniu towarzyskim albo balu, jechało się czasem dziesiątki kilometrów, bo świat, choć mniejszy (wszak wciąż się rozszerza), był wtedy jednak bardziej rozległy.

Dziś więcej czasu spędzamy samotnie przed ekranami naszych komputerów, a wysłanie i odebranie komunikatu, to kwestia chwili. Możemy być wszędzie, nie ruszając się z miejsca.
Świat się skurczył, a ograniczenia stawia nam jedynie znajomość obcych języków i kultur.

Ale to nie jedyna i chyba wcale nie najważniejsza zmiana.
Rewolucyjna różnica tkwi w fakcie, że dzisiejszy świat powoli zatraca prywatność przekazu.
Kiedyś tajemnica korespondencji była rzeczą świętą, pamiętniki chowało się pod poduszkę lub do głębokich, zamykanych na klucz szuflad.

Teraz strzeże się już chyba tylko wielostronicowe teksty umów korporacyjnych. Wszystko inne jest do wglądu, a  wartość komunikatu często polega jedynie na jego jawności.

W przestrzeni wirtualnej jest to bowiem jeden z niewielu dowodów na istnienie autora.
"Mówię, więc jestem" z powodzeniem zastępuje więc dawne "Myślę, więc jestem".

Kiedyś, żeby dostać prawo do publicznej wypowiedzi, trzeba było dowieść, że ma się coś do powiedzenia. Dziś tysiące ludzi każdego dnia dowodzą, że są głupi, jak komentarz na Onecie.

Tak działa demokracja w mediach. Coraz trudniej oddzielić ziarno od plew.

Ale czasem warto próbować.

Rzekłam.

sobota, 25 grudnia 2010

Co wynika z psiej tresury?




Moje psy, zmęczone chaosem związanym z przygotowaniami do Wigilii, wizytą babcinej suki, bieganiem we cztery po domu, żebraniem przy stole i tym całym świątecznym bałaganem, który wytrącił je z codziennego, znajomego rytmu, niestety, nie doczekały północy. Usnęły snem sprawiedliwego i nie skorzystały z przysługującego im raz do roku prawa głosu.

Zastanawiam się, cóż takiego by mi powiedziały, gdyby tej pięknej tradycji stało się zadość?
Podejrzewam, że to samo, co treserka Agnieszka, która ostatno nas odwiedziła: żebym ich nie traktowała, jak ludzi.

Ponieważ półroczna goldenka, Milka, sprawiała wrażenie psa nazbyt uległego i bardzo złośliwego jednocześnie, nie przypominając w charakterze żadnej z naszych sznaucerek, byłam ostatnio trochę zmęczona ciągłymi rozczarowaniami, związanymi z jej zachowaniem. Nie przychodziła na wołanie, załatwiała swoje potrzeby w domu, a jednocześnie na każde podniesienie głosu reagowała zawstydzającymi mnie dowodami uległości.

Agnieszka wytłumaczyła mi, o co chodzi i powiedziała, że mam być dla mojego psa chodzącym dystrybutorem smakołyków: nagradzać za każde dobrze wykonane polecenie.

Zadziwiające, jaka siła tkwi w malutkim psim ciasteczku!
Sytuacja natychmiast się zmieniła. Milka zalicza znacznie mniej wpadek, a nasze wzajemne relacje bardzo się poprawiły.

Gdyby próbować przenieść to doświadczenie na grunt ludzki, znaczyłoby, że nie kara, ale nagroda jest lepszym sposobem na osiągnięcie celu wychowawczego. Czytałam o tym wielokrotnie, doświadczałam w swoim życiu licznych przykładów zbawiennego wpływu nagrody na osiągnięcia twórcze i zwyczajne ludzkie zachowania.

Nagroda ma moc włączania generatora poprawy, podczas gdy kara ten generator wyłącza.

Jak to się dzieje i dlaczego? Wiadomo, każdy lubi być chwalony, chcemy zasłużyć na kolejną pochwałę.
Czy to będzie premia w pracy, piątka w dzienniczku, uśmiech mamy, czy psie ciasteczko.

W ksiażce o stosunkach męsko-damskich przeczytałam kiedyś: "Chwal pożądane, ignoruj niechciane".
Na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, kiedy jednak chcieć wprowadzić je do naszych relacji, musielibyśmy milczeć w każdym przypadku, kiedy coś nam się nie podoba w zachowaniu partnera, dziecka, przyjaciół, rodziców.

I mamy pat.

A przynajmniej rodzi się obawa, że kiedy zastosujemy się do sentencji, niechciane zachowania nigdy nie zostaną wyeliminowane.

Jakiej rady udziela nam w tym przypadku psi treser?
Otóż mówi, żeby po karze bardzo szybko następowała nagroda. Prawdopodobnie chodzi o wyeliminowanie zniechęcającego uczucia przykrości, które bywa bardzo często podstawą niezadowalających zachowań.

Nauczyciele, podobnie, jak rodzice, znają zbyt małą ilość metod, by realizować swoje cele. Najbardziej wymyślne kary działają bowiem niezwykle krótko. Błąd się powtarza z zadziwiającą regularnością, świadcząc o nieskuteczności posiadanych przez nauczycieli i wychowawców narzędzi.

A gdyby tak odwrócić układ i spróbowac tresury? "Nie wychowuj mnie, tylko tresuj", powinny prosić dzieci, bo treserzy już dawno zauważyli, że nie kijem osiąga się cel, ale marchewką.

Psia tresura jest skuteczna, przekonałam się o tym wielokrotnie, ale podobnie, jak w wychowaniu, działa jedynie i wyłącznie wtedy, kiedy wykażemy się konsekwencją, a z tym jest już niestety znacznie gorzej...

środa, 22 grudnia 2010

Pułapki dobroczynności

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia to moment, kiedy częściej myślimy o tych, których los tak wstrząsająco opisał Andersen w baśni "Dziewczynka z zapałkami".
Dickens w "Opowieści wigilijnej" pokazał drugą stronę lustra, to znaczy tych, którzy mogliby, ale nie angażują się w dobroczynność, bo ich serca są stwardniałe na kamień.

Jak wynika z badań społecznych większość Polaków nie angażuje się w dobroczynność.
Dziwne, bo wydaje się, iż Polacy to naród gorących serc. Wystarczy przyjrzeć się corocznej akcji "Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy".

Od kiedy ten sam młody człowiek dwukrotnie chciał ode mnie wyłudzić na Krakowskim Przedmieściu pieniądze na "powrót do domu" nigdy nie wspieram nikogo na ulicy.

Tak, mam serce z kamienia.

Wydał całą kasę? Niech wraca do Skierniewic na piechotę.
Nie obchodzą mnie Cyganki czy Rumunki ze swymi ślicznymi dziećmi owiniętymi w łachmany.
Że nie mają na chleb? Być może.
Całego świata i tak nie zbawię.
Jeśli pomagać to z sensem, wierzę raczej w akcje skoordynowane albo pomoc konkretnej osobie.

Jako darczyńcy chcemy mieć pewne prawa. Chcemy móc wpływać na los obdarowanego.

Czy czyjkolwiek los zmieni się pod wpływem jednej, choćby najszlachetniejszej paczki?
Nie. To my zapewniamy sobie dobre samopoczucie.
I nawet przez najdroższe prezenty nie nabywamy praw do oceniania obdarowywanego.

Jakaś pani żali się, że jej paczka trafiła w ręce kogoś, kto miał brud w domu i palił papierosy.
Przykro mi, że tacy ludzie istnieją, ale tak właśnie degeneruje bieda i brak dobrych wzorców.
Wszyscy chcielibyśmy wejść do pokoiku na poddaszu, gdzie będzie schludnie, sympatyczni ludzie, poczęstują nas herbatą i jeszcze na dodatek będą umieli wyrazić swą wdzięczność.
Bo po to przecież to robimy. Dla ich wdzięczności.

Tymczasem to się prawie nigdy nie zdarza, a wdzięczność ludzka ma żywot motyla.
Z miejsca okazuje się, że rzeczy, którymi obdarowaliście, są nie tej jakości, że paczka za mała, za rzadko otrzymywana, że mogliście się bardziej postarać.

Obdarowani niezwykle szybko tracą poczucie, że coś zyskali, rośnie zaś w nich przekonanie, że dostali zbyt mało. To rodzi frustrację po obu stronach. Celnie opisał to Aleksander Puszkin w "Baśni o rybaku i złotej rybce".

Jednokrotna pomoc nie zmienia nic w życiu obdarowanych, częstsza pomoc uzależnia ich od otrzymywanych darów i zniechęca do podejmowania własnej aktywności, bo wygodnie jest żyć na cudzy koszt.

Ludzie szybko uczą się, jak pomoc wyłudzać.

Czułam się oszukana, kiedy następnego dnia, idąc tym samym odcinkiem Krakowskiego Przedmieścia, zobaczyłam gówniarza, który nie dojechał do Skierniewic, a dałam mu tyle, że na pewno by wystarczyło na bilet.

Nic więc dziwnego, że trudno jest być darczyńcą. Nie mając wpływu na reakcję osoby, której chcemy pomóc, nie wiedząc, czy jest to ta właściwa osoba, nie otrzymując żadnego podziękowania, a być może nawet jeszcze wzgardę, bardzo łatwo się zniechęcić.

Jednak nie traćmy nadziei, wszak wkrótce Boże Narodzenie.

Z tej okazji przyjmijcie moje najlepsze życzenia: abyście w każdej chwili Waszego życia czuli radość i byście zawsze byli darczyńcami, a nie obdarowywanymi.

Wesołych Świąt!

sobota, 18 grudnia 2010

Książka pod choinkę

W jedym z czasopism natknęłam się na ranking gwiazdkowych prezentów oczekiwanych.
Jeśli mnie pamięć nie myli, na drugim lub trzecim miejscu, jako najbardziej oczekiwany prezent (bodajże po kosmetykach i biżuterii), były książki.

Pokiwałabym głową z uznaniem dla mądrości społeczeństwa, ale że ostatnio dałam się jakiemuś młodzieńcowi zbajerować na rozmowę o supermarketach, nie zrobię tego.
Po teście, jaki ze mną przeprowadził, wiem już, że:
- respondent się szybko nudzi,
- respondent kłamie,
- pytania są tendencyjne.

Jestem osobą poważną i kiedy ktoś mnie o coś pyta, zakładam, że potrzebuje mojej wiedzy, toteż chcę odpowiedzieć zgodnie z przekonaniem oraz sumieniem. Jednak, kiedy zadaje mi się po raz piąty to samo pytanie, dotyczące w dodatku supermarketu, w którym nigdy nie byłam, to albo zaczynam sykać i mówić "nie wiem", albo kłamać, wreszcie rzucam numerkami odpowiedzi losowo.

A potem mądre głowy będą chciały z takiego badania rynku wyciągać daleko idące wnioski!

Jeśli osoby odpowiadające na pytania o prezenty świąteczne były tak samo znudzone jak ja, rzucały na odczepnego, że chcą pod choinkę dostać książkę, bo była w odpowiedziach umieszczona bliżej niż ciuchy, wycieczka lub sprzęt AGD.

Mogły też kłamać, żeby poprawić swój wizerunek w oczach pytającego.

Po co? No właśnie...

Wszyscy wiemy, że Polacy nie czytają.
Tłumy w empikach niewiele tu zmienią.

Książki kupuje jakieś dziesięć procent społeczeństwa, czyta pewnie połowa tego, bo najwięksi wydawcy, to wydawcy podręczników i informatorów (kalendarze, senniki, książki kucharskie, diety, cudowne wyleczenia z raka, robótki ręczne, mapy i przewodniki, dzieje świętych etc).

Nie sądzę, aby przeszkodą w czytaniu była cena książek, wydaje mi się raczej, że chodzi o to, iż jako społeczeństwo uważamy się za tak mądrych, że każdą dodatkową refleksję uważamy za zbędną.

A jeśli już czytamy, to w literaturze szukamy "odprężenia", co jest totalnym nieporozumieniem, bo sztuka nie ma służyć "odprężaniu". Po to się chodzi do spa!

Więc dlaczego Polacy powiedzieli ankieterom, że chętnie zobaczyliby w worku Mikołaja lub Gwiazdora (lubię to określenie) właśnie książki?
Może chcą, żeby Mikołaj (ew. Gwiazdor) wykonał za nich czarną robotę?
Bo skoro już mają papier na te wyższe studia, to wypadałoby postawić ze dwie książki na półce, choćby i nieprzeczytane, a księgarnia jakoś im ciągle nie po drodze...

W większości polskich domów nie ma w ogóle książek.

Wszystkim Wam, którzy się tu zabłąkaliście, życzę pod choinkę radującego serce stosiku!
Ja już wysłałam zamówienie do mojego rejonowego Gwiazdora.

Mam nadzieję, że będzie przystojny.
Chciałam powiedzieć: hojny ;-)

Rzekłam.

czwartek, 16 grudnia 2010

Polskie grudnie

Nie pamiętam zbyt dobrze grudnia 1970.

Dwa lata po tragicznym marcu'68, kiedy Polacy zgodzili się na wyrzucenie ocalałych w holokauście Żydów, co było wstydem nie mniejszym od tolerowania ludobójstwa podczas okupacji, robotnicy, rzekome pieszczochy systemu, podnieśli głowy i dokonali zmiany w rządzącej partii.

Nie obyło się bez rozlewu krwi, jak w czerwcu '56 w Poznaniu.

Pamiętam "Pomożecie?"  Edwarda Gierka. Jego twarz i jego machnięcie głową, jakby oczywiste było, że robotnicy i cały naród znowu zacisną pasa, by garstka przywiezionych na radzieckich czołgach i domorosłych dygnitarzy partyjnych opływała w dostatki, podczas gdy cała reszta miała puste haki w mięsnym.

Gierek znał Europę i chciał dać narodowi dobrobyt. Długi zaciągnięte wtedy, spłacamy do dziś, a samego Gierka nie ominął los internowanych w następnym grudniu, gdy znów się wszystko posypało.

Wydawałoby się, że kto nie pamięta dwudziestego stopnia zasilania, racjonowania wody, butów na kartki, pustych półek, kilkugodzinnych kolejek po karton bobofrutów i amerykańskiego mleka w proszku, rozdawanego na plebaniach, ten ma szczęście.
Ale byłoby to zbyt proste. Każde pokolenie ma swoje troski.

Bodaj przyszło nam żyć w nudnych czasach.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Dziś trzynasty grudnia

W niedzielę rano dwadzieścia dziewięć lat temu, jak dziś, była piękna pogoda. Słońce iskrzyło się w śniegu, był lekki mróz, nie chciało się wychodzić z domu. Poprzedzającej ten dzień nocy rządząca partia, pod pretekstem mniejszego zła, dokonała zamachu na swój naród.

Podziały, jakie spowodował stan wojenny, są widoczne do dziś.

Na szczęście jednak coraz mniej Polaków kojarzy datę 13 grudnia.
W facebookowych wpisach moich znajomych, nikt poza mną go nie wspomniał.
Należy się z tego powodu cieszyć, bo to znaczy, że wychodzimy powoli z martyrologii.
Bardzo bym chciała, abyśmy wreszcie nauczyli się cieszyć ze swoich osiągnięć i nie popadali w przesadne rozczulanie się nad niepowodzeniami.

13 grudnia jest czarną datą w naszej historii i ostatnim zrywem PZPR, by podporządkować sobie coraz bardziej demokratyzujące się państwo. Nadzieje na założenie kagańca społeczeństwu okazały się jednak płonne i po ośmiu latach w sejmie kontraktowym dopuszczono do rządzenia również niedawnych więźniów systemu. Formacja PZPR musiała podzielić się władzą, co stało się początkiem jej końca.

Minęło dwadzieścia z górą lat od pamiętnego czerwca. Nie wszystko się udało, mamy jednak na własność nasz śmietnik i co z nim zrobimy, należy tylko od nas.
Uczymy się powoli świadomości obywatelskiej, poznajemy pułapki polityki.

Dziękuję tym wszystkim, którzy ryzykowali własnym życiem, abym dziś nie musiała wzdychać za szamponami z PEWEX-u, mydełkiem Fa z paczki przysłanej z zachodu, widok szynki w puszce nie rozczulał mnie, a moje dzieci nie chciały emigrować do Ameryki.

Chyba zbyt szybko zapomnieliśmy, jak naprawdę wtedy było.

Rzekłam.

czwartek, 9 grudnia 2010

Po co komu stare kobiety?

Nie umiem powiedzieć, co to znaczy: stara. Dla mnie starą jest osoba, której nie interesuje świat, nie ma to nic wspólnego z wiekiem metrykalnym.
Dla nastolatki stara będzie jej trzydziestoletnia ciotka, która mnie wydaje się dzieckiem.
W wieku XIX kobieta czterdziestoletnia była już matroną.
Dziś czterdziestolatka to taka trochę starsza dzierlatka.

Więc ile lat mają stare kobiety?

Są starsze od nas, a przez to uzurpują sobie wiedzę o życiu.
Nie pozwalają nam się mylić, szukać właśnych dróg, bo wiedzą, że nasza droga to ślepa uliczka.
Przez to wkurzają.
Czy ktoś lubi stare kobiety?
Nie, bo one zawsze mają rację.

Stare kobiety nie zawsze mają rację, ale jest dużo mądrych starych kobiet, które wiele wiedzą o życiu.
I chyba to nam w nich przeszkadza najbardziej.
Młodość ma w sobie tę zapalczywość i przekonanie, że odkrywa świat, którego przed nią nie było.
A on był przecież, istniał. Ludźmi targały emocje i troski, częstokroć podobne do naszych.

Stare kobiety to wiedzą, bo to był ich świat. A teraz patrzą na nas i uśmiechają się same do siebie, myśląc, jak niewiele się zmieniło.
My sądzimy, że zmieniło się wszystko, wszak dekoracje, w których gramy nasze życiowe role są całkiem inne od tamtych.

Ale dekoracje to tylko rekwizyty. Nasze również zostaną wkrótce odstawione do lamusa. Pewnie nawet szybciej, niżbyśmy chcieli.
I to my, dziś kobiety w sile wieku, będziemy mędzić naszym wnukom, uzurpując sobie wiedzę o życiu, a one, nasze wnuki, będą sarkać, że jesteśmy stare i nic nie rozumiemy.

Oto smutek starych kobiet: ich wiedza przydaje się tylko do tego, by irytować młodych.
Ale życie jest sprawiedliwe i w końcu oddajemy im sprawiedliwość.

Na koniec autocytat:

Mamy szczęście, że społeczeństwo nie pozbywa się nas w jakiś zwyczajowo przyjęty sposób. Słyszałam, że stare Eskimoski u kresu życia wychodzą na bardzo długi spacer, z którego niedelikatnie jest wrócić.

Więc może nie ma powodu do zmartwienia?

Rzekłam.

wtorek, 7 grudnia 2010

Czekając...


Kiedy patrzę na "Mędrców ze Wschodu" Grzegorza Ptaka, moje serce wypełnia czułość dla tych prostaczków, którzy idą ze swymi darami do stajenki. Skojarzenie z trzema królami narzuca się samo przez się, a przecież żaden z nich korony nie ma. Widzimy, że to biedni ludzie, którzy chcą podzielić się tym, co mają, a mają niewiele.  
Dla nas wszystkich Adwent jest okazją, by zwolnić w codziennym biegu i zauważyć innego człowieka.
Drogi nie musi nam wskazywać Gwiazda Betlejemska, zastąpi ją zwyczajna pierwsza gwiazdka.  

sobota, 4 grudnia 2010

Point de reveries, czyli koniec żartów

Czasem jakiś ekonomista zażartuje śmiertelnie poważnie, że emeryci to dziś najlepiej zarabiająca grupa społeczna.

Rzeczywiście. Może i wysokie te emerytury nie są, ale pewne, nikt nagle kurka nie zakręci, jakoś pieniądze na konto wpływają. Do czasu, bo oto ZUS informuje nas bez zawstydzenia (w końcu nie jest temu winien), że nie ma ani grosza z milionów wpłacanych co miesiąc przez pracodawców.

Co więcej, dopożycza (od kogo?) na obsługę bieżących emerytur! A ponieważ emerytów przybywa szybciej niż pracujących, nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć, jak będzie wyglądała nasza emerytura.

Dopiero mojemu pokoleniu przyjdzie zapłacić rachunek hojności i bezmyślności państwa, które w porę nie spostrzegło problemu. Nie zauważyło, bo nie chciało zauważyć, ponieważ polityka nie polega teraz na przewidywaniu procesów społecznych i zarządzaniu państwem, a na oszustwie wyborczym, które ma dać kolesiom ze zwycięskiej partii jak nawięcej synekur. Czy kiedyś zresztą było inaczej?

Dlatego nikt nie podejmuje się zaryzykowania niepokojów społecznych, które nierozerwalnie wiążą się z niepopularnymi decyzjami. Mamy doskonały i nie tak dawny przypadek Francji, której Sarkozy zamierzał zaaplikować kurację wstrząsową. I co? I nic. Niech się następcy martwią.

Ostatecznie nie będzie to jednak problem następców, a nasz, każdego z osobna Kowalskiego.

Point de reveries.

Emeryturę uważamy za świadczenie najzupełniej należne. W końcu płaciliśmy na nią składkę od pierwszej pensji. Jak, kto i czy w ogóle tym zarządzał, nie interesowało nas, bo kiedy się nie ma żadnego wpływu na proces, trudno nim sobie zawracać głowę.

Czy słusznie?

Należy przynajmniej zdawać sobie z tego sprawę, że dzisiejszy system emerytalny w Polsce to gigantyczna piramida finansowa, w której najbardziej poszkodowani będą ci, którzy wejdą do systemu ostatni.

Państwo powinno wreszcie ustami swych urzędników powiedzieć to, czego nie da się ukryć: że składki na ZUS, a mówiąc ściślej to, co sobie odkładamy na emerytury, jest kolejnym podatkiem, tym razem płaconym za opiekę nad naszymi rodzicami, a my, mimo zachęcających informacji, osobistych kont i przysyłanych co rok wyciągów, będziemy mieli z tego figę z makiem.

Nie rozumiem dlaczego nie można z tym skończyć? Wystarczyłoby ludzi zmusić do korzystania z usług ubezpieczalni, sprawdzając, czy się do tego stosują albo i nie sprawdzając. Jeśli chcesz starość spędzić na śmietniku, twój wybór. Państwo powinno ograniczyć się do roli edukacyjnej.

To samo dotyczy leczenia. Wiadomo, że jest coraz droższe. Jednak ciężkie choroby nie dopadają wszystkich, a i tak ci, których dotkną muszą żebrać o pomoc społeczną, datki i darowizny, tworzyć konta i subkonta w rozmaitych fundacjach, bo leczenie w końcu okazuje się za drogie na kieszeń państwa.

Jeśli ten idiotyczny system przetrwa, nasze wnuki nie uniosą ciężaru obciążeń fiskalnych, bo  w postaci podatku od solidarności społecznej państwo zabierze im jeszcze więcej niż nam.
Nietrudno przewidzieć konflity społeczne między starymi i młodymi.

Kto więc liczy na godną emeryturę, ten się rozczaruje i lepiej dziś zacisnąć pasa, robiąc nawet niewielkie oszczędności niż posługując się kalkulatorem emerytalnym, gdybać o przyszłości.

Przyszłości nie będzie.

Dixi.

środa, 1 grudnia 2010

O biedzie

Literatura pozytywistyczna się przeżyła, bieda wciąż trzyma się dobrze, tylko literatura już nie chce jej opisywać.

Minęło sto lat z okładem, a społeczeństwa nie poradziły i nie radzą sobie w coraz większym stopniu z milionami osób społecznie nieprzystosowanych.

Nie zlikwidował jej najlepszy z ustrojów, komunizm, troszkę tylko przypudrowując i janosikując na potęgę, ale okazało się, że to też nie jest pomysł na zlikwidowanie biedy.

Przy okazji świąt chcemy nagle okazać nasze dobre serce i pochylamy się nad potrzebującymi.
Niech będzie i tak. Filantropia na krótką metę nie szkodzi, nie rozwiązuje jednak też sprawy.

Chcielibyśmy myśleć, że bieda bierze się z lenistwa i pijaństwa. Recepta, a zwłaszcza ocena moralna byłaby wtedy prosta.
Często jednak biedę rodzi brak możliwości dostania pracy lub brak kwalifikacji, na które mogłoby być zapotrzebowanie.

Rzeczywistość, której presji się poddajemy, jest znacznie bardziej skomplikowana niż ta, która otaczała ludzi dawniej. Industrializacja uzależniła w znacznym stopniu jednych od drugich. Pieniądz jest smyczą, na której pracodawcy prowadzą pracowników i jeśli nie masz tego szczęścia, że jesteś swoim własnym pracodawcą, biada ci, bo nie znasz dnia, ani godziny.

Ale bieda bywa też atutem. Choć to brzmi dziwnie i trochę niedorzecznie, są całe grupy społeczne, które oswoiły biedę, nauczyły się z nią żyć i czerpać profity z takiej egzystencji. Cóż, to jest naturalne przystosowanie do środowiska. Rozmaitych, nakładających się na siebie rzeczywistości jest więcej niż sądzimy, albowiem na ogół widzimy świat takim, jakim od się wydaje nam.  

Kiedy przy okazji świąt robicie wasz własny bilans, nie zapomnijcie o ludziach, którzy mimo pomocy społecznej cierpią głód i niedostatek.

Jest ich więcej niż sądzicie.

PS. Wczoraj zrobiliśmy duże zakupy dla jednej z rodzin objętych programem "Szlachetna paczka".
Maciek, który kupował produkty spożywcze, zabawki i artykuły szkolne, powiedział po powrocie ze sklepów: "Mamo, robiąc te zakupy, byłbym szczęśliwszy tylko wtedy, gdybym mógł za nie zapłacić własnymi pieniędzmi".

poniedziałek, 29 listopada 2010

Tak bardzo cię kocham!

Czy potrafimy wyrażać miłość?
Pytanie banalne, odpowiedź niełatwa.

Wzory w historii zdarzały się rozmaite: od noszenia wstążek, darowywania kwiatów i śpiewania serenad pod balkonami, przez opiewanie w poezji oraz dokonywanie odważnych czynów ("Krokodyla daj mi, luby!"), wśród których wcale nierzadkim bywało wstępowanie do klasztoru a nawet samobójstwo w przypadku miłości nieodwzajemnionej (vide: moda na werteryzm).

Wydaje się rzeczą dość istotną rozważenie, czemu wyraz miłości ma służyć, a także kto, oraz wobec kogo, go dokonuje.
Inaczej bowiem zachowa się nastolatka, której widzenie świata jest z natury rzeczy dość uproszczone, inaczej człowiek dorosły. Inaczej wyrażamy naszą miłość rodzicom czy dzieciom, inaczej partnerowi.
Również etap związku jest ważny. Uwerturę gra się zupełnie inaczej niż finale. W tak zwanym zauroczeniu jesteśmy skłonni do większych szaleństw niż gdy sytuacja się ustabilizuje, a związek okrzepnie.

Wyrażania miłości nikt nas specjalnie nie uczy, robimy to, co uważamy za stosowne, najbardziej nośne i efektywne. Bierzemy przykłady z życia, lektur, zachowania naszych rodziców. Gesty bywają więc romantyczne, rozczulające, głupie, obliczone na efekt lub idące z duchem czasu.

Wyrażanie miłości jest czynnością intymną, a jednak coraz bardziej się instytucjonalizuje.
Za pasem święta, wydawcy zaczynają dodawać do czasopism cienkie zeszyciki z informacjami o zawartości tegorocznego worka świętego Mikołaja, wmawiając nam, że kupienie komuś upominku jest najlepszym wyrazem miłości.

Czyżby?

Nabycie gotowego wytworu jakiejś firmy, choćby najfikuśniejszego, najwymyślniejszego, najdroższego i z najlepszą metką, nie zastąpi nikomu kontaktu z przedmiotem uwielbienia.
To jak kupienie psu ulubionego smakołyku i rzucenie, by się zajął gryzieniem. Czy sprawi mu to większą przyjemność niż zabawa z Tobą?
Choćby nabycie upominku kosztowało nas bardzo wiele, nie darowujmy rzeczy w zamian za czas i uczucie.

Miłości się nie kupuje. Miłość wymaga czasu i uwagi.

Nikt nie wie, za co dostaje się miłość. Bo nie za poświęcenie, nie za cierpienie, nie za uporczywe pragnienie. Nie za wszystkie myśli skoncentorwane na przedmiocie uwielbienia.

Skłonna jestem twierdzić, że miłość dostaje się za nic i jednocześnie niczego nie można dać, aby ją otrzymać.

Gest darowania, dzielenia się z drugą osobą całym światem (bo wszak wraz ze sobą, ofiarowujemy jej wszystko co mamy, również nasze lęki, nadzieje, cały uzbierany przez lata bagaż) jest gestem niezapomnianym i bezcennym, często niedocenionym, odrzuconym lub wzgardzonym.
Dlatego tak bardzo boli, bo dotyka najgłębiej - naszej istoty, najtajniejszego wnętrza.

Miłość jest kapryśna. Przychodzi nie w porę. Wyglądana, nie zjawia się latami. Goniona - umyka.
Kojarzona w marzeniach ze szczęściem i spełnieniem, jest podobna do kwiatu paproci: gdy jej dotkniesz, rozpada się w pył i proch.

Byłażby zatem jedynie tworem naszej wyobraźni?

Nawet jeśli, to za to ją przecież kochamy.

niedziela, 28 listopada 2010

Niedzielne obiady

Moi synowie dorośli i sami zarządzają swoim czasem.
Oznacza to, że ich dzień nie pokrywa się z moim. Przesunięcie wynosi dobrych kilka godzin.
Trochę mi żal wspólnych posiłków, a zwłaszcza niedzielnych obiadów, które są nie do odzyskania.
Chwytałam się różnych metod, ale żadna nie skutkuje. Widać wspólny obiad nie jest dla nich żadną wartością.
Czasem odnoszę wrażenie, że samo jedzenie nie jest już taką wartością, jak kiedyś.

Może się zresztą mylę.

Wszystkiego jest pod dostatkiem, nie robi się wielkiego święta z każdego upieczonego schabu czy placka drożdżowego. Chwyta się kawałek, czasem nawet nie używając talerza, i pędzi do swojego pokoju do biurka z laptopem albo na kanapę przed telewizor. Ostatecznie, zostając w kuchni, wyciąga się gazetę i je nieuważnie, próbując dowiedzieć się jeszcze czegoś o świecie.

Uciekamy przed celebrowaniem jedzenia, czy słusznie?

Co zawiniło?  Jedzenie? A może świat, który dostarcza tak wielu bodźców, że poświęcamy im każdą wolną chwilę? Tylko, czy warto czytać prasę, błąkać się po internecie, oglądać wiadomości, kosztem porozmawiania z domownikami?

Te krótkie chwile, kiedy siedzimy wspólnie przy kuchennym stole są tak rzadkie, że - sądzę - nie zastąpi nam ich żadna najbardziej sensacyjna wiadomość.
Takich mamy zresztą w naszej prasie nadmiar.

I znowu o wzorach: gdzieżby kiedyś w dobrym domu ktoś miał zgodę na czytanie podczas posiłku! Nie dostałby na to pozwolenia nawet pan domu, niegdyś figura o wiele ważniejsza niż dzisiaj.
Czytało się w salonie, ewentualnie w gabinecie. Jadalnia służyła do spożywania posiłków.

Nieśpieszna konwersacja podczas wolno celebrowanego niedzielnego obiadu jest tym, co nasi przodkowie uznali za słuszne. I słusznie.
Niektórzy mieli zresztą żal do coraz tańszego światła, że zabija wspólną, szarą godzinę przed kominkiem.
Albowiem światło i inne źródła energii, jak węgiel czy gaz taniejąc, rozproszyły rodzinę. Dziś każdy może sobie podgrzać posiłek w mikrofalówce.
A rozproszenie rodziny po różnych pomieszczeniach domu, jak przewidywano już z końcem XIX wieku, rodzinie się nie przysłuży.
I była w tym racja.

Światło dało poszczególnym członkom rodziny wolność, z której oni natychmiast skorzystali.

Wspólna godzina zmierzchu, czy pół godziny podczas posiłków (wtedy konieczne ze względu na drogi opał oraz światło), robiło dla rodziny więcej, niż wszystkie współczesne psychologiczne sztuczki.

Problem w tym, że teraz, nawet jeśli w domu jest porządny stół, służący do przyjmowania gości, rzadko kiedy gromadzi on domowników. Może podczas świąt, a i te celebruje się coraz krócej, jakby nerwowo, z niecierpliwym oczekiwaniem, kiedy wreszcie posiłek się skończy i będzie można zająć się swoimi sprawami.

Najczęściej jadam w samotności.
Szczęśliwi posiadacze małych dzieci, które można jeszcze zmusić do siedzenia przy stole!
Nie zżymajcie się, że marudzą nad talerzem.
Zatrzymajcie tę chwilę.
Pomyślcie, że lada moment będziecie wzdychać za wspólnym, niedzielnym obiadem.

Ze smutkiem rzekłam.

piątek, 26 listopada 2010

Czynem, nie gestem, czyli razem poprawmy świat.

Od kiedy pamiętam, miałam problem z przynależnością do większych grup. W pierwszej klasie byłam na jednej (słownie: jednej) zbiórce harcerskiej, która tak mnie rozczarowała, że na następne nie poszłam, mimo że moi rodzice bawili się w harcerstwo jako druhowie.
Moją druhną była jednak chyba osoba bez polotu, bo nie zachwyciła...

Nie należałam też do innych organizacji szkolnych i studenckich, choć czasy, zwłaszcza na studiach, były jak najbardziej po temu.
Nadal się nie zrzeszam, nie przypinam czarnej wstążki, różowej wstążki ani niebieskiej wstążki. Nie noszę niebieskiej bransoletki i czego tam jeszcze.

Ludzie lubią czuć przynależność. Lubią tanim kosztem poczuć się dobrze. Marketingowcy celują w takich akcjach: przypnij niebieską wstążkę do swojego zdjęcia, na znak, że jesteś przeciwko przemocy w rodzinie. Nie przypnę. Czy to znaczy, że jestem ZA przemocą w rodzinie?
Nie, znaczy to, że jestem przeciwko pustym gestom.

Jeśli chcesz coś zamanifestować, zrób to.

Kup paczkę karmy dla psów ze schroniska, oddaj im starą kołdrę, uratuj jednego konia przed rzeźnią, wykup biednemu dzieciakowi obiady na stołówce, zafunduj mu obóz, oddaj stare książki do biblioteki, namów sąsiadkę na badanie mammograficzne, nie śmieć, ogranicz jazdę samochodem, zużycie wody i prądu, posadź drzewo, posegreguj śmieci, nie kupuj zbędnych rzeczy.

Zrób coś, co minimalnie poprawi świat.
Puste gesty świata nie poprawiają.

Tysiąc różowych kokardek nie uchroni jednej kobiety przed rakiem, sto tysięcy niebieskich nie uratuje ani jednego bitego dziecka.

Tylko rzeczywista akcja wywołuje reakcję. Tylko czyn, nie gest.

Dixi.

sobota, 20 listopada 2010

O wzorach

Nikt nas nie uczy pełnienia ról społecznych.

Dom, mniej więcej od sześćdziesięciu lat, kiedy zapanował tu realny socjalizm, jeśli próbował to robić, to zwykle w ścisłej konspiracji, bo odwołując się do starych, sanacyjnych wzorów. A wtedy nie było gorszego przezwiska. Próbowano nawiązywać więc do dawnego wychowania dziewcząt, które, skodyfikowane przez wieki, obrosłe tradycją i wskazówkami, nieco już, niestety, sparciało.

Czasy przyszły nowe, kobiety nieuchronnie parły do wiedzy i odpowiedzialnej pracy na stanowiskach, ale tym ich dążeniom nie potrafiła sprostać dydaktyka rodzinna czy szkolna.

Wraz z upadkiem dawnej Polski, odstawiono do lamusa konieczność podobania się mężczyznom, siedzenie cicho, kiedy oni rozmawiają, chowanie własnego zdania w zanadrzu.
Kobiety otrzymały prawa, wiele praw naraz, i nie bardzo umiały sprostać wolności.

Bo skoro teraz nie mężczyzna rządzi w domu, to kto?

Dom z znakomitej większości przypadków nie uczy nas porozumiewania się w małżeństwie. Bycia żoną i matką.
Nie uczy, bo i skąd ma czerpać wzory? Wzór na matkę nie istnieje. Wzór na ojca nie istnieje.

A wyobraźcie sobie, że życie to zadanie matematyczne. Kiedy mamy wykutą formułkę, jego rozwiązanie jest banalnie proste i sprowadza się do czysto matematycznych działań. Gdy formułki nie znamy, sprawa bardzo się komplikuje. Kto rozwiąże zadanie, nie mając wzoru?

Dziś uczy się nas tylko i to bardzo skutecznie, bo na każdym kroku, bycia klientem.
Ale uczą nas tego nie ci, którzy powinni, dlatego również klientami być nie potrafimy.

Wszechogarniający chaos powoduje lęki. Albowiem, kiedy wszystko jest dozwolone, nic nie stanowi pewnego drogowskazu.
Kiedyś ludzie mieli dekalog. W zasadzie teraz też mają. To bardzo przydatne narzędzie, jednak instytucja, która go uosabia, nie budzi już tak jednoznacznie dobrych skojarzeń. Miała ostatnio zbyt wiele wpadek, które mocno zarysowały jej nieskazitelny obraz.

Czego więc się trzymać, kogo stawiać za wzór? Jak wychowywać własne dzieci? Jakim być człowiekiem?
Mętne to wszystko i ulotne, bo nie nauczone i nie przepracowane.

A wydaje się nam, że żyjemy w czasach, kiedy wszystko osiągnęło jakość najlepszą z możliwych.

Nic bardziej mylnego.

Rzekłam.

czwartek, 18 listopada 2010

gender studies/men's studies

Kiedy ktoś przesadnie akcentuje swoje zasługi, zawsze przychodzi mi na myśl, że być może ma jakiś kompleks i chce sam siebie przekonać do czegoś, czego nie jest pewien.

Podobne myśli przychodzą mi do głowy, kiedy naukowcy, badacze kultury i dziedzin społecznych, rozdzielają, a może nawet rozrywają, dorobek ludzkości na dwie części, pragnąc rzekomo przywrócić kobietom należną im rolę w społeczeństwie.

Jest to złe i niepotrzebne, bo nie da się zmienić przeszłości, chyba że w powieści sf lub rzeczywistości równoległej, ale takiej, przynajmniej ja, na razie nie doświadczyłam.

Rąbanie toporem w kulturę i wskazywanie, co jest męskim, a co damskim wkładem, jest trochę jak przekonywanie, że Kopernik była kobietą i przypomina rozprawy rozwodowe, gdzie każde z małżonków chce udowodnić, który sprzęt nabyło z własnych pieniędzy.

Wiadomo, że tak się nie da, bo u podstaw małżeństwa leży niepisany na ogół kontrakt. Zakładamy bowiem, iż razem będziemy pracować na jeden, wspólny cel.

Społeczeństwo jest takim małżeństwem ludzkości. Jesteśmy dwiema połowami, niezbędnymi, by mogła przetrwać. I chociaż od stu lat z okładem rozgorzała między nami straszliwa walka, w gruncie rzeczy niezbędnymi sobie nawzajem.

Co z tego, że można już mieć dziecko samodzielnie? Świat jednopłciowy byłby śmieszny i straszny, jak u Machulskiego. 

Kobiety, nie zabijajmy więc mężczyzn, dajmy im żyć nam na chwałę i radość. Ułóżmy sobie tylko z nimi jakoś rozsądnie stosunki. Wiem, że to potwornie trudna robota, sama mam trzech facetow w domu, ale czasem się udaje.

Kobiety chcą się realizować. Uważam, że słusznie. Chcą rządzić - pewnie wiedzą nie mniej o życiu i potrzebach społeczeństwa niż mężczyźni.
Jednego raczej nie zmienią: to nas natura predestynowała do roli kapłanek ogniska domowego.
I można oczywiście z roli matki świadomie zrezygnować, ale nie ma się co obrażać na przeszłość, kiedy takie rzeczy były oczywiste.

Dopiero pigułka antykoncepcyjna oderwała naszą płciowość od płodności. Pozostawanie w domu podyktowane było dobrem dziecka, nie matki. Jeśli kobiety obrażają się za to na mężczyzn, w dodatku mając na myśli przeszłość, to jest to moim zdaniem głupie.

Dzięki składam sufrażystkom, emancypantkom i feministkom za to, że wywalczyły kobietom pole do działania. Ale przecież nie mniej nam to załatwiły dwie wielkie wojny, które zabierały o wiele więcej mężczyzn, niż kobiet, pozostawiając lukę na rynku pracy, którą kobiety chcąc, nie chcąc, musiały zapełnić.

To jednak nie mogło przecież zmienić ich natury. Teraz, pracując w fabrykach, robiąc doktoraty i latając w kosmos, nadal rodzimy i wychowujemy dzieci.

A dziecko, na które się decydujesz, powinno na pewien czas być twoim priorytetem. Bo ty też nie chciałabyś zostać podrzucona przez swą matkę do zawodowej instytucji opiekuńczej.

Dlatego postuluję o świadome wybory. Łączenie ról jest piekielnie trudne. Mogę o tym mówić, bo sama takich trudnych decyzji w moim życiu doświadczyłam. Ja też buntowałam się przeciwko niesprawiedliwości natury, też nie lubiłam ogłupiającego siedzenia w domu. Macierzyństwo to nie jest film o szczęśliwej rodzinie, który w każdej chwili możesz wyłączyć. To lata poświęceń, za które być może nigdy nie doczekasz się nagrody.

Jeśli ciągnie cię do świata i kariery, musisz sobie zdawać sprawę, że dzieci będą cię w tym dążeniu wstrzymywać. Jeśli zaś decydujesz się na podwójną rolę, musisz wiedzieć, że nie będzie łatwo.
Ciągła szarpanina, lęki, wyrzuty sumienia. Będziesz padać z nóg i stale nic nie będzie zrobione na czas.

A jednak kobiety się na to decydują. Dlaczego?

Nie potrzebuję żadnych gender studies ani men's studies (jakie rzekomo powstały w odpowiedzi na żeńską zapewne inicjatywę tych pierwszych), by wiedzieć, że to kobiety, mimo swej rzekomo podrzędnej roli, grają pierwsze skrzypce w orkiestrze ludzkości.
Naszą zasługą i winą jest większość plag, bo to my wpajamy naszym dzieciom podstawowe zasady.

To pociechy są naszym pomnikiem. Po dzieciach będą nas sądzić.
Spójrz na swoje dziecko i pomyśl, czy aby nie nadszedł czas, aby coś jeszcze w nim zmienić.

Co rzekłszy, upadam do nóżek.

niedziela, 14 listopada 2010

O odwadze

Odwaga ostatnio strasznie staniała. Mogą sobie na nią pozwolić już niemal wszyscy.
Dzięki Bogu mamy czasy pokojowe, ani mężczyźni, ani kobiety, ani tym bardziej dzieci, nie muszą narażać życia w walce o słuszną sprawę, narażają się co najwyżej na śmieszność.

Gdy wszystko jest dozwolone, gdy nikogo nie poruszają niczyje coming-outy, bo tyle już tego mieliśmy, nie jest odwagą przyznać się do czegoś sprzecznego z powszechnie panującą normą. Sądzę nawet, że odwaga przyznania się do odstępstwa od normy stała się towarem na sprzedaż. Tym lepszym, im więcej osób mogłaby jeszcze poruszyć.

I muszą się nieźle nagłowić współcześni skandaliści, co ewentualnie powiedzieć, by na siebie zwrócić uwagę.
Rachel Cusk, angielska pisarka, w wywiadzie udzielonym Wysokim Obcasom, przyznaje się, że od chwili, kiedy została matką, umarła.

Osobiście nic nie mam przeciwko cudzym zwierzeniom, uważam je za kształcące, czasem zabawne, zawsze ciekawe.
Po przeczytaniu wywiadu z pisarką, Rachel Cusk wydała mi się osobą jeszcze niedojrzałą, mimo dwóch córek i kilku wydanych książek.

Oto, dlaczego tak sądzę.

Każdy z nas ma coś złego do powiedzenia o własnych rodzicach, RC robi to publicznie, nie dając własnej matce prawa do głosu. Dla mnie to nieeleganckie.

Pisze, że swoje córki wychowuje całkiem inaczej, niż sama była wychowana.
Daj Panie Boże zdrowie.

Znam rodziny, gdzie dzieci są wychowywane całkiem inaczej: mają głos decydujący w wielu sprawach, wypowiadają się w sposob nieskrępowany na każdy temat i swobodnie dysponują swoim czasem.  Zastanawia tylko fakt, że są równie nieszczęśliwe, jak te, żyjące w opresyjnej rodzinie, gdzie o wszystkim  decydują rodzice.

RC ze zgrozą przywołuje głosy kobiet, które rzekomo napadały na nią w nielicujący z dobrymi obyczajami sposób, czując się zapewne urażone, że ich rola matki została przez pisarkę spostponowana.

Nie pochwalam ludzi, którzy obrzucają błotem, choćby słownym, swego adwersarza. Nie uważam, że zawsze to ja mam rację (vide motto), natomiast chciałabym skromnie zwrócić uwagę, że decydując się na związek lub nawet tylko posiadanie dzieci, wyrażamy zgodę na diametralną zmianę w naszym życiu, choćby to miało być podobne do śmierci.

Oczywiście o naszej przyszłej roli społecznej wiemy dokładnie tyle, co o życiu po życiu (jeśli takowe istnieje), mamy przecież jako narzędzie poznawcze jedynie obserwacje czynione z pozycji dziecka lub człowieka nieobarczonego obowiązkami, zatem widza, nie aktora. Toteż kiedy przychodzi wyjść na scenę, wielu z nas się dziwi, jak te role są pokracznie i niesprawiedliwie napisane...

Dorosłość polega na dokonywaniu wyboru i gdy się już go dokonało, wypadałoby ponosić konsekwencje.
Tymczasem ludzie coraz częściej miotają się, chcąc korzystać zarazem z przywilejów dorosłości i dzieciństwa.

W polszczyźnie nie ma żeńskiego odpowiednika imienia Piotr, ale postawa, jaką reprezentuje pisarka,  przypomina mi angielski przecież mit Piotrusia Pana, wiecznej niedojrzałości i pogoni za przeżyciami oraz ucieczki przed odpowiedzialnością.

Nie chciałabym, aby moi synowie kiedyś powiedzieli o mnie, że byłam opresyjną matką, choć taka na pewno jestem. Chciałabym, aby ten temat załatwili ze mną w cztery oczy podczas intymnej rozmowy.

Córki Rachel Cusk mogą jej kiedyś wypomnieć, że została matką, bo chciała poszerzyć swoje spectrum przeżyć, jako pisarka, co zresztą sama przyznała w wywiadzie. Potraktowała zatem swoje przyszłe dzieci przedmiotowo. Czy takie stwierdzenie nie będzie się za nimi wlokło przez całe życie?

Dziennikarka z grzeczności nie zadała pisarce pytania, dlaczego, skoro już raz umarła, zdecydowała się na drugie dziecko.

Rośnie nam pokolenie zapatrzonych w siebie egoistów, którzy chcieliby wszystko dostać, na nic nie musząc zapracować.
Pokolenie Piotrusiów Panów, gotowych dla prawdy nie będącej żadnym odkryciem, skrzywdzić swoich najbliższych.

Wszyscy jesteśmy egoistami, ale czy wypada publicznie się tym chwalić?

Dixi.

piątek, 5 listopada 2010

Nieco wstydliwe, oczywiste prawdy

Zostałam wczoraj poproszona publicznie wraz z pewnym młodym sportowcem, mistrzem sztuk walki, o odpowiedź na pytanie, czy nie żałujemy czasu spędzonego na tym, co jest sensem naszego życia. Mogliśmy bowiem przeznaczyć ten czas na inne, bardziej ekscytujące zajęcia.

Pytanie tylko z pozoru wydaje się pozbawione sensu.

Oczywiście mogliśmy robić co innego: siedzieć przed telewizorem, grać w kulki, spędzać czas z przyjaciółmi na pogaduchach, zabijać go na tysiąc innych sposobów, które mogłyby się komuś wydać bardziej atrakcyjne.

Udzieliliśmy z młodym człowiekiem zgodnej odpowiedzi, że nie żałujemy, bo tylko takie spędzanie czasu wydaje nam się sensowne.

Każdy ma oczywiście inny wyznacznik sensu, ale nasz sukces, oczywisty dla widowni, a przynajmniej dla pytającej nas dziennikarki, dla nas zapewne wciąż jeszcze jest jedynie pozorny.

Dziwne, że młody sportowiec też doszedł już do tego, że zawodostwo zasadza się na pracy i pokorze.
Im więcej czasu poświęcimy na zgłębianie przedmiotu naszego zainteresowania, im bardziej będziemy wobec niego pokorni, tym lepsze rezultaty uda nam się uzyskać.

Tymczasem młodzież, wychowywana w znacznej mierze przez media, uczona jest dokładnie odwrotnego modelu: karierę robi się łatwo, bez potu, krwi i łez, wystarczy wziąć udział w Idolu, Masz talent, czy temu podobnych igrzyskach.

Dlaczego media kreują poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem?
Chyba po to, żeby było miło.

Nikt nie chce się dowiedzieć, że kariera to kwestia lat pracy, potknięć, upadków, kompromisów, zniechęcenia, szukania właściwej drogi, błądzenia po omacku.

Młody człowiek ma przynajmniej trenera.

Zdobywanie szlifów w zawodzie trwa bardzo długo i nawet jeśli przygotowuje nas do niego szkoła czy uczelnia, opuszczając jej mury mamy jedynie mgliste wyobrażenie, które musi zetrzeć się z realiami prawdziwego życia.

A realia są zawsze inne niż myśleliśmy, niż nam próbują wmówić media, szukając przede wszystkim takich ludzi, którym się "udało".

W życiu nic się nie "udaje" samo z siebie, wszystko trzeba wypracować. Tymczasem etosu pracy nikt nie stara się budować, bo w naszych rozbawionych czasach, wstyd się nawet przyznać, że nie jest zabawne dostać w kość na treningu albo w samotności przez rok szukać ścieżek dla bohaterów, których życie rozwinie się przed czytelnikiem niczym barwna wstążka w jeden zaledwie wieczór.

I że wcale nie bawią nas te wieczory, kiedy dostajemy baty, bo przeciwnik zbyt celnie uderzy.

Za to satysfakcja z przekroczenia zdawałoby się nieprzekraczalnej granicy nie da się porównać z niczym.

Łatwe zwycięstwo smakuje krótko, trudnym można delektować się latami, nieprawdaż?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Si vis pacem, para bellum.

Nigdy nie byłam miłośniczką historii.

Dzieje ludzkości wyobrażone jako  ciąg dat niemożliwych do spamiętania przez dziecko, choćby tylko rocznych, wydawały mi się po prostu śmiertelnie nudne.
Nie umiałam wyciągać wniosków i prognozować konsekwencji wydarzeń, bitwy napawały mnie lękiem, a powstające i upadające, wciąż nowe partie - mierziły.

Tu uwidacznia się cały paradoks szkolny i fakt, jak niemądrze wymyślone są programy, które młodego człowieka, niemającego szczególnych historycznych zainteresowań, potrafią jedynie zniechęcić.  Kończymy więc szkołę pamiętając zaledwie kilka podstawowych dat i niewiele związanych z nimi faktów.

A historia podobno jest nauczycielką życia.

Z tego powodu współczuję historykom.

Bo okazuje się jednak, kiedy choć trochę bardziej wniknąć w temat, okazuje się, że historia nauczycielką życia absolutnie nie jest. Narody bowiem in gremio, a już nasz zwłaszcza, pamięć mają zastraszająco krótką i zamiast rozumem, posługują się myśleniem życzeniowym.

Chwalić Boga, rośnie nam już trzecie pokolenie, które nie wie, co to wojna i oby ten stan potrwał jak najdłużej. Kiedy się jednak choćby z przypadku zagłębić w historię, widać jak na dłoni, że pokój nie jest stanem człowiekowi i państwom danym raz na zawsze.

Ktoś mógłby powiedzieć: Ale kto nam grozi?
Pamiętam taki zabawny passus z czyichś pamiętników z okresu stanu wojennego, który wykorzystałam w powieści "Mariola, moje krople".

Jest trzynasty grudnia, ktoś krzyknął: "Wojna!". Ktoś zapytał: "Ale z kim?". Ktoś odpowiedział: "Jak to: Z kim?? Z Niemcami. 
Cóż, myślę, że wróg jest zawsze ten sam, a nasze granice pozostają jedynie na papierze bardziej pewne teraz, niż w 1772 czy 1939 roku.

Kiedy czytam pamiętniki ludzi, którzy zostali zaskoczeni przez ostatnią wojnę, widzę, jak bardzo ich umysły przesiąknięte były pokojową propagandą ówczesnych władz.
I do niedawna sama byłabym tak myślała. Jednak opisy klęski wrześniowej zmusiły mnie do zrewidowania tego poglądu.

Nie zapewnimy pokoju sobie samym, naszym dzieciom i wnukom, jeśli będziemy ślepo ufać jedynie w pokojowe zabiegi polityków, traktaty czyli to, co zapisano na papierze. Na przykładzie minionej wojny widać, jak bardzo złudne było to myślenie. Jak niewiele trzeba, by psychotyczna jednostka popchnęła naród do gry, w której stawką są miliony ludzkich istnień.

Nie zapomniałam, że jesteśmy w Unii, ale wszak Unia też jest tylko rodzajem umowy. O nasz narodowy byt musimy zatroszczyć się sami. Nie oddając przyszłości w ręce przywódców państw silniejszych.

Si vis pacem, para bellum -  oto, co powinniśmy zrobić.

Albowiem ze słabym nikt się nie będzie liczył.

piątek, 29 października 2010

"Takie będą Rzeczypospolite..."

- kto z Was jest rówie wiekowy, jak ja, pamięta zapewne ten cytat ze Stanisława Staszica, uświetniający wiele uroczystości szkolnych, głównie Dzień Nauczyciela. Białe, wycięte z kartonu litery, przypinało się przy pomocy szpilek do kawałka czerwonego lub biało-czerwonego płótna, na którym obowiązkowym elementem dekoracyjnym bywały na zmianę: kałamarz z gęsim piórem lub gałązka oliwna.

Dziś, nawet jeśli hasło pozostałoby niezmienione, bo w końcu erozji nie uległo, rzucono by je na ścianę z komputera. Te litery i te szpilki bardzo długo trwały na straży naszych uroczystości szkolnych, kilka pokoleń wcześniej również tak dekorowano sale gimnastyczne, gdzie odbywały się uroczyste apele ku czci.

Zastanawia mnie ów kałamarz. Co prawda w ławce, w której zaczynałam edukację, znajdował się specjalny otwór, a w nim tkwił szklany kałamarz z atramentem (nie mogę sobie za nic przypomnieć korka), w moim drewnianym piórniku (miałam dwa, jeden zamykany jak drewniane pudełka na metalowy haczyk, drugi zasuwany) znajdowały się obsadki i stalówki, fajnie się nimi pisało. Jednak gęsiego pióra w dłoni nie trzymałam jako żywo nigdy, aż tak stara nie jestem!

Zaraz zresztą rodzice kupili mi wieczne pióro, przypominam je sobie ze wszelkimi szczegółami, ten kiosk dworcowy, kolor pióra (obrzydliwy brąz z jasnymi zamazami, ale mnie się podobało), a nawet jego cenę 80 złotych, chociaż może teraz fantazjuję?
Widać było to ważne przeżycie w mojej szkolnej karierze.

Kilka lat później przeprowadziliśmy się i w nowej klasie ja z moim piórem wiecznym byłam równie anachroniczna, jakbym pisała stalówką osadzoną na obsadce. Tu już wszyscy mieli długopisy.
Tak wyglądał postęp. W zasadzie w ciągu jednego pokolenia zniknęły bibuły (uwielbiałam je!), którymi suszyliśmy nieobeschły atrament z naszych stalówek, bo zawsze na początku ściekało go na kartkę trochę więcej i nie wszystek zdołał wsiąknąć. Te kleksy, wycierane, wymazywane, wywabiane na wszelkie sposoby... Kiedyś atrament wylał mi się do środka teczki.
Tej awantury wciąż nie mogę mamie zapomnieć.

Tak mi się to przypomniało, bo gościłam dzisiaj w bardzo pięknej, nowej szkole w niewielkiej podwarszawskiej miejscowości. Gimnazjum olbrzymie, przestronne z salą widowiskową, o jakiej marzy niejedno dużo większe miasto, salą sportową i sympatyczną młodzieżą, co było nie tyle zaskoczeniem, co bardzo pozytywnym dopełnieniem całości. Wręcz chciało się do tych młodych ludzi mówić.

Jako gość wręczałam nagrody w comiesięcznym konkursie na recenzję książki, organizowanym przez bibliotekę. Zwycięska recenzja była napisana odręcznie na kartce papieru i dopiero teraz uświadamiam sobie, jak mimowolnie syknęłam z żalu, że nie mogę jej zabrać na pamiątkę. Taka jest skala postępu za mojego życia. Już pisanie tekstu na kartce papieru robi się anachroniczne. Teraz chcemy mieć wszystko zdigitalizowane, czy jak to tam się nazywa.

A wracając do mojej wizyty w Zielonce: to podwarszawskie miasteczko ma specyficzny klimat, ludzie są tu inni, czy też może władze widzą przyszłość miejscowości w przygotowaniu młodzieży warunków kształcenia?
Choć wiadomo, że pobliska Warszawa wyssie najzdolniejszych, nie wahają się wydawać pieniądzy na szkolnictwo, na którym opiera się nie tylko przyszłość tych dzieci, ale i nas wszystkich.

Piękny przykład. Chętnie tam jeszcze kiedyś wrócę.

czwartek, 28 października 2010

W żółtych płomieniach liści

W powietrzu zapach zgniłych liści, brodzę w nich podczas spacerów z psami, niczym przedszkolak, coraz częściej szarzeją poranne mgły i zaczęło się wstawanie przed świtem. Przyroda umiera, czy też zasypia, jednak budzi myśl o umieraniu.

Jak genialnie ktoś kiedyś wymyślił Święto Zmarłych!

Smutek natury przekłada się na nasz własny, tworząc go, dopełniając, pomagając zadumie.
Pamiętam listopady z mojego dzieciństwa i ten niesamowity wieczorny spacer po cmentarzu, na którym otwartym ogniem płonęło tysiące zniczy. Pamiętam zapach spalonej stearyny, dymu i chryzantem, jedynych kwiatów, które dawały radę przetrwać listopadowe przymrozki. Ich niewielka gama kolorystyczna: biel, żółć, rudy, fiolet, fantastycznie wpasowywała się w klimat cmentarza.

Jednak człowiek współczesny, ten najbardziej współczesny, oczywiście chce być od wszystkich mądrzejszy.
A raczej nie on, to chińscy producenci tandety i polscy handlarze spod cmentarza wymyślili, a glupi ludzie, idąc po tak zwany rozum do głowy, podchwycili i Święto Zmarłych zmienilo nam się w jakiś cholerny listopadowy karnawał!

Te bajecznie kolorowe sztuczne wiązanki wszelkiego kwiecia, które upodobniły cmentarze do wymiocin! Teraz możesz sobie i maki rzucić na nagrobek, przetrwają bez wątpienia do następnych Zaduszek.
Te obrzydliwe, niby-piękne lampiony z ukrytym ogniem, będą się palić aż do wypalenia, ale ciemnym, zduszonym płomykiem, prawie niewidocznym zza kolorowej szybki.

Komercja pożarła nam święto.

I co  z tego, że naturalne kwiaty zwiędną, że zetnie je przymrozek? Czy nie taki los czeka nas wszystkich?
I co z tego, że ogień zgaśnie? Wszyscy zgaśniemy.

Nie bądźmy tak głupio rozsądni, nie naprawiajmy tego, co naprawy nie potrzebuje.

Cmentarze powinny być miejscem zadumy nad naszym, wspólnym nam wszystkim, losem.
Losem, który równa nas bez względu na to, kim jesteśmy i co w życiu osiągnęliśmy, jedynym sprawiedliwym momentem w życiu, choć tak bardzo niesprawiedliwym, że wręcz niezrozumiałym.

Tymczasem tu, gdzie spoczywają szczątki naszych bliskich, a wkrótce spoczną i nasze, marność z człowieka wyłazi.
To znaczy wyłazi z żyjących.

Jak nisko trzeba upaść, żeby sprzedawać ukradzione na grobie kwiaty?
Nie sądzę, że ktoś to robi z głodu.
Jak nisko trzeba było upaść, by stawiać domy przy pomocy budulca pozyskanego na cmentarzu?
Wyobraź sobie, że ktoś to zrobił z grobem Twojej matki albo Twoim.

Czasem myślę, że moralność jest wypadkową posiadanej kultury.
Czasem trudno obdarzać wszystkich bez wyjątku kredytem absolutnego zaufania.
Czasami myślę, że to Hammurabi miał rację...

I tyle.

wtorek, 26 października 2010

Pierwsze: Nie eskaluj!

Nikt nie lubi być opieprzany. Zwłaszcza na ulicy, bez powodu  i przez obcych.

Dlaczego ludzie, którzy niczego o mnie nie wiedzą, pozwalają sobie wobec mnie na inwektywy tylko dlatego, że moje psy wąchają ich wystawione na ulicę worki na śmieci?
Albo dlatego, że rozmawiam z sąsiadem, zajmując pół na chodnika?
Skoro worki już formalnie do tego kogoś nie należą, a nie jestem aż tak szeroka, żebym zajmowała cały chodnik?
Złośliwość bez powodu, krzyk, inwektywy, traktowanie kogoś innego jak wroga.

Oto nasza codzienność.

Czemu tak się dzieje? Gdyby facet od worków łagodnie zwrócił mi uwagę, równie łagodnie bym mu odpowiedziała, że ZAWSZE zbieram pamiątki po moich psach i na pewno nic nie zostanie wzdłuż jego ogrodzenia.
Ale on wolał na mnie nakrzyczeć. To dostał w odpowiedzi wiązkę ode mnie.
Też umiem, nie wierzycie?

Gdyby facet idący ulicą powiedział "przepraszam", to zeszlibyśmy na trawnik, żeby mu zostawić jeszcze więcej chodnika (niósł jakiś pakunek).

Nie obchodzi mnie, że facet, wstałeś lewą nogą, że życie ci się nie udało, a twoja żona nie przypomina Marylin Monroe. Jeśli nie będziesz człowiekiem, ja nie będę człowiekiem dla ciebie.

Wczoraj podczas psiej wędrówki uliczkami Anina wzruszyłam się na widok młodej kobiety gładzącej wywieszoną właśnie nowiutką skrzynkę na listy. Stała przed posesją, na której remontowany, a raczej rozbudowywany, był stary domek. Jeszcze w stanie surowym, ale już widać było, że powstaje zgrabny budyneczek.
Gest wywieszenia skrzynki był dla mnie symboliczny. Pamiętam, jak całkiem niedawno sama robiłam wiele takich gestów, gestów osiadania na swoim, na nowym.

Podeszłam do kobiety, zamieniłyśmy kilka słów. Z okna mojego gabinetu widzę jej dach ponad ogrodami. Sympatyczna osoba. Inaczej niż dwóch krzykaczy. Jednak piękne otoczenie nie łagodzi obyczajów.

Jeśli jesteś zalany żółcią i nie próbujesz jej w sobie rozrzedzić, zawsze będziesz nieszczęśliwy i każdy ci będzie przeszkadzał. Rzucisz wiązką, dostaniesz wiązkę i utwierdzisz się w przekonaniu, że świat jest zły, taki, jak ty sam. Bo nie jesteś, sąsiedzie, jedynym sprawiedliwym na tym osiedlu.

Nie eskaluj złości, nie dostaniesz jej od innych.

Dixi.

I zauważcie, proszę, że nie nawiązałam do katastrofy smoleńskiej, krzyża ani wypadków łódzkich.

poniedziałek, 18 października 2010

Listy miłosne

W Wysokich Obcasach, babskim dodatku do Gazety Wyborczej, artykuł dyskretnie zachęcający do zakupu książki "Listy na wyczerpanym papierze", wyboru miłosnej korespondencji Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory.
Minęło kilkanaście lat od Jej śmierci, kilka od śmierci Jego, ale jakoś czuję się zażenowana, czytając zaledwie ten artykuł.

Nie kupię książki. Listy miłosne są z natury rzeczy intymne. Nie chcę tych dwojga podglądać przez dziurkę od klucza.
Zastanawia mnie voyeryzm.

Dlaczego tak bardzo lubimy uszczknąć innym cząstkę ich intymności?

Jak to się dzieje, że taką ogromną popularnością cieszą się zdjęcia i filmy pornograficzne? Tu oczywiście taki przypadek nie zachodzi, nie ma mowy o pornografii, jednak zasada pozostaje niezmienna: odsłanianie czegoś, co powinno być dostępne tylko tym dwojgu.
Człowiek w miłości odkrywa się, naraża na zranienie, niczym ostryga w rozchylonej skorupce (takie porównanie, nie jadłam i nie zamierzam).

Czy to właśnie nas kręci? Cudza słabość?

Nie wierzę, że zbiór kupią ludzie, którzy chcą pięknie pisać do swych ukochanych. Każda miłość stwarza własny język, własny kod i system znaków.

Tych dwoje pasowało do siebie bardzo. Oboje poeci o niezwykłej wręcz wrażliwości, głos mojego pokolenia, bo chociaż starsi ode mnie, ich teksty żyją gdzieś w podświadomości.
Piosenki Osieckiej i Przybory tworzyły nasz PRL-owski świat.
Nie miałam pojęcia o ich związku i teraz, o dziwo, czuję się z czegoś odarta.
Właśnie odarta, nie bogatsza w ploteczkę. O, patrzcie, jak oni romansowali!
Bo oboje byli równie nieszczęśliwi w tej miłości.
By być z nią, on odszedł od żony, jednak zaznał niewiele chwil szczęścia.
Generalnie wciąż za nią gonił i nie mógł schwytać.
Kiedy zaś zrozumiał, że nie dostanie tego, o czym marzy, odszedł.

To się zresztą nie mogło udać. Pytanie: Czy artysta może się żenić z drugim artystą? Doświadczone życiowo ciotki powiedziałyby Wam, że to absurd.
Bo miłość to uczucie, stan chwilowy zaledwie. Małżeństwo czy mówiąc po dzisiejszemu - związek, to instytucja. Nie powinniśmy tych dwóch terminów mylić, a zasady doboru są w obu przypadkach kompletnie różne. Ludzie biorą jedno za drugie i zawodzą się srodze.

Oni też się zawiedli, bo kiedy spróbowali być razem - życzenie nie zmieniło rzeczywostości.
On zakochał się w motylu, a pragnął, żeby motyl podawał mu kapcie i talerz ciepłej zupy.
Co za naiwność u dojrzałego mężczyzny! Myślał, że z miłości do niego, ona się zmieni. Nie zmieniła się.

Dwa lata szczęścia splecionego z  udręką kończy konstatacja, że piękne mogą być tylko miłości nieszczęśliwe.
Spełnienie zabija miłość, spłaszcza ją do wymiarów codzienności, zabierając aurę niemożliwości, za którą najbardziej tęsknimy.

Dlatego największe miłości w historii były milościami niespełnionymi.
Dlatego wszystkie bajki kończą się ślubem królewny i szewczyka.

Nie chcemy wiedzieć, co było dalej. Znamy to z autopsji.

niedziela, 17 października 2010

Deficyt uwagi

Najwspanialszy z mężów, jak większość mężów zapewne, ma tę swoją cudowną dolegliwość, którą nazwał absolutnie rewelacyjnie: Deficyt uwagi.

Deficyt uwagi sprawia, że nasi panowie nie zaprzątają sobie głowy codziennymi głupstwami. Brudne naczynia na stole? Odsunę trochę dalej. Wylana cola na podłodze? Zaraz wyschnie. Ciuchy spadły z wieszaka? Daleko nie polecą.
I tak dalej. Mogłabym to ciągnąć w nieskończoność. Tylko po co?

Pisałam już o tym i widać znów jestem w stresie, bo wracam do tematu, który uznałam kilka dni temu za definitywnie zamknięty.

Dlaczego nasi panowie nas lekceważą? Czy nasz czas jest mniej wartościowy od ich czasu? Czy mamy go poświęcać na wyrównywanie ich deficytu uwagi?

Najgorsze jednak nie jest to, że się mnie olewa, nie dbając, by kubek po kawie znalazł się w zmywarce, która jakimś cudem jest akurat pusta.
Najgorsze jest to, że kiedy upomnę się o swoje prawa, jestem karcona, jak jakiś niewolnik nie mający prawa głosu.

Nie mogę zwrócić uwagi, że coś zrobione zostało nie tak. Mam to sama poprawić, takie jest moje cholerne prawo najcudowniejszej żony.

A mnie nie zawsze chce się być najcudowniejszą z żon. Wtedy się buntuję.
Robiłam już zakusy, by komu trzeba dać nauczkę. I co?
Właśnie, nic. Za każdym razem obracało się to przeciwko mnie, bo to ja, nikt inny, byłam najbardziej nieszczęśliwa z powodu ciuchów walających się po podlodze i talerzy zostawionych na stole od wczoraj, skarpetek oglądających telewizję i innych niezauważalnych szczegółów.

Więc może mam nadmiar uwagi?
Może powinnam skupić się na tym, co jest dla mnie najważniejsze, a nie poświęcać swojemu życiu zawodowemu ostatnie, wieczorne godziny, kiedy jestem już wykończona po całym pracowitym dniu w domu?

"A co ty, kochanie, robiłaś przez cały dzień?" - znów zapyta najwspanialszy, a ja okażę się złośnicą i z furią zacznę gryźć futrynę!

Nadmiar uwagi, czy ktoś zna na nią lekarstwo?

Chcę tylko dodać, że przed wojną w takim domu, jak nasz, byłoby pewnie co najmniej dwie służące. Co prawda wtedy nie używano powszechnie pralek, zmywarek i odkurzaczy, nie było centralnego ogrzewania, tylko piece, nie znano ekspresów do kawy, elektrycznych maszynek do mięsa, czajników na prąd, mikserów, blenderów. Pod kuchnią w większości domów palono węglem. No, właśnie. Ale wtedy praca ludzka była o wiele tańsza, a i PRL zmiótł z powierzchni ziemi jaśniepaństwo.

Więc może się czepiam, bo w końcu nie pracuję zawodowo, tylko całe dnie siedzę w domu.

Żyć, nie umierać.

Wiadomość z ostatniej chwili: najwspanialszy z mężów wstawił po kolacji talerz do zlewu!

Alleluja!